[Recenzja] King Gizzard & the Lizard Wizard - "Alien Metal" (2026)

Okładka płyty "Alien Metal" King Gizzard & The Lizard Wizard.


Nowy, dwudziesty ósmy album studyjny King Gizzard and the Lizard Wizard został wydany niemal z zaskoczenia. Data premiery nie była znana aż do jej przedednia, choć już od kilku tygodni ukazywały się kolejne single, więc można było się spodziewać, że prędzej lub później całość pojawi się w streamingu. Myląco zatytułowany "Alien Metal" pokazuje niestety, że nadproduktywni Australijczycy wciąż błądzą po omacku. Zamiast trzymać się stylów, w których świetnie sobie radzą i potrafią odcisnąć na nich własne piętno - by wspomnieć o mikrotonowej psychodelii z "Flying Microtonal Banana", jamowym graniu z "Ice, Death, Planets, Lungs, Mushrooms and Lava" czy udziwnionym metalu z "PetroDragonic Apocalypse" - po raz kolejny wzięli się za stylistykę, o której wydają się nie mieć za bardzo pojęcia, ani pomysłu, jak nadać jej własnego charakteru.

Początki "Alien Metal" sięgają 2023 roku, kiedy ukazał się pierwszy w całości elektroniczny album KGLW, "The Silver Cord". A właściwie następujących po nim tras koncertowych, podczas których muzycy na coraz większą skalę używali coraz bardziej rozbudowanego syntezatora modułowego. W studiu nie próbowali jednak odtworzyć swoich koncertowych improwizacji, a stworzyli odrębny materiał. Zapowiedź, że to muzyka stworzona w przyszłości przez obcych, sugerowała coś bardziej kreatywnego i futurystycznego, niż w rzeczywistości znalazło się na płycie. W wizji zespołu ta potencjalna przyszła cywilizacja z innej planety to zwyczajni pogrobowcy ziemskiej sceny klubowej lat 90. - całość składa się niemal wyłącznie z klisz typowych dla elektronicznych nurtów ze schyłku poprzedniego wieku, jak acid techno, acid house, psytrance, breakbeat czy jungle. Prawie w ogóle nie ma tu natomiast charakterystycznych dla King Gizzard & the Lizard Wizard humoru i dziwności, a miejsce rozpoznawalnych wokali zajęło sztampowe wykorzystanie wokodera. Inaczej niż na "The Silver Cord" nie nadano tej muzyce własnego idiomu. W efekcie "Alien Metal" brzmi jak płyta amatorskiego epigona Prodigy, jeśli nie jak Prodigy wygenerowany przez AI.


Jedynym typowym dla Australijczyków rozwiązaniem jest sama budowa albumu. Po raz kolejny powtórzono strukturę "Nonagon Infinity", zgodnie z którą każdy utwór przechodzi płynnie w następny, a ostatni - w pierwszy, tworząc niekończącą się pętlę. W praktyce trudno się zorientować, kiedy zmieniają się ścieżki - tak bardzo to jednorodny i pozbawiony wyrazistości materiał. Wyjątkiem jest ujawniony już jako pierwszy singiel "Level 5", który bynajmniej nie jest przeróbką kompozycji King Crimson. Gęstszy, bardziej posępny klimat oraz bardziej zróżnicowana dynamika na tle reszty płyty wyróżniają się in plus, jednak i tutaj nie brak oczywistych klisz, zwłaszcza w warstwie rytmicznej. Cokolwiek dobrego mogę napisać jeszcze o tytułowym "Alien Metal", wydanym zresztą jako drugi singiel, oraz o "Uqt" - w obu wokoder wykorzystano akurat w całkiem humorystyczny, typowy dla KGLW sposób, natomiast warstwa instrumentalna jest już totalnie sztampowa. W tym drugim dodatkowo pojawia się toporny metalowy riff, będący jedynym muzycznym nawiązaniem do tytułu longplaya. Wspomnieć można jeszcze o bardziej przestrzennym, najbliższym psytrance'u "Rapid Alpha Decay".

"Alien Metal" to album w zasadzie wyłącznie dla miłośników tej najntisowej estetyki klubowej - i to pod warunkiem, że nie oczekują świeżego podejścia, tylko właśnie jak największej ilości dobrze znanych klisz. Może też dla słuchaczy, którzy w ogóle nie mieli jeszcze kontaktu z takim graniem, a dzięki King Gizzard and the Lizard Wizard zdecydują się sięgnąć po taką muzykę. Inna sprawa, że to jedno ze słabszych wcieleń Australijczyków, niemal całkiem wykastrowane ze wszystkich atutów zespołu, więc może to być średnia zachęta do własnych eksploracji w tym kierunku. Mam wrażenie, że po bardzo dobrym dla grupy okresie 2022-23, muzycy znów kompletnie się pogubili, próbują kolejnych stylów, ale nie bardzo potrafią się w nich odnaleźć i nie mają pomysłów, jak zrobić w nich coś ciekawego. O "Alien Metal" mogę powtórzyć dokładnie to samo, co pisałem już o "Flight b741": nie dzieje się tu nic interesującego na poziomie kompozycji, aranżacji, wykonania czy produkcji, a sama ilość wydawanych płyt wydaje się dla tych gości ważniejsza od jakości. Wolałbym, żeby skupili się na rozwijaniu tego, w czym są dobrzy. Nie miałbym też nic przeciwko temu, by odpuścili sobie już te tematyczne albumy, które stały się dla nich ewidentnym ograniczeniem.

Ocena: 4/10


King Gizzard & the Lizard Wizard - "Alien Metal" (2026)

1. Sapience; 2. Alien Metal; 3. Superheavy, Supercritical; 4. Kill for the Steel; 5. Level 5; 6. Rapid Alpha Decay; 7. Uqt; 8. Atomic Collapse

Skład: Stu Mackenzie - wokal, wokoder, syntezatory; Ambrose Kenny-Smith - syntezatory; Joey Walker - syntezatory, wokal; Cook Craig - syntezatory; Lucas Harwood - gitara basowa, syntezatory; Michael Cavanagh - perkusja, elektroniczna perkusja, automat perkusyjny
Producent: King Gizzard & the Lizard Wizard


Komentarze