3 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "Black Sabbath" (1970)



13 lutego 1970 roku światło dziennie ujrzał jeden z najbardziej wpływowych, najbardziej szokujących i po prostu najlepszych debiutów w historii muzyki. Nagrany w ciągu ledwie jednego dnia (16 października 1969 roku) przez czterech młodych muzyków z Birmingham, którzy przybrali nazwę Black Sabbath. Zespół już tutaj zaprezentował swój własny styl i brzmienie. W znacznym stopniu zawdzięczał go przypadkowi. Gdyby nie wypadek gitarzysty Tony'ego Iommi - który podczas pracy w fabryce stracił opuszki palców lewej ręki i został zmuszony do obniżenia strojenia gitary, żeby dociskanie strun nie sprawiało mu bólu - brzmienie zespołu nie byłoby tak ciężkie i surowe. Ale sam styl jego gry też odbiegał od ówczesnych standardów. Chociaż to samo dotyczy pozostałych instrumentalistów - Geezera Butlera (także głównego autora tekstów), który używał gitary basowej jak instrumentu solowego, oraz perkusisty Billa Warda, w których grze słychać ich bluesowo-jazzowe korzenie. Nie można też zapomnieć o wokaliście Ozzym Osbourne, którego sposób śpiewania jest daleki od ideału, jednak nie można mu odmówić charyzmy i rozpoznawalnego głosu, a co najważniejsze - doskonale uzupełniał się z grą instrumentalistów.

Otwierający debiutancki album zespołu utwór "Black Sabbath" mógł budzić wręcz przerażenie u ówczesnych słuchaczy. Zaczyna się odgłosami burzy, potem wchodzi ciężki riff oparty na zakazanym w średniowieczu, diabelskim trytonie. Utwór z początku jest wolny, klimatyczny, ale w końcówce następuje nagły zryw. Do tego zawodzący, mechaniczny śpiew Osbourne'a, snującego opowieść o spotkaniu z samym szatanem... Reszta płyty jest jednak mniej przerażająca. "The Wizard" i "Behind the Wall of Sleep" to po prostu blues rock, ale zagrany z niespotykanym wcześniej w muzyce ciężarem - nawet Led Zeppelin nie brzmiał tak mocno. Smaczkiem w pierwszym utworze jest harmonijka - na której zagrał sam Ozzy - świetnie uzupełniająca gitarowy riff. Drugi natomiast kończy krótkie perkusyjne solo, przechodzące w basowy wstęp kolejnego utworu, "N.I.B.". To kolejny wybitny fragment albumu. Kawałek opiera się na niesamowicie chwytliwym riffie (lekko przypominającym "Sunshine of Your Love" Cream), a uroku dodają mu spokojne zwolnienia i fantastyczne, długie solówki Tony'ego. Warto zwrócić uwagę na tekst - podmiotem lirycznym jest Lucyfer, który zakochany ulega przemianie, staje się dobry. Jeszcze bardziej przebojowy jest "Evil Woman", czyli przeróbka utworu mało znanej grupy Crow. Prawdopodobnie jej nagranie wymusiła wytwórnia, która wymagała od zespołu singlowego hitu. Wydany na singlu nie odniósł jednak sukcesu.

Amerykańskie wydanie longplaya zamiast "Evil Woman" zawierało autorski utwór "Wicked World" - oryginalnie stronę B tego samego singla. Pod względem muzycznym kawałek nie wyróżnia się niczym szczególnym, jednak tekstowo już tak. Zespół odchodzi tu od tematyki okultystycznej i bierze się za politykę. Kompaktowe reedycje zawierają oba utwory. Kolejną kompozycją na oryginalnym wydaniu jest natomiast "Sleeping Village". Utwór rozpoczyna spokojna część z ledwie kilkoma wersami tekstu, dalsza część jest natomiast bardziej żywiołowa i instrumentalna. Album kończy dziesięciominutowa przeróbka utworu "Warning" z repertuaru zapomnianej bluesrockowej grupy The Aynsley Dunbar Retaliation. To kolejny rewelacyjny fragment albumu, oparty na genialnym, wyrazistym basowym motywie, któremu towarzyszą bluesowe zagrywki Tony'ego i chwytliwy wokal Ozzy'ego. Sporą część utworu zajmuje gitarowa solówka, częściowo grana bez udziału sekcji rytmicznej. Iommi pokazuje tu swoje umiejętności, grając na różne sposoby (w pewnym momencie cytuje bluesowy klasyk "Spoonful" Howlin' Wolfa, znany też z wersji Cream). Podobno pierwotnie solówka trwała osiem minut dłużej, ale została skrócona przez producenta, aby na longplay zmieściło się więcej utworów. Gitarzysta nigdy nie pogodził się z tą ingerencją w jego popis. Osobiście uważam, że wyszło na dobre - w takiej formie utwór jest przecież idealny, a z dłuższą solówką mógłby być już nieco nużący. Genialny finał albumu i prawdopodobnie mój ulubiony utwór w całej dyskografii zespołu.

"Black Sabbath" to kamień milowy, album, który na zawsze odmienił muzyczny świat - nikt wcześniej nie grał tak ciężko ani mrocznie. A na uznanie zasługuje również niesamowite brzmienie. Rodger Bain genialne ustawił proporcje pomiędzy poszczególnymi instrumentami, zwłaszcza jeśli chodzi o gitarę basową, nierzadko wychodzącą na pierwszy plan. Chociaż później muzycy krytykowali Baina i począwszy od "Vol. 4" sami zaczęli produkować swoje płyty, to ich kolejne dzieła pod względem brzmienia nie mogą się równać z pierwszymi trzema longplayami.

"Black Sabbath" jest zdecydowanie moim ulubionym albumem zespołu, a także jednym z najbardziej lubianych w ogóle. Naprawdę nie mogę się tutaj do niczego przyczepić, począwszy od kompozycji, przez wykonanie, aż po brzmienie. Czuć tutaj po prostu świeżość i niesamowitą, młodzieńczą energię. Nie bez znaczenia jest też fakt, że to najbardziej bluesowy album zespołu, a ja uwielbiam bluesa. Przy czym jest to bardzo oryginalne podejście do bluesa, dodające zupełnie nowej jakości. Nie mam żadnych wątpliwości, że ten album zasługuje na maksymalną ocenę.

Ocena: 10/10



Black Sabbath - "Black Sabbath" (1970)

1. Black Sabbath; 2. The Wizard; 3. Behind the Wall of Sleep; 4. N.I.B.; 5. Evil Woman; 6. Sleeping Village; 7. Warning

Skład: Ozzy Osbourne - wokal, harmonijka (2); Tony Iommi - gitara; Geezer Butler - bass; Bill Ward - perkusja
Gościnnie: Rodger Bain - drumla (6)
Producent: Rodger Bain


17 komentarzy:

  1. Obok "Iron Maiden", "Appetite for Destruction" i "Lonesome Crow" debiut wszech czasów. Doskonałe kompozycje i wykonanie. Niespotykany wcześniej ciężar - nie bez przesady na wiele późniejszych ciężkich utworów i riffów mówiło się mianem "sabbathowy". Poza tym - genialnie słyszalny bas i idealnie pasujący wokal Ozzy'ego.

    Nie mogę sobie wyobrazić, co musieli czuć ludzie w 1970 r. w momencie słuchania utworu tytułowego. To musiało być coś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Debiuty wszech czasów według mnie (kolejność trochę przypadkowa, ale trochę nie): "Black Sabbath", "In the Court of the Crimson King", "Are You Experienced" The Jimi Hendrix Experience, "Led Zeppelin", "Blues Breakers" Johna Mayalla i Erica Claptona, "Truth" The Jeff Beck Group, "Rory Gallagher", "The Allman Brothers Band", "Halfbreed" Keef Hartley Band, "The Doors", "Wishbone Ash". No, ewentualnie mogę dodać jeszcze "Iron Maiden". A z nowszych "Ten" Pearl Jamu.

      Usuń
  2. Którą wersję albumu aktualnie posiadasz (bo zakładam, że posiadasz). Tę z "Evil Woman" czy tę z "Wicked World"?

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam pytanie ... wspominasz o 'diabelskim trytonie' - uczyłeś się teorii muzyki i sam po usłyszeniu tego dźwięku wiedziałeś, że to właśnie tryton, czy gdzieś czytałeś jakieś opracowanie na temat tej płyty i stamtąd zaczerpnąłeś tę informację (prawdziwą, rzeczywiście jest tam tryton).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałem o tym w wielu miejscach, to powszechnie znany fakt. Nie znam się na teorii muzyki.

      Usuń
  4. To pierwsza recenzja na tej stronie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, choć była później poprawiana. Ale ocena jest od początku taka sama.

      Usuń
  5. Appetite for Destruction? Jezu. Dobrze, że nie "Happy Nation" albo ""

    z nowszych to możesz dać debiut Stone Roses, "Ten" jak wiemy jest rozdmuchanym wielkim nic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O dziwo, z większością pozycji na tamtej liście wciąż mógłbym się zgodzić. Z wyjątkiem dwóch ostatnich. Brakuje jednak np. Mahavishnu Orchestra, Gentle Giant, Henry Cow... A z drugiej strony, nie wiem po co jakoś szczególne wyróżniać debiuty. Płyty jak płyty.

      Usuń
    2. No co, przecież "Appetite for Destruction" to fantastyczna płyta.

      Usuń
  6. Płyta ma naprawdę niesamowity klimat, słucha się jej znakomicie. Brzmienie faktycznie w tamtych czasach niespotykane. Jedyny nieco lżejszy kawałek to "Evil Woman". Najbardziej przypadły mi do gustu "Black Sabbath", "N.I.B.", "The Wizard " i "Warning". Utworem tytułowym, mimo że od jego premiery minęło już bez mała pół wieku, do dziś można by straszyć małe dzieci i pobożne staruszki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według mnie nie ma tu słabych utworów, może tylko "Sleeping Village" lekko odstaje od reszty. A "Warning" to najlepsze co zespół kiedykolwiek nagrał ;)

      Usuń
    2. Tak, w zupełności się zgadzam, że słabych utworów tu nie ma. Nawet w tak znakomitym zbiorze zawsze po prostu coś najbardziej wpada w ucho, dlatego napisałem, że "najbardziej przypadły mi do gustu", choć oczywiście do gustu przypadła mi ta płyta w całości :)

      Usuń
    3. Nie musisz się tłumaczyć, ja tylko napisałem jakie jest moje zdanie ;) To jest jeden z moich ulubionych albumów w ogóle, a ulubiony z hard rocka. A przy okazji jest jednym z, powiedzmy, pięciu najważniejszych, najbardziej nowatorskich i wpływowych w tym stylu.

      Usuń
  7. No to tak:
    Black Sabbath - mocno osadzony w bluesie ciężki hard rock
    Paranoid - heavy metal
    Master of Reality - doom metal
    Vol. 4 - psychodela? Riffy (np.: ten z Supernaut) zalatują mi psychodelą

    Dobrze myślę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie do końca. W ogóle nie mieszałbym wczesnego Black Sabbath z heavy metalem. W latach 70. używano tej nazwy jako zamiennika dla hard rocka, ale obecnie heavy metal oznacza taką muzykę, jak w latach 80. grał Iron Maiden czy Judas Priest. Black Sabbath grał podobnie w czasach Dio, ale ich twórczość z Ozzym, wbrew pozorom, nie ma wiele wspólnego z tym stylem. Heavy metal, w dzisiejszym znaczeniu, powstał z inspiracji różnymi zespołami, wśród których Black Sabbath oczywiście był, ale aż tak wiele elementów od niego nie zaczerpnięto.

      Debiut to po prostu ciężko zagrany blues rock. Poza tytułowym utworem, bo to było coś bardzo oryginalnego.
      "Paranoid" to rozwinięcie stylistyki debiutu, ale już prawie bez bluesowych naleciałości. Zespół stworzył zupełnie własną odmianę hard rocka. W całkowicie już dojrzałej formie została ona zaprezentowana na "Master of Reality". Ten album miał ogromny wpływ na powstanie doom- i stoner metalu, ale zaliczenie go do którejś z tych stylistyk byłoby znacznym uproszczeniem - jest to jednak bardziej różnorodne granie.
      "Vol. 4" (i dwa kolejne albumy) to wciąż ta sabbathowa odmiana hard rocka, ale więcej tam eksperymentów z brzmieniem, nietypowym instrumentarium, itd. Ale jedyny związek "Czwórki" z psychodelią, to tworzenie pod wpływem narkotyków ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.