30 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "Machine Head" (1972)



Album "Machine Head" uznawany jest za jedno z największych dokonań Deep Purple i ciężkiego rocka w ogóle. To głównie zasługa jednego utworu - "Smoke on the Water". Najsłynniejszej kompozycji grupy, opartej na jednym z najbardziej rozpoznawalnych riffów wszech czasów. Ritchie Blackmore twierdzi, że ten prosty, składający się ledwie z czterech dźwięków motyw, to po prostu zagrany od tyłu jeden z motywów V Symfonii Beethovena. Muzycy nie od razu jednak dostrzegli jego potencjał. Na pierwszy singiel wytypowali "Never Before" - prostą melodyjną piosenkę, której dziś trochę się wstydzą. Pomysł wydania "Smoke on the Water" na kolejnym singlu początkowo wyśmiali. Ostatecznie utwór trafił na małą płytę czternaście miesięcy po premierze "Machine Head", gdy w sklepach dostępny był już kolejny studyjny longplay zespołu, "Who Do We Think We Are". W Europie singiel przeszedł niemal bez echa, ale w Stanach osiągnął ogromny sukces , dochodząc do czwartego miejsca notowania (najlepszy wynik zespołu na tamtejszym rynku od czasu wydanego cztery lata wcześniej "Hush").

Ale "Machine Head" to nie tylko "Smoke on the Water". Znalazło się tutaj także sześć innych utworów, z których połowa na stałe weszła do koncertowego repertuaru Deep Purple. Do nich należy rozpędzony "Highway Star". Jeden z najlepszych utworów zespołu, z rewelacyjnymi solówkami Blackmore'a i Jona Lorda, zdradzającymi inspirację muzyką klasyczną, świetnie zaśpiewany przez Gillana. Przyczepić można się tylko do wygładzonego brzmienia, które nie pasuje do charakteru tej kompozycji. Bardziej pasowałoby surowe brzmienie znane z dwóch poprzednich albumów. Na koncertach utwór zyskał jednak odpowiedni ciężar i właśnie koncertowych wykonań słucha się najlepiej (np. niesamowicie energetycznej wersji z "Made in Japan"). Kolejny klasyk to "Lazy". Rozpoczęty rewelacyjnym organowym popisem Lorda, a po dołączeniu pozostałych muzyków nabierający bluesowego charakteru. Świetnie w takiej stylistyce odnalazł się Gillan (którego partia pojawia się dopiero w drugiej połowie utworu). Wokalista zagrał tutaj także na harmonijce, co jest fajnym urozmaiceniem. Na koniec pojawia się jeszcze fantastyczna solówka Blackmore'a. Szkoda, że zespół nie inspirował się częściej bluesem, bo tutaj dało to wspaniały efekt. Nie można też zapomnieć o bardzo energetycznym i chwytliwym "Space Trackin'". Na koncertach utwór rozrastał się nawet do pół godziny. Moim zdaniem najlepiej wypada jednak w skondensowanej do czterech i pół minuty wersji studyjnej.

Do mniej klasycznych fragmentów albumu zalicza się "Maybe I'm a Leo". Ten utrzymany w średnim tempie utwór nie ma może takiej wyrazistości, jak opisane wyżej kompozycje, jednak jest całkiem przyjemnym wypełniaczem. Natomiast galopujący "Pictures of Home" to już kawałek zdecydowanie niedoceniony, także przez sam zespół, który nie wykonywał go na żywo aż do 1993 roku. A przecież idealnie sprawdziłby się na koncertach, dając przede wszystkim pole do popisu sekcji rytmicznej. Już w wersji studyjnej pojawia się perkusyjny wstęp Iana Paice'a i basowe solo Rogera Glovera. Podczas występów fragmenty te mogłyby zostać ciekawie rozbudowane. Jest jeszcze wspomniany "Never Before". Najbardziej kontrowersyjny fragment longplaya. Bo z jednej strony jest to całkiem przyjemny, melodyjny kawałek. A z drugiej - sami muzycy przyznają, że napisali go z niewłaściwych, a więc czysto merkantylnych pobudek. I te pobudki niestety doskonale słychać w nieco sztampowym refrenie. Największą zbrodnią, jaką muzycy w tamtym czasie muzycy popełnili, było jednak nieumieszczenie na albumie przepięknej, przejmującej ballady "When a Blind Man Cries". Miejsca na winylu było jeszcze dość, jednak Blackmore uznał, że utwór jest zbyt spokojny, przez co nie pasuje do reszty albumu. Utwór oryginalnie został zmarnowany na stronie B singla "Never Before", jednak można go znaleźć także na większości składanek zespołu, oraz na kompaktowych reedycjach "Machine Head". A od czasu odejścia z zespołu Ritchiego, jest chętnie wykonywany przez zespół na żywo.

"Machine Head" to klasyczna pozycja w dyskografii Deep Purple, otoczona przez fanów prawdziwym kultem. Zdecydowanie jednak nie należy do moich faworytów - nie podoba mi się jej wygładzone brzmienie, ani niektóre zawarte tutaj kompozycje (przy jednoczesnym braku "When a Blind Man Cries"). Słychać, że zespołowi bardzo spodobał się sukces i nie chcąc go stracić, nagrał materiał o bardziej przystępnym i komercyjnym charakterze. Ale z drugiej strony, jest to jednak jeden z lepszych albumów zespołu (w pierwszej piątce bym go nie umieścił, ale w dziesiątce - jak najbardziej), na którym znalazło się kilka naprawdę świetnych kompozycji. To nie tylko ograny na wszelkie możliwe sposoby "Smoke on the Water".

Ocena: 7/10



Deep Purple - "Machine Head" (1972)

1. Highway Star; 2. Maybe I'm a Leo; 3. Pictures of Home; 4. Never Before; 5. Smoke on the Water; 6. Lazy; 7. Space Truckin'

Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


2 komentarze:

  1. "When The Blind Man Cries" wg Blackmore'a niby nie pasowało do reszty albumu, ale ballady na debiucie Rainbow to już mu nie przeszkadzały :D Po mojemu chciał po prostu utrzeć Lordowi nosa, zwłaszcza że ten drugi, z tego co wiem, bardzo lubił "Pictures Of Home" i chyba z racji fochów Ritchiego nie był on w tamtych czasach grany na koncertach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blackmore to straszny nudziarz - zobacz jak mało różnią się setlisty Deep Purple i Rainbow na poszczególnych trasach. Setlisty tras promujących "Rising" i "Long Live Rock'n'Roll" różniły się jednym utworem. Purple dopiero po jego odejściu zaczęli odgrywać na żywo niektóre stare kawałki, bo Rysiek wolał w kółko grać to samo.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.