[Recenzja] The Rolling Stones - "Foreign Tongues" (2026)

Pomimo blisko sześćdziesięciu pięciu lat działalności i wydania właśnie dwudziestego piątego albumu, The Rolling Stones trzymają się zdecydowanie najlepiej spośród wszystkich rockowych dinozaurów. Opublikowany trzy lata temu album "Hackney Diamonds" bazuje wprawdzie na ogranych kliszach, a poziom utworów bywa różny, jednak energii mogłoby pozazdrościć wielu wykonawców o nawet krótszym stażu. Najnowszy "Foreign Tongues" podtrzymuje to wrażenie, zresztą część materiału powstała jeszcze podczas prac nad poprzednikiem. W porównaniu z nowymi wydawnictwami takich dinozaurów, jak Deep Purple, Yes czy - występujący tu gościnnie - Paul McCartney, krążek Stonesów brzmi bardzo naturalnie i niewymuszenie, nie zdradzając żadnych symptomów zdziadzienia.
The Rolling Stones to dziś trio Micka Jaggera, Keitha Richardsa i Ronniego Wooda. W jednym utworze wykorzystano partie zmarłego w 2021 roku Charliego Wattsa. Wśród gości, poza wspomnianym McCartneyem, znalazł się jeszcze jeden weteran brytyjskiego rocka, Steve Winwood. Są też przedstawiciele młodszego pokolenia: Robert Smith z The Cure czy Chad Smith z Red Hot Chili Peppers. Przez studio przewinął się nawet popowy gwiazdor Bruno Mars, choć jego wkład ogranicza się do gry na krowim dzwonku. Za produkcję, podobnie jak na poprzednim albumie, odpowiada natomiast jeszcze młodszy Andrew Watt. I to akurat nie do końca dobry wybór ze względu na jego tendencję do zbytniego wygładzania brzmienia, wypłaszczania dynamiki oraz nadawania zbyt popowego charakteru. Tutaj cierpi na tym choćby singlowy "In the Stars" - kolejna wariacja na temat "Start Me Up", tyle że z aranżacją i brzmieniem momentami niebezpiecznie zbliżającymi się do, za przeproszeniem, Coldplay.
Dużo lepsze wrażenie zrobiły na mnie trzy pozostałe przedpremierowe zapowiedzi. "Rough and Twisted" to energetyczny i surowy kawałek bluesrockowy, z zadziornymi gitarami, harmonijką, pianinem oraz saksofonem, przywołujący klimat stonesowskich przeróbek bluesowych standardów z "Blue and Lonesome". "Jealous Lover" dla odmiany przypomina twórczość zespołu z przełomu lat 70. i 80., gdy Jagger był pod silnym wpływem soulu, funku i disco - to jakby bardziej balladowy "Beast of Burden", są tu nawet falsety Micka! Wokalista pozostaje w znakomitej formie, pozostawiając daleko w tyle swoich rówieśników. "Divine Intervention" to już bardziej typowy rock and roll, grany z niemal punkowym czadem i brudem, zresztą na jednej z gitar przygrywa Robert Smith.
Reszta materiału też na ogół wypada bardzo przyjemnie. Na szczególne wyróżnienie zasługuje nieco glamowy "Mr. Charm", zadziorny i przebojowy zarazem, z kobiecym drugim głosem prawie jak w "Gimme Shelter". W warstwie tekstowej utwór krytykuje demagogów pokroju Elona Muska (wymienionego z nazwiska), którzy charyzmą i manipulacją przykrywają kompletny brak merytoryki. W warstwie lirycznej jest zresztą mnóstwo odniesień do współczesnego świata - a zwłaszcza zaniepokojenia kierunkiem, jaki obrała amerykańska polityka - podczas gdy muzyka konsekwentnie tkwi w przeszłości. Co bynajmniej nie przeszkadza, dopóki zespół dowozi kolejne udane kawałki, jak oparty na tanecznym, funkowym pulsie "Never Wanna Lose You" czy hałaśliwy "Hit Me in the Head" z perkusją Wattsa i harmonijką Jaggera. Ze spokojniejszych nagrań najbardziej przekonał mnie natomiast "Ringing Hollow", zaczynający się jak niepozorna piosenka country w leniwym nastroju, która jednak całkiem ładnie się rozwija - bardzo przyjemnie wypada organowe tło i gitarowe solówki.
Na plus wypadają też dwie interpretacje cudzych kompozycji. Poprzedni album wieńczył "Rolling Stone Blues" Muddy'ego Watersa w surowym wykonaniu Jaggera i Richardsa, a tu identyczną rolę pełni "Beautiful Delilah" Chucka Berry'ego - oszczędny, akustycznie zagrany, ale pełen energii kawałek z fantastycznym klimatem korzennego bluesa. Dość zaskakujący jest natomiast wybór "You Know I'm No Good" z repertuaru Amy Winehouse. O ile oryginał brzmi jak nieco sztuczna imitacja klasycznego R&B, tak Stonesom udało się uszlachetnić tę kompozycję. Muzycy faktycznie świetnie czują taką estetykę, dzięki czemu ich wykonanie wypada po prostu bardziej naturalnie i autentycznie, a nie jak stylizacja dla współczesnego słuchacza. Większa ekspresja, zamiast anemicznego zdystansowania pierwowzoru, też zdecydowanie działa na korzyść tej wersji.
Niestety, są też momenty, które przekonują mnie mniej, a co gorsze - wszystkie upchnięto w jednym miejscu, pomiędzy dwiema znakomitymi przeróbkami. Śpiewany przez Richardsa "Some of Us" za bardzo zbliża się do stylistyki Dire Straits, co było dziwną modą czterdzieści lat temu. Z kolei w "Covered in You" i "Side Effects" wracają te popowe skłonności Watta. Pierwszy z nich częściowo broni się dzięki zadziorniejszym momentom z masywnym basem McCartneya, ale łagodniejszy refren popada w radiowy banał; drugie z tych nagrań już w całości wypada strasznie miałko. Natomiast ballada "Back in Your Life" znów wywołuje we mnie mieszane odczucia - to dość przyjemny, choć bardzo przewidywalny kawałek, zwłaszcza podczas refrenu i sztampowej solówki gitarowej, a jako całość pozostający w cieniu swojego odpowiednika z poprzednika, "Sweet Sounds of Heaven". Spokojnie można było odchudzić ten godzinny album o przynajmniej niektóre z tych kawałków. Zdecydowanie nie tęskniłbym też za "In the Stars".
"Foreign Tongues" jest więc płytą dość nierówną, ale całościowo podoba mi się nawet trochę bardziej od poprzedniej. A to by oznaczało, że jest najlepszym albumem The Rolling Stones z (głównie) autorskim materialem od czasu "Some Girls" z 1978 roku. To w sumie fascynujące, że po tylu latach, wielu kiepskich wydawnictwach po drodze oraz kilkunastoletniej przerwie fonograficznej, grupa nie tylko wróciła do częstego wydawania nowej muzyki, ale też do formy niemal jak za najlepszych lat. Tak, w międzyczasie ukazał się jeszcze "Blue & Lonesome", gdzie wykonawczo też było znakomicie, ale jednak nagrywanie bluesowych standardów jest prostsze niż napisanie własnych utworów. A na "Foreign Tongues" Stonesi i jako muzycy, i jako kompozytorzy, zdeklasowali wszystkich innych rockowych dinozaurów, którzy wciąż nagrywają - tu cały czas jest energia i chyba autentyczna radość z grania.
Ocena: 7/10
The Rolling Stones - "Foreign Tongues" (2026)
1. Rough and Twisted; 2. In the Stars; 3. Jealous Lover; 4. Mr. Charm; 5. Divine Intervention; 6. Ringing Hollow; 7. Never Wanna Lose You; 8. Hit Me in the Head; 9. You Know I'm No Good; 10. Some of Us; 11. Covered in You; 12. Side Effects; 13. Back in Your Life; 14. Beautiful Delilah
Skład: Mick Jagger - wokal (1-9,11-14), gitara (1,2,4-8,11,14), harmonijka (1,8,9,11), instr. perkusyjne (4,5,7,12); Keith Richards – gitara, pianino (8), wokal (10,14), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara (1-13), gitara basowa (1,2), dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja (8)
Gościnnie: Andrew Watt - gitara (1-4,9,11-13), instr. perkusyjne (2,8,11-13), syntezator (3,5,7,12), pianino (3,4,9), gitara basowa (8), dodatkowy wokal; James King - saksofon tenorowy (1,5,9,13), saksofon altowy (5,13), saksofon barytonowy (9); Matt Clifford - pianino (1,2,11), organy (1), syntezator (3,11), elektryczne pianino (9,11); Ben Waters - pianino (1): Steve Jordan - perkusja i instr. perkusyjne (1-7,9-13); Benmont Tench - organy (2,10); Darryl Jones - gitara basowa (3-7,9,10,12,13); Steve Winwood - organy (3-6,9,12,13), elektryczne pianino (3,7), pianino (5-7,10,12,13); Naarai Jacobs - dodatkowy wokal (4); Robert Smith - gitara (5), syntezator (7), dodatkowy wokal (7); Ron Blake - trąbka (5,9,13), skrzydłówka (13); Bruno Mars - instr. perkusyjne (7); Paul McCartney - gitara basowa (11); Chad Smith - instr. perkusyjne (14)
Gościnnie: Andrew Watt - gitara (1-4,9,11-13), instr. perkusyjne (2,8,11-13), syntezator (3,5,7,12), pianino (3,4,9), gitara basowa (8), dodatkowy wokal; James King - saksofon tenorowy (1,5,9,13), saksofon altowy (5,13), saksofon barytonowy (9); Matt Clifford - pianino (1,2,11), organy (1), syntezator (3,11), elektryczne pianino (9,11); Ben Waters - pianino (1): Steve Jordan - perkusja i instr. perkusyjne (1-7,9-13); Benmont Tench - organy (2,10); Darryl Jones - gitara basowa (3-7,9,10,12,13); Steve Winwood - organy (3-6,9,12,13), elektryczne pianino (3,7), pianino (5-7,10,12,13); Naarai Jacobs - dodatkowy wokal (4); Robert Smith - gitara (5), syntezator (7), dodatkowy wokal (7); Ron Blake - trąbka (5,9,13), skrzydłówka (13); Bruno Mars - instr. perkusyjne (7); Paul McCartney - gitara basowa (11); Chad Smith - instr. perkusyjne (14)
Producent: Andrew Watt
Nadzieja wróciła?
OdpowiedzUsuńElona Muska też potępiasz?
OdpowiedzUsuńNapisałem tylko, że robią to Stonesi w kawałku “Mr. Charm”. Gdybym miał wyrazić własne zdanie, to potępiłbym bardziej stanowczo tego żerującego na cudzej pracy pasożyta oraz internetowego trolla, wykorzystującego swoje media i zasoby do siania dezinformacji, psucia debaty publicznej czy wspierania antydemokratycznych populistów i prawicowych ekstremistów.
Usuń