28 maja 2012

[Recenzja] Deep Purple - "In Rock" (1970)



Po szoku, jaki wywołał debiutancki album Led Zeppelin i sukcesie jaki osiągnął, muzycy Deep Purple - a raczej ich część: Blackmore, Lord i Paice - zdali sobie sprawę, że to jest muzyka przyszłości. I że najlepsze, co mogą zrobić, to porzucić psychodeliczne klimaty, na rzecz cięższego grania. Byli jednak świadomi, że z Rodem Evansem jako wokalistą niewiele osiągną w takiej stylistyce, zatem postanowili się go pozbyć. Przy okazji zdecydowali wyrzucić także basistę Nicka Simpera, który nie pasował im pod względem towarzyskim. Wciąż koncertując w oryginalnym składzie, odbywali potajemne sesje z muzykami popowej grupy Episode Six: wokalistą Ianem Gillanem i basistą Rogerem Gloverem. W ten sposób uformował się drugi skład grupy, powszechnie znany jako Mark II.

Grupa nie od razu jednak poszła śladem Led Zeppelin. Pierwszym wydawnictwem Mark II był singiel "Hallelujah", dość łagodny pod względem muzycznym, choć wyróżniający się mocnym i ekspresyjnym śpiewem Gillana, wzorującego się na Arthurze Brownie. Następnie zespół odbył serię występów z orkiestrą, których rezultatem był koncertowy album "Concerto for Group and Orchestra" (1969), zawierający tytułową kompozycję Jona Lorda. Klawiszowiec chciał pójść dalej w tym kierunku, jednak pozostali muzycy poskromili jego ambicje i zmusili do nagrania czadowej, rockowej płyty. Grupa rozpoczęła sesję nagraniową pod okiem realizatora dźwięku Martina Bircha, który pomógł osiągnąć odpowiednio ciężkie (choć dalekie od doskonałości) brzmienie. Pierwszym owocem sesji był chwytliwy "Black Night", który wydano na małej płytce. Utwór okazał się największym singlowym sukcesem Deep Purple - osiągnął drugie miejsce w brytyjskim notowaniu. Na recenzowany tu album jednak nie trafił (poza edycją meksykańską i kompaktowymi reedycjami).

Przejdźmy zatem do tego, co na longplayu się znalazło. Wydany w czerwcu 1970 roku "In Rock" (albo "Deep Purple in Rock") rozpoczyna się od gitarowego zgiełku, z którego wyłania się ładny hammondowy motyw. Zaraz jednak dołącza się cały zespół i utwór - zatytułowany "Speed King" - nabiera wyjątkowej, jak na rockowy kawałek z tamtych czasów, agresji. Ostry śpiew Gillana pokazuje zaś, że był on wówczas największym krzykaczem rocka, nawet Robert Plant nie mógł się z nim równać. W środku utworu pojawia się jednak instrumentalna, spokojniejsza część, będąca popisem instrumentalistów. Riffowy "Bloodsucker" to kolejna, już nie tak potężna, porcja agresji, za to już w "Child in Time" grupa pokazuje inne, liryczno-progresywne oblicze. Wspaniały klawiszowy motyw (co z tego, że inspirowany utworem "Bombay Calling" grupy It's a Beautiful Day?), delikatny śpiew Gillana, przechodzący w wysoki krzyk podczas narastającej dynamiki, w środku długa, mocniejsza część instrumentalna, a potem powrót do głównego motywu - to wszystko złożyło się na jeden z najwspanialszych utworów w historii muzyki rockowej.

Szkoda, że druga strona "In Rock" już tak nie ekscytuje. "Flight of the Rat" to prosty hardrockowy utwór, w którym niewiele się dzieje, a rozciągnięto go aż do ośmiu minut. Utwór nigdy nie był wykonywany na żywo i słuchając go, nie trudno zgadnąć dlaczego. Nigdy za nim nie przepadałem, nawet gdy podchodziłem bardziej bezkrytycznie do Deep Purple w składzie Mark II. Całkiem przyjemnie wypadają natomiast "Into the Fire"  i "Living Wreck", łączące hardrockowy ciężar z chwytliwymi melodiami. Ponadto oba opierają się na dość fajnych riffach. Finałowy "Hard Lovin' Man" to natomiast kolejny czad na miarę "Speed King", ale o bardziej swobodnej, nieco jamowej strukturze. Wszystkie trzy były grane podczas koncertów promujących album, ale jedynie "Into the Fire" utrzymał się w setliście dłużej, niż przez kilka występów.

Największą wadą albumu jest nierówny poziom utworów. Przepaść, jaka dzieli "Child in Time" i "Speed King" od pozostałych utworów, jest naprawdę spora. Tak naprawdę, każdy z pozostałych utworów mógłby zostać zastąpiony czymś innym (np. "Black Night", albo znanymi z niektórych reedycji odrzutami - "Cry Free" i "Jam Stew") i longplay by na tym praktycznie nic nie stracił. Na braku "Flight of the Rat" nawet by zyskał. Natomiast bez tamtej dwójki, zwłaszcza "Child in Time", byłby nieporównywalnie uboższy. Na pewno nie odniósłby tak wielkiego sukcesu i nie byłby uznawany za takiego klasyka. Może wyróżnia go dobre wykonanie, ale większość kompozycji i brzmienie całości (bardzo suche, z niemal niesłyszalnymi partiami basu) jest na poziomie licznych hardrockowych grup działających w tamtym czasie, którym nie udało się zyskać popularności (inna sprawa, że Deep Purple miał szczęście nagrywać dla dużej wytwórni, która zapewniała mu doskonałą promocję).

Dlatego mam mieszane odczucia odnośnie tego albumu. Z jednej strony ma wspomniane wyżej wady, a z drugiej - jest to jedno z pierwszych wydawnictw z taką muzyką i jedno z bardziej wpływowych. Nawet jeśli muzycy Deep Purple nie zaprezentowali tutaj niczego naprawdę oryginalnego, to wydali ten album na tyle szybko, że znaleźli się w gronie najważniejszych hardrockowych wykonawców, wraz z Led Zeppelin i Black Sabbath. Z tej trójki zawsze byli najsłabszym zespołem, najrzadziej zbliżając się do absolutnych wyżyn takiego grania (a gdy już, to tylko pojedynczymi utworami, a nie całymi albumami). Ale jednocześnie prezentowali znacznie wyższy poziom od swoich naśladowców. Przede wszystkim dzięki utalentowanym instrumentalistom i wokaliście, w dalszej kolejności dzięki kompozycjom. "In Rock" jest zresztą doskonałym potwierdzeniem, że muzykom Deep Purple, przynajmniej z tego składu, znacznie lepiej wychodziło granie, niż komponowanie. Dawniej robił na mnie znacznie lepsze wrażenie, jednak wraz z muzycznym rozwojem i poznawaniem ambitniejszej muzyki, dostrzegam tutaj coraz więcej wad.

Ocena: 8/10




Deep Purple - "In Rock" (1970)

1. Speed King; 2. Bloodsucker; 3. Child in Time; 4. Flight of the Rat; 5. Into the Fire; 6. Living Wreck; 7. Hard Lovin' Man

Skład: Ian Gillan - wokal; Ritchie Blackmore - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Roger Glover - bass; Ian Paice - perkusja
Producent: Deep Purple


28 komentarzy:

  1. Najlepsza płyta w histori rocka. Amen

    OdpowiedzUsuń
  2. Doskonały przykład płyty... doskonałej. Hard rock na najwyższym poziomie. Manifest. Żadne jednak słowa nie oddadzą polotu i potężnej dawki czadu, jaką zawarli tu panowie Blackmore. Lord, Paice, Gillan i Glover. Po prostu muzyczna petarda, niszcząca wszystko na swojej drodze. Pomijając już tak kultowe pozycje jak Speed King czy Child on Time, na szczególną uwagę zasługują Flight of the Rat i Hard Lovin' Man. Utwory mające za nic radiowe standardy, pełne kapitalnego śpiewu Gillana i ekscytujących pojedynków na linii Blackmore - Lord. Galopujący riff tego drugiego to jakby zapowiedź maidenowych eskapad. Równie proroczy jest riff utworu Bloodsucker, z genialnie wyciągającym górki Gillanem. Nawet taki pozornie nie wychylający się Into the Fire wyróżnia rasowy, blues-rockowy riff, zerżnięty przez panów Cugowskiego i Lipkę w kompozycji Lubię ten stary obraz. Nie tylko najlepsza płyta DP, jeden z pomników hard-rocka, wykuty w skale...

    OdpowiedzUsuń
  3. "In rock" wgniata w podłogę. Absolutny kanon. Właściwie jedynym słabszym punktem (choć oczywiście nadal niespadającym z pewnego poziomu) jest nieco przydługawy "Flight of the Rat", ale można to wybaczyć ;) Moim zdaniem album zasługuje na 10/10. Skoro LZ i BS dostali od Ciebie po dwie 10, to DP zasługują przynajmniej na jedną. A za co, jeśli nie za ten album? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Made in Japan" to najlepsze wydawnictwo Deep Purple. Ale i to nie jest album na 10, przez przydługie solo perkusyjne Paice'a (z którego żaden Tony Williams, Elvin Jones ani nawet Ginger Baker).

      Co do "In Rock", to warto zastanowić się, jak wyglądałby ten album bez "Speed King", a tym bardziej bez "Child in Time". Powiedzmy, że zamiast nich trafiłyby tu nagrane podczas tej samej sesji "Black Night", "Cry Free" i "Jam Stew" - czy wciąż byłby to tak samo dobry album? Czy zyskałby taką popularność i mówiłoby się o nim jako kanonie? Nie sądzę. Jestem wręcz pewien, że nie. Pozostałe kawałki same nie dałyby rady tak pociągnąć tego wydawnictwa. A moim zdaniem ocena 10/10, a nawet 9/10, powinny być przyznawane wyłącznie albumom, które w całości trzymają bardzo wysoki poziom. I po pominięciu dowolnego utworu wciąż byłyby tak samo dobre. Dlatego mam coraz większe wątpliwości, czy nie oceniłem "In Rock" za wysoko.

      Usuń
    2. I po pominięciu dowolnego utworu wciąż byłyby tak samo dobre.

      Albo na odwrót - pominięcie jakiegokolwiek utworu byłoby dla niego ze szkodą (czyt. każdy jest niezbędny)

      Usuń
    3. Dla mnie "In Rock" nawet bez "Speed King" i "Child in Time" (z dodaniem "Black Night", innych nie słuchałem) również stanowiłby świetny album. Choć brak tego drugiego byłby ogromną stratą i w takim przypadku album raczej nie byłby tak ceniony. Szczerze mówiąc, od "Speed King" zawsze wolałem "Bloodsucker" czy "Hard Lovin' Man". Każde nagranie jest tam kapitalne i m.in. dlatego jako jeden z niewielu zasługuje u mnie na maksymalną ocenę.

      Być może niedługo płyty Deep Purple z okresu 1970-1975 spotka tu podobny los co te po 1984 ;) ;)

      Usuń
    4. "In Rock" bez "Child in Time" nie różniłby się od licznych proto-metalowych NKR-ów z tamtego okresu. Tak, jak i one, mógłby się podobać wielu słuchaczom, ale nie byłoby na nim czegoś, dzięki czemu mógłby odnieść tak wielki sukces.

      Nigdy nie ceniłem albumów po 1984 roku. Gdybym obniżył oceny wcześniejszym, to tamtym tez bym musiał, a nie bardzo jest z czego obniżać ;)

      Usuń
    5. Ale i tak wydaje mi się, że oceny tych płyt (w sumie) od 1984 roku też pospadały. Kojarzę, że np. "The Battle Rages On" miał nieco wyższą ocenę (ok. 6), "The House of Blue Light" na pewno miał więcej niż 1, a "Now What?!" w momencie premiery wręcz był chwalony ;) A były tu już tak radykalne skoki ocen (Riverside, Scorpions, Dio), że podobny los może spotkać i Deep Purple. W sumie już to się "zaczyna" - vide "In Rock" ma mieć mniej.

      Usuń
    6. Już wolę In Rock od Made in Japan a to z jednego powodu. Chce mi sie wymiotować jak słyszę ten banalny, wieśniacki i wyświchtany utwór o tytule Smoke on the Water. Kuźwa, rockowe disco polo. Nie przepadam też za galopującym Highway Star a one są fundamentem Made in Japan, bez nich bym pewnie słuchał bo brzmienie jest świetne. Na In Rock nie ma takiej wiochy.

      Usuń
    7. Oba utwory bardzo zyskują na "Made in Japan", zwłaszcza "Highway Star".

      Natomiast "Machine Head" nie byłbym już w stanie przesłuchać.

      Usuń
    8. o racja Highway jest dużo lepsze na Japan ale Smoke niestety jest tak samo prostacki.

      Usuń
    9. To już wina samej kompozycji, z której niewiele dało się wycisnąć. Riff może i fajny w swojej straszliwej prostocie, ale zwrotki nijakie, a refren po prostu festyniarski ;) Jednak w wersji z Japonii fajny jest ten moment, jak ktoś się tam na początku myli i musza zaczynać od początku. Dodaje to takiego autentyzmu i poczucia wyluzowanej atmosfery, bo potem grają właśnie z takim luzem. Pewnie album by zyskał, gdyby w tym miejscu dali "Speed King" albo "Black Night", ale ten nieszczęsny "Smoke" jakoś bardzo mi tam nie przeszkadzał nigdy. Bardziej drażnił mnie na "Machine Head" (jak jeszcze zdarzało mi się słuchać), bo wersja studyjna jest znacznie nudniejsza z tym swoim wygładzonym brzmieniem i perfekcyjnym (tzn. bez pomyłek) wykonaniem. A jeśli miałbym się do czegoś na "Made in Japan" przyczepić, to raczej do solówki perkusyjnej. Ian Paice jest cienki w porównaniu z jazzowymi bębniarzami, a gra tam tak długo i tak się popisuje swoimi umiejętnościami, jakby mu się zdawało, że jest nie wiadomo jakim wirtuozem.

      Usuń
  4. U mnie podium płyt Deep Purple wygląda tak:
    1. "Deep Purple"
    2. "Come Taste The Band"
    3. "In Rock"
    Moim zdaniem album eponimiczny jest najbardziej urozmaicony i zawarto na nim ciekawsze rozwiązania, niż na "In Rock" (chodzi mi tutaj o zmiany motywów,nastrojów, tła instrumentalne) może co prawda najciekawszy jest ostatni utwór ("April",który moim zdaniem jest lepszy od "Child In Time"), ale nie stracił by wiele w mojej ocenie, jakby go nie było (i tak byłby bardzo dobry album). Czy twoja ocena względem albumu eponimicznego również nie zmieni się w przyszłości w tym kierunku? (Będzie na coraz wyższej pozycji względem innych albumów)

    PS. sory jak nawaliłem jakieś byki w tym co napisałem powyżej :) Nie operuje jeszcze zbyt dobrze pojęciami dotyczącymi muzyki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od eponimicznego praktycznie zacząłem słuchać Deep Purple ;) Tzn. znałem wcześniej jakieś ich dokonania (na pewno te najsłynniejsze), ale jakoś mnie nie mogły zainteresować. A ten album, gdy go poznałem, naprawdę mnie zachwycił. Ale jednak z biegiem czasu i poznawanych albumów, stopniowo tracił u mnie na jakości. Tak naprawdę, ten longplay niczym szczególnym się nie wyróżnia na tle muzyki z tamtych czasów. Chyba nawet nie zmieściłby mi się w pierwszej setce albumów z roku 1969. Nie dziwię się, że zespół został doceniony dopiero po wydaniu "In Rock", bo to faktycznie było coś świeżego i dość oryginalnego.

      "April", podobnie jak później "Concerto...", jest czymś niezbyt konwencjonalnym dla zespołu rockowego, ale też nie do końca udanym eksperymentem - po prostu brakuje tam jakieś większej współpracy zespołu z orkiestrą.

      Usuń
  5. A nie myślisz że teraz zrobiła się dysproporcja między In Rock a debiutem Scorpions w recenzji gdzie wspominasz między wierszami In Rock, jako coś wyżej? A jak zaraz dojdzie do tego IV i Paranoid to będzie jeszcze dziwniej?

    OdpowiedzUsuń
  6. oceniłeś epigonów DP "Look at Yourself" na 8
    i ten album na 8. Większość fanów DP by Cię już miała w notesie. Osobiście z tych dwóch wolę UH a ten album po prostu nuży mnie.
    Co jakiś czas wznawiam go, ale odczucie mam to samo,
    Machine Head ma jednak o niebo lepsze utwory...
    Chyba jednak utwory są słabe, a może realizacja nagrań, praca producencka, cholera wie, czegoś faktycznie tej płycie brakuje by dać wyższą ocenę. Osobiście skusiłbym się ku niższej....

    OdpowiedzUsuń
  7. Żeby nie było żadnych dysproporcji, musiałoby być tyle ocen, ile albumów. Ponad 750 longplayów oceniłem na 8/10 - wiadomo przecież, że nie wszystkie stawiam na równi. Jedne są bliższe tych ocenionych na 7, inne tych na 9.

    Sam fakt, że Uriah Heep (oceny są sprzed 4,5 roku, o ile pamiętam, więc raczej nieaktualne) i Scorpions to epigoni, to jeszcze nie powód, by dla zasady mieli niższe oceny od Deep Purple, który przecież też nie był jakimś wielkim prekursorem.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ta poprawka to chyba po ostatniej dyskusji w dziale Q&A. Myślę że 8 to zasłużona ocena ten zespół nigdy nie tworzył wielkich dzieł najlepsza płyta to chyba live "Made in japan".

    OdpowiedzUsuń
  9. Motyw Child in Time jest wzięty z pewnej piosenki Vanilla Fugde,na co zespół DP uzyskał zgode.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie Vanilla Fudge, tylko It's a Beautiful Day. Czy uzyskał zgodę, to nie wiem, ale It's a Beautiful Day w odwecie nagrał utwór oparty na motywie purplowego "Wring That Neck".

      Usuń
  10. Dobry album, pewnie oceniłbym go podobnie jak Ty, Pawle. Kolega Jakub Knapik wspomniał o albumie Deep Purple z 1969 roku, też go bardzo lubię. Tak jak u Ciebie, u mnie tez nieco stracił po czasie, ale być może jest moim ulubionym albumem Purpli, chociaż, ciężko powiedzieć. Come Taste the Band niby lubię, niby dobry album, ale wydaje mi się, że gdyby zabrakło na nim You Keep on Moving i This Time Around/Owed to 'G', to album byłby sporo słabszy, albo inaczej, sporo, bardzo sporo by stracił w moich oczach, i myślę, ze nie tylko w moich :) Nie ma co, wyróżniają się te dwa utwory.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie to samo niedawno gdzieś pisałem o "Come Taste the Band" i dwóch ostatnich utworach ;) Ale pozostałych kawałków, mimo wszystko, słucha mi się lepiej, niż wypełniaczy z "In Rock".

      Usuń
    2. Mi tak samo. Lubię też Fireballa, dobra płyta.

      Usuń
    3. I nie przeszkadza Ci "Anyone's Daughter"?

      Usuń
    4. Właśnie zapomniałem napisać o tym utworze. Sam w sobie nie wydaje się jakiś tragiczny, jest nawet trochę zabawny, ale faktycznie, pasuje jak pięść do nosa ;) Najbardziej podoba mi się Fools, zdecydowanie. Ten utwór znalazłby się w trójce moich ulubionych utworów Deep Purple, kto wie, może nawet na pierwszym miejscu. Tytułowy, jeśli mam być szczery, to nigdy za nim jakoś szczególnie nie przepadałem, może i jest kwintesencją brzmienia Purpli, gdzieś tak przeczytałem, ale jakoś średnio zawsze mi podchodził.

      Usuń
  11. co do pojęcia "album" pamiętam jak byłem dzieckiem i mój wujek, fanatyk winyli, zawsze mnie ganił jak mówiłem album. zawsze mi powtarzał ze album to podwójne wydawnictwo a pojedyncza płyta to longplay albo po prostu płyta. nie wiem czy miał racje ale nawet jeśli to dziś już się to zatarło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze słyszę o czymś takim :D

      Według mnie płyta to po prostu fizyczny nośnik, na którym zapisano muzykę. Natomiast album / longplay oznacza konkretne dzieło, jego całokształt, czyli muzykę + okładkę. Wydawnictwo z dwiema płytami to prostu dwupłytowy album lub longplay.

      Usuń
  12. to było 30 lat temu więc może wtedy tak się mówiło

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.