16 maja 2012

[Recenzja] Black Sabbath - "The Eternal Idol" (1987)



Album "The Eternal Idol" powstawał w trudnym dla Tony'ego Iommiego okresie. Zmuszony do kontynuowania działalności pod szyldem Black Sabbath, zmagał się z nieustającymi rotacjami w składzie. Jeszcze podczas trasy koncertowej promującej "Seventh Star", po jakiś trzech występach, z zespołu odszedł Glenn Hughes, a jego miejsce zajął Ray Gillen. Wkrótce potem nastąpiła zmiana na stanowisku basisty, które objął Bob Daisley (znany z Rainbow i solowych albumów Ozzy'ego Osbourne'a). Zespół przystąpił do tworzenia nowego albumu - nie bez problemów, bo okazało się, że Gillen zupełnie nie potrafi pisać tekstów. Ostatecznie napisał je Daisley, który zajmował się tym już u Osbourne'a. Najgorsze nastąpiło jednak tuż po zakończeniu nagrań, gdy skład całkowicie się posypał - odszedł zarówno Gillen, jak i sekcja rytmiczna, która postanowiła grać u Gary'ego Moore'a. Iommi nie miał zamiaru po raz kolejny wydawać albumu z jednym wokalistą, a na trasę wyruszyć już z innym. Zatrudnił więc Tony'ego Martina, aby nagrał na nowo wszystkie partie wokalne.

"The Eternal Idol" kontynuuje drogę obraną na "Seventh Star". Dominuje tutaj raczej sztampowe, heavymetalowe granie o wygładzonym brzmieniu za sprawą kiczowatych, syntezatorowych podkładów w tle. Całkiem nieźle wypada otwierający całość "The Shining", wyróżniający się nawet dobrą melodią, zaś w finałowym "Eternal Idol" pojawia się namiastka dawnego mroku i ciężaru - niestety, zespół nawiązuje do swojej przeszłości w zbyt przerysowany - i zwyczajnie nudny - sposób. Wyróżnia się jeszcze akustyczna, instrumentalna miniaturka "Scarlet Pimpernel" - ale tylko ze względu na swój odmienny charakter. O pozostałych kawałkach nie warto nawet wspominać. To po prostu bardzo przewidywalne i raczej tandetne granie, w naprawdę okropnej stylistyce, mieszczącej się gdzieś pomiędzy kiczowatym heavy metalem, a banalnym AOR-em. Jeśli zaś chodzi o Tony'ego Martina, to  za sprawą barwy głosu i zamiłowania do zbyt wysokich tonów - najbliżej mu do Ronniego Jamesa Dio. Na szczęście unika typowej dla Dio teatralnej maniery (poza utworem tytułowym), dzięki czemu jest nieco bardziej znośny.

"The Eternal Idol" to po prostu jeden z najsłabszych albumów wydanych pod szyldem Black Sabbath. Zawodzi tutaj niemal wszystko, od bezbarwnych kompozycji, przez denną stylistkę i bezpłciowe wykonanie, po kiczowate brzmienie. Firmowanie czegoś takiego nazwą Black Sabbath to zniewaga dla wszystkich wielbicieli tego zespołu.

Ocena: 4/10



Black Sabbath - "The Eternal Idol" (1987)

1. The Shining; 2. Ancient Warrior; 3. Hard Life to Love; 4. Glory Ride; 5. Born to Lose; 6. Nightmare; 7. Scarlet Pimpernel; 8. Lost Forever; 9. Eternal Idol

Skład: Tony Martin - wokal; Tony Iommi - gitara; Bob Daisley - bass; Eric Singer - perkusja; Geoff Nicholls - instr. klawiszowe
Gościnnie: Bev Bevan - instr. perkusyjne (7,9)
Producent: Jeff Glixman, Vic Coppersmith-Heaven, Chris Tsangarides


1 komentarz:

  1. Jeśli chodzi o ten album to jedynie The Shining jest w miarę dobre. Ogólnie nie znoszę tego krążka. Natomiast Tony Martin brzmi tu zupełnie bezbarwnie i nijak ma się do potężnego głosu Ronniego Dio. Dopiero na późniejszych płytach jego wokal się rozwinął. Mnie najbardziej podoba się z czasów Cross Purposes.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.