[Recenzja] Black Sabbath - "Paranoid" (1970)



Jeden z najsłynniejszych albumów w dziejach muzyki rockowej, często uznawany za szczytowe osiągnięcie Black Sabbath. Czy słusznie? Na pewno jego popularność nie bierze się znikąd. To naprawdę świetny longplay, na którym znalazła się większość najbardziej rozpoznawalnych utworów grupy. Słychać też tutaj rozwój zespołu, który wyraźnie odchodzi od swoich bluesowych korzeni, dzięki czemu brzmi jeszcze bardziej oryginalnie. Z drugiej strony, albumy tego typu bardzo łatwo przecenić. Kult, jakim są otaczane, często ma większy wpływ na ocenę, niż ich czysto muzyczna wartość. I tak też jest w przypadku "Paranoid", który nie jest bynajmniej pozbawiony wad.

Longplay przyniósł zespołowi dwa wielkie i dwa nieco mniejsze przeboje. Choć singlowy sukces odniósł tylko utwór tytułowy, nie ma chyba nikogo, kto interesuje się muzyką rockową, a nie kojarzyłby słynnego riffu "Iron Man". A wśród fanów zespołu wielką popularnością cieszą się także "War Pigs" i "Faires Wear Boots", bez których nie mogła się odbyć większość koncertów grupy. Co ciekawe, utwór "Paranoid" powstał zupełnie przypadkiem, gdy wytwórnia stwierdziła, że na zaprezentowanym przez zespół materiale brakuje utworu na singiel. Muzycy zupełnie od niechcenia skomponowali ten prosty, wręcz banalny kawałek, który stał się ich najbardziej rozpoznawalnym dokonaniem, choć przecież daleko mu do najlepszych kompozycji Black Sabbath. Co innego "Iron Man", oparty na jednym z najlepszych gitarowych riffów wszech czasów i potężnej grze sekcji rytmicznej, ale też ze świetnym wokalem Ozzy'ego. Tutaj nie mam żadnych wątpliwości - to prawdziwy klasyk, ścisła czołówka najbardziej porywających hardrockowych kompozycji. Równie dobre wrażenie sprawiają "War Pigs" i "Faires Wear Boots", wyróżniające się bardziej swobodną, jamową strukturą, co przypomina o bluesowo-jazzowych korzeniach grupy - choć w przeciwieństwie do debiutu, nie ma tu typowo bluesowych zagrywek.

Z czterech pozostałych, nieco mniej popularnych utworów, żaden nie jest pozbawiony wad. Psychodeliczna, lekko jazzująca ballada "Planet Caravan" ma świetny klimat, ale zupełnie niepotrzebnie zniekształcono partie wokalną Osbourne'a. Co ciekawe, na dwupłytowej reedycji albumu z 2009 roku można znaleźć alternatywną wersję tego utworu, z naturalnym, wyjątkowo melodyjnym śpiewem Ozzy'ego i jeszcze bardziej jazzującą warstwą instrumentalną. Szkoda, że to nie tą wersję wykorzystaną na oryginalnym albumie. Z kolei w skądinąd świetnym "Electric Funeral" pojawia się zupełnie niepotrzebne przyśpieszenie, niepasujące do reszty utworu i rujnujące jego klimat. Z kolei "Hand of Doom", zbudowany na prostym, lecz bardzo efektownym basowym motywie, jest zdecydowanie za długi - nie dzieje się w nim aż tyle, by uzasadnić czas trwania przekraczający siedem minut. Jeśli jednak miałbym wyrzucić stąd jakiś utwór, to bez żadnego wahania postawiłbym na "Rat Salad". To tutejszy odpowiednik "Toad" Cream lub "Moby Dick" Led Zeppelin - perkusyjna solówka, obudowana wstępem i zakończeniem granym przez wszystkich instrumentalistów. Niestety, popis Billa Warda jest zwyczajnie nudny, fragmenty zespołowe też nie porywają. Zupełnie niepotrzebny wypełniacz.

Jak na tak klasyczny album, "Paranoid" ma wyjątkowo dużo wad. Nie są jednak na tyle wielkie, by przysłonić niewątpliwe zalety tego wydawnictwa. Całości słucha się naprawdę rewelacyjnie, a wielkość takich utworów, jak "Iron Man", "War Pigs" i "Faires Wear Boots" (umieszczonych zresztą w strategicznych momentach albumu - na jego otwarcie, na zakończenie i prawie w środku), pozwala przymknąć oko na jedną całkowitą wpadkę i nie w pełni wykorzystany potencjał kilku innych utworów. I choć zdecydowanie nie jest to najlepszy album Black Sabbath - o wiele bliżej mu do ścisłej czołówki, niż do końca listy.

Ocena: 9/10



Black Sabbath - "Paranoid" (1970)

1. War Pigs; 2. Paranoid; 3. Planet Caravan; 4. Iron Man; 5. Electric Funeral; 6. Hand of Doom; 7. Rat Salad; 8. Faires Wear Boots

Skład: Ozzy Osbourne - wokal; Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - gitara basowa; Bill Ward - perkusja
Producent: Rodger Bain


Komentarze

  1. Też bardziej lubię debiut i "Master of Reality", ale tylko odrobinę ;)

    Ja jednak nie widzę na tym albumie tylu słabszych utworów i druga strona moim zdaniem jest tak samo udana jak pierwsza. No dobra... Może "Rat Salad" jest trochę słabszy, ale trwa tak krótko, że mi on nie przeszkadza.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trudno ocenić czy to najlepszy album Sabbath. Ja również bardziej lubię Master of Reality, ale na Paranoid jest przecież War Pigs i wszystko jasne. No i nieśmiertelny Iron Man. Nigdy nie przepadałem za Electric Funeral, niby to klasyczny Sabbath ale jakoś ta melodia mnie odrzuca. Planet Caravan to jednen z tych nietypowych i klimatycznych utworów obok Solitude, które są raczej mało znane ale równie wspaniałe jak słynne klasyki. Ogólnie to jedna z najlepszych płyt grupy ale raczej nie najlepsza.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie zawsze w tym albumie najbardziej przeszkadzało brzmienie. Na debiucie było bardzo mocne, przestrzenne, idealnie podkreślało mroczny klimat tej muzyki. Tutaj jest jakieś takie... przytłumione. Jakby dźwięk bardzo chciał rozejść się w przestrzeni, ale coś go blokowało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to kwestia wydania? Mój winyl nie brzmi dużo gorzej od debiutu.

      Usuń
    2. Naprawdę? No to mnie nieźle zaskoczyłeś. Słyszałem kilka różnych wydań (wertowałem też Tuby), ale zawsze ten album w moim odczuciu brzmiał, jakby chciał a nie mógł. Jak w końcu uda mi się upolować gramofon, od razu szukam oryginałka tej płyty.

      Usuń
    3. Ale może też być tak, że po prostu mam większą tolerancję dla tego brzmienia. Bo mam też ten album w formacie mp3 (wspomniane w recenzji wydanie z 2009 roku) i do niego też nie bardzo mogę się przyczepić. Z albumów Sabbath dopiero "Volume 4" brzmi moim zdaniem zdecydowanie gorzej od poprzednich i dopiero na "Heaven and Hell" i "Mob Rules" nastąpiła pod tym względem poprawa (tylko po to, żeby zaraz potem pojawił się fatalnie zmasterowany "Born Again").

      Usuń
    4. Paradoksalnie, bardziej odpowiada mi brzmienie na "Born Again" (mimo że jest faktycznie gówniane) niż to na "Paranoid" :D Ale to, tak jak powiedziałeś, de gustibus...

      Usuń
  4. słyszałeś może koncert z Paryża (rok 1970), jak nie, to polecam
    wykonanie War Pigs po prostu wgniata w fotel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, to jest kultowy występ, bardzo znany i szanowany wśród fanów zespołu. Wspominałem o nim przy okazji recenzji "Past Lives" (na którym są jego fragmenty, ale akurat bez "War Pigs") i najnowszej, zeszłorocznej koncertówki.

      Usuń
    2. Jednarozowo przyjrzałem się temu blogowi w lipcu, po czym wróciłem dopiero kilka dni temu i mniej więcej w tym czasie, po przeczytaniu wielu recenzji, postanowiłem jednak założyć konto, i to nie tylko tu, ale także na AOTY oraz RYM.

      A wybór daty pierwszego wpisu nie jest przypadkowy, ponieważ ten album – absolutnie jeden z moich ulubionych –świętuje dzisiaj swoje pięćdziesiąte czwarte urodziny (i w postaci daty towarzyszą mu same dziewiątki).

      Już dobrze wiem, jakie Paweł ma zdanie na temat magazynu Teraz Rock, ale w recenzji albumu przeczytałem, że „War Pigs” „na koncertach rozrastał się do ponad półgodzinnej suity”. Czy ktokolwiek ma pojęcie czy taka wersja wykonania została kiedykolwiek nagrana?

      Usuń
    3. Nie wydaje mi się, żeby to o "War Pigs" było prawdą. Nie zetknąłem się z wersją trwającą powyżej 10 minut. Może autorowi pomyliło się z "Wicked World"? Też na "W", a na "Past Lives" trwa prawie 20 minut (połączono go z innymi kompozycjami) i jest to najdłuższe wydane nagranie Black Sabbath.

      Usuń
    4. Moim zdaniem o pomyłce nie ma mowy, ponieważ zostało to wspomniane w recenzji albumu Paranoid, a nie debiutu, o którym było kilka stron wcześniej.

      Usuń
    5. Jeżeli autor był przekonany, że to "War Pigs", a nie "Wicked World", miał takie długie wykonania, to nie było powodu, by pisał o tym w recenzji debiutu.

      To zresztą niejedyny raz, kiedy TR podaje niesprawdzone info. Mój ulubiony przykład: w recenzji "Brüder des Schattens - Söhne des Lichts" Popol Vuh autor przy każdym utworze podaje, w jakiej scenie "Nosferatu wampir" Herzoga został wykorzystany. Tyle tylko, że większość utworów z albumu w ogóle nie pojawia się w filmie.

      A Black Sabbath nie był zespołem grającym na koncertach długie improwizacje. Wykonania sceniczne nie odbiegały daleko od studyjnych wersji. Co najwyżej łączono kilka kompozycji w jeden medley, jak ta długa wersja "Wicked World", która w rzeczywistości jest zbitką "Wicked World", "Into the Void", "Sometimes I'm Happy" i "Supernaut", z dodatkiem perkusyjnej solówki.

      Usuń
    6. Chyba niejasno się wyraziłem, więc postaram się to sprostować: przy recenzji "Paranoid" jest napisane, że "War Pigs" na koncertach rozrastał się nawet i do pół godziny w czasach, kiedy utwór nosił jeszcze nazwę "Walpurgis". Przy debiucie grupy nie został wspomniany otwieracz z drugiego albumu. I autorów było prawie na pewno dwóch, więc tu akurat im się nie myliło. Ale wiadomo, są recenzenci i "recenzenci".

      "Teraz Rock" służy mi już od dawna tak naprawdę tylko i wyłącznie do wiadomości muzycznych, typu: ogłoszenie trasy koncertowej przez daną grupę, informacja o wznowieniu znanego albumu, wzmianki z wywiadów, i niestety także zawiadomienia o śmierci czy chorobach.

      A wspomniane recenzje wziąłem z ich serii "Teraz Rock: kolekcja", bo uzbierałem kilka egzemplarzy w latach 2008-2013 czy jakoś tak.

      Czy chcesz przeczytać jaką mieli śmieszną - moim zdaniem przynajmniej - formułę pisania w tym cyklu/cyrku? ; J

      Usuń
    7. Wyrażasz się jasno, tylko dalej nie rozumiesz, na czym według mnie mogła - ale oczywiście nie musiała - polegać pomyłka autora tamtej recenzji "Paranoid". Otóż mógł on żle zapamietać zawartość "Past Lives" i być przekonany, że to "War Pigs", a nie "Wicked World", ma tam tak długą wersję.

      "Walpurgis" to "War Pigs" z pierwotnym tekstem, zanim przerobiono go na antywojenny protest. Nic mi nie wiadomo na temat, by zespół grał go w bardziej rozbudowany sposób. Można zresztą sprawdzić, bo zachowało się kilka rejestracji z tamtą wersją tekstu. Na "The Ozzman Cometh" jest nagranie z sesji dla Johna Peela, a box na 50-lecie "Paranoid" zawiera koncertowe wykonanie z Montreux - oba trwają po ok. 8 minut. Dostępne wykonania z albumowym tekstem też mają zbliżoną długość.

      Mam wciąż kilka numerów "Teraz Rock: Kolekcji". O jaką śmieszną formułę chodzi?

      Usuń
    8. OK, proponuję już zamknąć dla świętego spokoju ten wątek "War Pigs"/"Wicked World".

      Skoro masz kilka numerów, to raczej nici ze śmiesznej niespodzianki. A ta cała formuła polegała na tym, że poświęcając całe wydanie jednemu zespołowi, przynajmniej trzy albumy z dyskografii oceniali na maksymalną ocenę, po czym przy recenzji każdego z tych LP wyjątkowo opisywali każdy jeden utwór z osobna (bo nie robli tego nawet i dla wydawnictw z notą 4,5/5).

      Spróbuj zgadnąć, jakie trzy płyty zostały tak ocenione w przypadku Guns N' Roses czy Nirvany ; J

      Usuń
    9. Nie tylko w "Kolekcji", ale też we wkładkach regularnych numerów była (jest?) zasada, że przy takim kompleksowym omówieniu dyskografii co najmniej jedna, a najlepiej kilka płyt musi mieć maksymalną ocenę. W sumie wygląda to trochę tak, jakby punktem odniesienia dla tych ocen nie była cała istniejąca muzyka czy choćby dany rodzaj muzyki, a jedynie ten jeden wykonawca. W tym kontekście ma nawet sens, że album uznany za najlepszy dostaje 5 gwiazdek, a reszta proporcjonalnie.

      Tych akurat numerów nigdy nie miałem, ale łatwo zgadnąć, że w przypadku GN’R były to debiut i oba "Illusiony", a z Nirvany pewnie "Nevermind”, "In Utero" i "MTV Unplugged".

      Usuń
  5. Otwieracz to dobry numer mimo paru drobnostek które mi się w nim nie podobają, np. psujące przyspieszenie na końcu cały klimat budowany od 7 min. "Paranoid" tytułowy utwór robi wrażenie swoją prostotą, ale ten wątpliwy wokal nie brzmi zadowalająco. "Planet Caravan" robi wrażenie swoim wyważonym klimatem i spokojem. Hitowy "Iron Man" bardzo dobry, robi wrażenie ale nie na mnie, ten utwór zniszczył mi film pod tym samym tytułem. Najlepsza część to ta od 4:40 świetne, świetna galopada perkusji i popis instrumentalistów. "Electric Funeral" Jak nic przypomina mi lata 90te i Alice in Chains, o tak to jest co w czym się zakochałem po raz pierwszy. "Rat Salad" Tak krótkie i neutralne że w sumie mi nie przeszkadza. "Faires Wear Boots" To przyjemne zakończenie ale niczym mnie nie zatrzymało. Heavy Metal - Nie stwierdzono.

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny album, który wyprzedzał swoje czasy o jakieś 10 lat, to już bardziej jest Heavy Metal niż Hard Rock 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Początkowo - czyli już od końca lat 60. i przez kolejną dekadę - określenia hard rock i heavy metal były używane zamiennie. Dopiero później zaczęto rozróżniać te pojęcia, a to drugie utożsamiać z graniem takim, jakie w latach 80. prezentowały grupy w rodzaju Judas Priest, Iron Maiden czy Black Sabbath z Dio. A to przecież zupełnie inna stylistyka, niż Black Sabbath z Ozzym, nie mająca wielu wspólnych punktów. Ewentualnie można podciągnąć Sabbathów pod doom czy stoner metal, bo przedstawiciele tych nurtów faktycznie oparli swoją muzykę na niektórych patentach podebranych Sabbathom. Jednak twórczość BS z lat 70. jest zbyt eklektyczna, by dało się ją zmieścić w ciasnych ramach doom czy stoner (czy heavy) metalu. A hard rock zawsze był nieco bardziej pojemnym pojęciem.

      Usuń
    2. Niby tak, ale album Paranoid wyprzedzał swoją epoke o jakąś dekade jeżeli chodzi o ciężkość muzyki. Jest to album ciężki podchodzący pod właśnie bardziej Proto Heavy niż Hard Rock, jest ciężki, surowy, melodyjny i dość prosty wtedy BS wycisnęło chyba na nim maksa i byli prekursorami i protoplastami ciężkiego grania, niby 1 HM album w jego pełnej formie to British Steel ale BS podłożył pod to fundament Paranoidem.

      Usuń
    3. W przypadku Black Sabbath ciężar wynika z niższego strojenia gitary, a u grup heavy-metalowych z tego, że rozwój technologii pozwolił na mocniejsze przesterowanie gitar. Stylistycznie heavy metal więcej czerpie od np. Deep Purple, Led Zeppelin, Thin Lizzy, UFO, Rainbow czy tego, co w latach 70. grał Judas Priest, niż od Sabbathów. Oczywiście, nie neguję wpływu Black Sabbath na metal, ale bycie prekursorem, a przedstawicielem, to nie to samo.

      Usuń
    4. No Hard Rock to nie jest, dla mnie to są podwaliny pod HM, album świetny według mnie, który wyprzedził swoją epoke.

      Usuń
    5. Podwaliny heavy metalu to praktycznie cały hard rock, nie tylko jeden Black Sabbath. Idąc tym tropem, cały hard rock trzeba by nazywać heavy metalem, a to powrót do punktu wyjścia, kiedy oba te terminy znaczyły to samo. Więc nie tędy droga.

      Usuń
    6. Chodziło mi o to, że bliżej Paranoid do HM niż HR.

      Usuń
    7. Pod jakim względem, pomijając brzmienie?

      Usuń
    8. Kompozycyjnie i ciężarem. Ten album to jest fundament Heavy Metalu.

      Usuń
    9. Kompozycyjnie, mówisz. Wiec co konkretnie jest wspólne w kompozycjach Black Sabbath i Judas Priest czy Iron Maiden, a jednoczesnie czym różnią się one od kompozycji, powiedzmy, Deep Purple, Led Zeppelin, UFO czy Uriah Heep?

      Usuń
    10. Purple, Zeppelin i Uriah mają jeszcze organy i są bardziej progresywne od Black Sabbath, Priest i Maidenów no i są też lżejsze kompozycyjnie od nich, powiedzmy, że Deep, Zeppelin i Uriah było dla Sabbath, Judas i Maidenów podwalinami pod muzykę metalową, Black Sabbath jest najbardziej chyba mroczny i ciężki z ww zespołów, Paranoid to jest Proto Heavy i wiele osób tak uważa, że właśnie ten album to jest wzór Heavy Metalowego albumu, mimo, że to nie był jeszcze taki w pełni rozwinięty Heavy.

      Usuń
    11. Innymi słowy, nie wiesz jakie elementy wchodzą w skład kompozycji, tylko tak rzuciłeś tym hasłem, żeby jakoś wybrnąć, bo tak naprawdę to nie wiesz co ma wspólnego Black Sabbath z metalem, ale wiele osób tak uważa, więc po nich powtarzasz?

      Usuń
    12. Napisałem wyraźnie co ma wspólnego. Jest to ciężka i mroczna muzyka kompozycyjnie jest dość prosta i nie że powielam zdanie wielu osób żeby z tego wybrnąć ale że też tak uważam. Jest to za ciężka muzyka na Hard Rock a do tego tak jak napisałem mroczna, Gitara Basowa jest mocno wysunięta do tego. Nie chce mi się już naprawde powtarzać bo pisałem o tym wiele razy więc czego nie rozumiesz?

      Usuń
    13. 1:16
      https://youtu.be/kbk7ThCAApk
      Jak widać Paranoid jest uznawany za idealny Protoplastyczny Album Heavy Metalowy o czym właściwie pisałem wiele razy wyżej :)

      Usuń
    14. Napisałeś wyraźnie, że bliżej Paranoid do HM niż HR (...) kompozycyjnie i ciężarem. Lecz kiedy zapytałem o to kompozycyjnie, zacząłeś pisać o rzeczach kompletnie niezwiązanych z kompozycją.

      Przez kompozycję należy rozumieć budowę utworu, albo takiego jego cechy, jak melodia, harmonia, rytm czy metrum. Pod względem budowy kawałki z "Paranoid" nie różnią się ani od typowych kompozycji hard-rockowych, ani typowych kompozycji heavy-metalowych - oba style opierają się na tych samych schematach, rzadko kiedy wykraczają poza piosenkową strukturę ze zwrotkami, refrenem i miejscem na solo. Ponadto, na "Paranoid" - i ogólnie u Black Sabbath z czasów Ozzy'ego - dominują średnie i wolne tempa, a w typowym HM przeważają raczej szybkie. Pod tym względem znacznie bliżej do HM takiemu Deep Purple, u którego nie były rzadkością rozpędzone kawałki w stylu "Speed King", "Fireball" czy "Highway Star". Jeszcze inna różnica to np. motywy przewodnie. U Black Sabbath są riffy oparte na powerchordach, a u grup w rodzaju Judas Priest czy Iron Maiden zamiast riffów są zwykle motywy przypominające mini-solówki, co sprawia, że bliżej im pod tym względem do UFO czy Wishbone Ash.

      Zamiast o kompozycjach pisałeś o instrumentalizacji (wykorzystanie organów) czy klimacie (mrok). Nie wiem, czy jesteś świadom, ale w niemal każdym rodzaju muzyki nie ma ściśle określonego nastroju ani brzmienia. Swoją drogą, już na kolejnym albumie BS, "Master of Reality", wykorzystano m.in. syntezator, flet czy gitarę akustyczną. Nie wiem natomiast gdzie w typowym metalu - czyli u grup w rodzaju IM i JP - słyszysz mrok. Przecież to bardzo radosne granie, które mogłoby robić za tło biesiady.

      Może uściślijmy, co właściwie staram się przekazać:

      1) "Paranoid" ma wspólne cechy z heavy metalem (a przynajmniej jedną - brzmienie), ale też wiele go odróżnia od tego stylu (wolniejsze tempo większości utworów, mroczniejszy nastrój, inaczej skonstruowane motywy).

      2) Inne grupy hard-rockowe też mają wspólne cechy z heavy metalem. ale też wiele je od niego odróżnia.

      Te dwa punkty prowadzą do wniosku, że albo:

      - "Paranoid" to nie heavy metal, podobnie jak nie są nim inne grupy hard rockowe, albo:
      - "Paranoid" to heavy metal, ale też cały pozostały hard rock jest heavy metalem.

      Usuń
    15. Pisałem o Paranoid nie o Master of Reality, Iron Maiden i Judas Priest to trochę inny styl niż BS, tam poza średnio szybkimi kawałkami mamy też szybkie, które się nazywają New wave of British heavy metal, powstałego pod koniec lat 70tych no i ogólnie muzyka w BS jest mniej melodyjna, bardziej zimna i mroczna niż w IM i JP, dodatkowo w BS Basówa jest bardziej wysunięta i sporo mamy motywów Bluesa ale generalnie w BS również zdarzają sie proste powtarzające się kompozycje tak jak u JP i IM co do tempa utworów to jednak u BS też się zdarzają szybsze utwory jak tytułowy Paranoid czy później na albumie Sabotage Symptom of Universe nazywany protoplastą Thrashu i Nowej Fali Brytyjskiego Metalu, aczkolwiek tu chyba większą rolę miało Deep Purple kawałkami takimk jak Fireball czy Highway Stars w tym wypadku.

      Usuń
    16. New Wave of British Heavy Metal to przede wszystkim termin marketingowy, do którego zaliczano i mający od samego początku popowe ciągoty Def Leppard, i prekursorów black metalu, Venom.

      Heavy metal - odkąd przestano używać to określenie jako synonim hard rocka - to bardziej precyzyjny termin, oznaczający dokładnie taką muzykę, jaką w latach 80. uprawiali np. Iron Maiden i Judas Priest, a tam akurat wpływu Black Sabbath nie słychać.

      Niewątpliwie jednak Black Sabbath (z Ozzym) był jednym z prekursorów szeroko pojętego metalu. Ale ze względu na czas działalności, bluesowe korzenie czy otwartość na inne style (ocierali się o folk, jazz czy proga), bardziej pasuje określenie hard rock.

      Usuń
    17. Apropos Judasów i BS to ostatnio człowiek tak się zastanawiał "Hmm Defenders of Faith JP czy Paranoid BS" padło oczywiście na Paranoid i jakoś nie żałuje mega, Defenders of Faith spoko album z pewnością jeden z lepszych JP ale jednak Paranoid jest to o klase lepszy album z resztą ostatnio Screaming wziąłem to dla urozmaicenia coś innego się przyda ;)

      Usuń
  7. Płyta byłaby niemal doskonała gdyby nie ... Iron Man. 30 lat minęło odkąd poznałem ten krążek i do dziś uważam ten utwór za najbardziej przereklamowany a jednocześnie odpychający. Sam Ozzy nie irytuje mnie w nim tak, jak ten toporny prostacki riff. Pewnie przez wielu uważany za najlepszy jaki Iommi wymyślił. Jak dla mnie ten kultowy numer pociągnął całość w dół. Wiem, wielu chciało tak grać itp ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Riff "Iron Man" nie jest ani toporny, ani prostacki. Jest stosunkowo prosty - nawet ja potrafię go zagrać na gitarze, a nie jestem muzykiem - ale i tak bardziej finezyjny od większości rockowych riffów, a przede wszystkim jest jednym z najbardziej charakterystycznych. Stworzyć coś tak prostego a zarazem efektownego, to znacznie większy wyczyn niż wymyślić złożony, ale zupełnie niecharakterystyczny motyw.

      Utwór jest na pewno strasznie ograny i rozumiem, że z tego powodu można czuć do niego niechęć, ale przesadą jest twierdzić, że psuje on album, na którym są takie kawałki, jak faktycznie prostacki, złożony z dwóch dźwięków "Paranoid", składający się głównie z topornej solówki perkusyjnej "Rat Salad", rozciągnięty bez pomysłu "Hand of Doom" i brzmiący jak chaotyczna sklejka dwóch różnych kompozycji "Electric Funeral".

      Usuń
  8. Aż musiałem zapuścić winylek by sobie przypomnieć. Chyba nie jest to kwestia ogrania, ponieważ nigdy nie szukałem coverów i chyba jedynie swego czasu słyszałem wygłupiającego się po polsku Kukiza . Paranoid oczywiście również jest prosty i przereklamowany, ale jednak dla mnie przyjemniejszy w odsłuchu. To są oczywiście moje odczucia, zapewne jestem w tej kwestii marginesem. Ot, moje zdanie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chodziło mi o przeróbki, tylko ogranie w radiu, telewizji, w filmach itp., gdzie jeśli już pojawia się Black Sabbath, to wyłącznie „Iron Man” lub „Paranoid”. Plus obowiązkowa obecność na wszelkich składankach, koncertówkach - i to nie tylko tych zespołu, ale też Osbourne’a.

      Sam album to jest jakościowa sinusoida - jak zresztą prawie każdy rockowy klasyk, który popularność zawdzięcza obecności 1-2 przebojów, niezależnie od ilości wypełniaczy - ale tak zupełnie obiektywnie, to „Iron Man” jest tu jednym z mądrzej skonstruowanych i najbardziej wyrazistych fragmentów, w sumie tylko "War Pigs" może się równać. Nie żebym nie lubił innych kawałków, bo w każdym jest coś fajnego - nawet „Rat Salad” ma przynajmniej niezły riff - tylko w każdym słychać braki kunsztu kompozytorskiego, taką niedojrzałość. No po prostu takie „Electric Funeral”, „Hand of Doom” czy nawet „Faires Wear Boots” nie są zbyt dobrze skonstruowane. A „Iron Man” jest dość urozmaicony, jak na hardrockową piosenkę, ale wszystko się tam klei w spójną, sensownie rozwijającą się całość.

      Usuń
  9. Czy jesteś w stanie uzasadnić, dlaczego uważasz, że "Toad" i "Moby Dick" są lepsze niż "Rat Salad"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W recenzji nie napisałem, że tak uważam, natomiast w "Moby Dick" jest najbardziej chwytliwy motyw podczas części zespołowej, a w "Toad" gra perkusista o największej wyobraźni i umiejętnościach z tej trójki.

      Usuń
    2. Nigdzie nie napisałem, iż napisałeś, że tak uważasz : J

      Odniosłem takie wrażenie czytając recenzje, ponadto sprawdziłem jeszcze oceny na RYM i się potwierdziło.

      Osobiście mam takie wrażenie, że po prostu gra Billa w środkowej częsci "Rat Salat" jest po prostu chaotyczna, natomiast dwa pozostałe "instrumentale" są jakby bardziej przemyślane.

      Ten motyw "Moby Dick" jest kradziony *, ale o tym oczywiście wiesz.

      Często spotykam się z opinią, że Bonham to najlepszy perkusista wszech czasów. Zauważyłem dawno temu pewien wzór: jeżeli ktoś jest świetny, lecz umiera za młodu, to staje się legendą, dla niektórych nawet i bogiem. Na tym blogu jednak John w szeregu stoi za Gingerem ; J

      * celowo napisałem kradziony, ponieważ oryginalny kompozytor nie został uwzględniony jako autor.

      Usuń
    3. Te podobieństwa kawałków Led Zeppelin do kompozycji innych twórców, których nie dopisano jako współautorów, nie ujmują przecież jakości samym kawałkom, a jedynie moralności muzykom zespołu.

      Z listami "najlepszych X wszech czasów" problem jest tak, że to po prostu plebiscyty popularności, którą często podbija przedwczesna śmierć.

      Usuń
    4. Moim zdaniem ujmują również i kawałkom, ponieważ niektóre z nich odegrane zostały niemalże dokładnie tak samo jak elementy pierwowzorów. To samo tyczy się chociażby "Black Mountain Side". Co innego "Dazed and Confused", ponieważ to już niemalże nowy utwór.

      Usuń
    5. Gdybyś nie zdawał sobie sprawy, że coś jest plagiatem, to nie odbierałbyś tego jako czegoś drugorzędnego. A więc to jednak ocena moralna, a nie stricte muzyczna, wpływa na taki odbiór tych utworów.

      Usuń
    6. Cytując klasyka: "A, tak, tak. Na niewtajemniczonych robi to spore wrażenie". Dlatego warto zapoznawać się z otoczką, by być bardziej świadomym, a przecież chociażby to ty właśnie na tym blogu zostałeś kolejną osobą, która po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu, że zdecydowanie warto mieć szerszy obraz.

      Dla mnie ocena zarówno moralna, jak i muzyczna, ponieważ Page odgrywa swoje partie niemalże jeden do jednego, nie proponując w ww. utworach czegoś nowego.

      Usuń
    7. Dalej są to tak samo fajne partie. Zresztą to nigdy nie jest kopia 1:1 całego utworu - tylko jakiś fragment tekstu albo motyw, ale zagrany w innym tempie czy tonacji - i zawsze jest tam jakaś wartość dodana.

      Usuń
    8. To jednak tylko i wyłącznie opinia. Nie słyszę, żeby sama partia Jimmy'ego Page'a w utworze "Black Mountain Side" różniła się od tej w wykonaniu Berta Janscha. Fajnie jednak, że zdecydowano się dodać tablę. Natomiast riff "Moby Dick" brzmi już rzeczywiście troszeczkę inaczej, powiedziałbym nawet, iż lepiej. Więc same partie lidera Led Zeppelin zdecydowanie za mało się różnią.

      Usuń
    9. Jeśli niewiele się różnią, to nie ma merytorycznego powodu, by jedną z nich uważać za gorszą.

      Usuń
    10. Ale jak to nie ma? Przecież jeden jest oryginałem, a drugi kopią. To nie jest przeróbka na miarę "Dazed and Confused".

      Usuń
    11. Ale czy fakt, że te utwory skomponował ktoś inny - i nie został podpisany jako autor - implikuje, że te wersje są gorsze od oryginałów pod jakimś muzycznym względem, czy może jednak każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie? Bo ja nie słyszę, żeby wersje Zeppelinów były w jakiś sposób gorsze, np. zubożone pod względem harmonicznym czy fakturalnym. Wręcz przeciwnie. Nawet, gdy zespół dokonywał pozornie małych zmian - przyśpieszając tempo, dociążając brzmienie czy wzbogacając je o dodatkowe instrumenty - to były to zmiany wzbogacające te utwory i nadające im własnego charakteru, bo od razu można rozpoznać, jaki to zespół.

      Na tej samej zasadzie można przecież deprecjonować wszystkie wykonania cudzych kompozycji. Np. "All Along the Watchtower" Hendrixa, twierdząc, że to przecież kopia oryginału Dylana, tylko z solówkami elektrycznej gitary zamiast harmonijki, plus z sekcją rytmiczną i większą energią. Tylko że te zmiany dały zupełnie nową jakość i nawet sam kompozytor twierdził, że "All Along the Watchtower" stał się bardziej utworem Hendrixa niż jego, a na koncertach grał go w tej hendrixowskiej aranżacji. W tym przypadku oczywiście nie ma wątpliwości natury moralnej, ale od strony stricte muzycznej jest to identyczna sytuacja - granie cudzej kompozycji.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)