[Recenzja] The Rolling Stones - "Hackney Diamonds" (2023)

The Rolling Stones - Hackney Diamonds


Od ostatniego albumu The Rolling Stones z całkowicie premierowym, autorskim materiałem, a więc od czasu wydania "A Bigger Bang", minęło już osiemnaście lat. W międzyczasie wprawdzie ukazał się jeszcze "Blue and Lonesome", wypełniony jednak wyłącznie interpretacjami starych standardów bluesowych. Trochę szkoda, że na tym muzycy nie poprzestali, bo byłoby to ładne zwieńczenie dyskografii zespołu, który w pierwszych latach działalności grał niemal wyłącznie przeróbki cudzych kompozycji. Jednak "Hackney Diamonds" w roli ostatniego albumu - choć muzycy sugerują, że ostatnim nie będzie - też się całkiem nieźle sprawdza. Chociaż wypełniają go niemal wyłącznie własne, napisane współcześnie kawałki, to wyraźnie nawiązują one do sześciedziesięcioletniego dziedzictwa grupy, a wieńczący całość "Rolling Stones Blues" to kompozycja Muddy'ego Watersa, z której tytułu muzycy zaczerpnęli nazwę zespołu.

Materiał był nagrywany na przestrzeni pięciu ostatnich lat, ale w znacznej części już po śmierci oryginalnego i jedynego dotąd perkusisty Charliego Wattsa w sierpniu 2021. Jego grę można usłyszeć jedynie w dwóch nagraniach, "Mess It Up" i "Live by the Sword". Co ciekawe, w tym ostatnim gościnnie wystąpił także oryginalny basista Bill Wyman, który odszedł z zespołu na początku lat 90. Fajna niespodzianka dla fanów, tylko trochę szkoda, że nie wykorzystano okazji, by na płycie zagrał też drugi wciąż żyjący muzyk, który odegrał ważną rolę w historii grupy - gitarzysta Mick Taylor. Jest za to imponująca lista gości niezwiązanych dotąd z zespołem: w dwóch kawałkach zagrał Elton John, w jednym Paul McCartney, a w kolejnym pojawiają się Stevie Wonder i Lady Gaga. W studiu Mickowi Jaggerowi, Keithowi Richardsowi oraz Ronniemu Woodowi towarzyszyli także stali współpracownicy, klawiszowiec Matt Clifford i basista Darryl Jones, a ponadto wyznaczony przez Wattsa na jego następcę Steve Jordan.


Album poprzedziły dwa odmienne single. "Angry" to typowo stonesowski czad, brzmiący jak kolejna wariacja na temat "Start Me Up". Poza wzbudzaniem sentymentu u mało wymagających fanów, nic to kompletnie nie wnosi. Straszna sztampa, powielająca najbardziej ograne klisze, w dodatku z dziwnie brzmiącym śpiewem Jaggera. Zdecydowanie lepiej wypada "Sweet Sounds of Heaven", nawiązujący do tych rozbudowanych, zabarwionych bluesem, soulem czy gospel ballad zespołu z końcówki lat 60. i kolejnej dekady, na czele z "You Can't Always Get What You Want". Wciąż nic nowego, ale tego typu utworów zespół nie nagrał aż tak wiele, a ten nawet w tamtym okresie byłby jednym z lepszych. W dodatku bardzo dobrze odnaleźli się tu Gaga jako drugi głos i Wonder na klawiszach, a Jagger tym razem wypada niemal jak za najlepszych lat.

Choć tak różne, oba single dały jasno do zrozumienia, że "Hackney Diamonds" będzie albumem do bólu klasycznym. I jeśli ktoś jest miłośnikiem The Rolling Stones, a od zespołu oczekuje po prostu grania w określony sposób, to trudno mi sobie wyobrazić, by płyta nie przypadła mu do gustu. Zwłaszcza, że wykonane jest to wszystko z podobną energią, luzem i wyczuwalną radością, co "Blue & Lonesome", a nie w tak wymęczony sposób, jak na "A Bigger Bang" czy kilku wcześniejszych płytach. Kompozycje też wydają się bardziej charakterystyczne, choć nie da się ukryć, że bazują na sprawdzonych pomysłach, czasem niemalże kopiując dobrze znane motywy (np. w "Driving Me Too Hard" z "Tumbling Dice"). Nie wszystkie z zawartych tu utworów mnie przekonują. Poza singlowym "Angry" razi równie sztampowy "Bite My Head Off" - za wyjątkiem dość niespodziewanej, mocno sfuzzowanej partii McCartneya - a także banalny refren "Whole Wide World". Reszta płyty okazuje się jednak zaskakująco przyjemna, ze szczególnym wskazaniem na "Get Close", "Depending on You", "Driving Me Too Hard", "Sweet Sounds of Heaven" oraz "Rolling Stones Blues".


Jeśli zdarzają się tu jakieś urozmaicenia, to dokładnie takie, jak na klasycznych albumach grupy - a to do bólu stereotypowy rock'n'roll (wspomniany "Bite My Head Off"), a to jakieś country ("Dreamy Skies") czy odrobina bardziej tanecznej rytmiki, przypominająca o fascynacji Jaggera funkiem i disco ("Mess It Up"). No i jest też wspomniany "Rolling Stone Blues", zagrany wyłącznie przez Micka i Keitha w stylu oryginału - elektrycznego bluesa z lat 50., z podgłośnionym na maksa wzmacniaczem gitarowym i dodatkiem harmonijki. Świetny klimat, choć tego typu kawałek bardziej pasowałby na "Blue & Lonesome". Co poza tym? Na płycie nie mogli zagrać nieżyjący już saksofonista Bobby Keys i pianista Ian Stewart, ale można odnieść wrażenie, że to właśnie oni grają w "Get Close", a ten drugi także w "Live by the Sword". Nie zabrakło też spokojniejszego kawałka śpiewanego przez Richarda, który o dziwo dość dobrze w "Tell Me Straight" wypada. Na szczęście zrezygnowano tym razem z przesłodzonych ballad, którymi muzycy męczyli słuchaczy na kilku poprzednich autorskich wydawnictwach.

"Hackney Diamonds" nie jest w żadnym razie płytą, która cokolwiek wnosi do dyskografii The Rolling Stones. Ale wypada lepiej, niż jakikolwiek studyjny album zespołu wydany pomiędzy "Some Girls" a "Blue & Lonesome". Słychać tu, że muzykom - po sześciu dekadach działalności - wciąż się chce i wciąż potrafią zagrać z niemal młodzieńczą energią, a przy tym na pełnym luzie. Tego właśnie zabrakło na tegorocznych wydawnictwach młodszych przecież twórców w rodzaju Depeche Mode czy Metallica. Tego i świeżości, której akurat brakuje też u Stonesów, ale nadrabiają wykonaniem.

Ocena: 7/10

Nominacja do płyt roku 2023



The Rolling Stones - "Hackney Diamonds" (2023)

1. Angry; 2. Get Close; 3. Depending On You; 4. Bite My Head Off; 5. Whole Wide World; 6. Dreamy Skies; 7. Mess It Up; 8. Live by the Sword; 9. Driving Me Too Hard; 10. Tell Me Straight; 11. Sweet Sounds of Heaven; 12. Rolling Stone Blues

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, instr. perkusyjne, harmonijka; Keith Richards - gitara, gitara basowa, wokal (10), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja (7,8)
Gościnnie: Matt Clifford - instr. klawiszowe; Darryl Jones - gitara basowa; Steve Jordan - perkusja; Elton John - pianino (2,8); Paul McCartney - gitara basowa (4); Bill Wyman - gitara basowa (8); Stevie Wonder - instr. klawiszowe (11); Lady Gaga - wokal (11)
Producent: Andrew Watt, Don Was, Mick Jagger i Keith Richards


Komentarze

  1. "aż do bólu klasycznym" a czego spodziewać się po 80 latkach :)! To zresztą zespół singlowy od zawsze Angry faktycznie słaby ale drugi singiel fantastyczny. Zawsze mi mało było soulu u Stonsów bo potrafią.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie żebym się czepiał szanowny gospodarzu ależ Stonsi to przecież żywa skamienilina rocka lub jak ktoś woli opoka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. David Bowie w wieku 69 lat wydał "Blackstar", więc nawet w takim wieku można być kreatywnym. Nie ma zatem powodu, by dawać muzykom jakąś taryfę ulgową ze względu na wiek. Tym bardziej, że The Rolling Stones to nie jest trzecioligowy zespół, który nagrywał tylko w kółko jeden album, a grupa, która przez pierwsze dwie dekady działalności całkiem fajnie się rozwijała, adaptując nowe inspiracje, często zgodne z tym, co akurat się działo w muzyce.

      Usuń
    2. Porównanie Stonsów do Bowiego jak zapewne zdajesz sobie sprawę jest nietrafione. Nawet nie będę pisał dlaczego bo sprawa jest oczywista.

      Usuń
    3. Blackstar to też sięgnięcie do własnej przeszłości muzycznej .

      Usuń
    4. Bowiego przywołałem jako przykład wykonawcy, który - w przeciwieństwie do Stonesów - pozostał kreatywny w wieku emerytalnym i w tym kontekście nie ma znaczenia, czy istnieją między nimi inne analogie (istnieją, ale to nie jest tematem). A "Blackstar" muzycznie odwołuje się i do przeszłości, i do teraźniejszości, np. poprzez współczesne brzmienia elektroniczne czy hip-hopową rytmikę. Stonesi też kiedyś eksperymentowali z takimi nowinkami, jeszcze na przełomie lat 70. i 80., kiedy sięgali po elementy disco czy new wave. Dopiero na "Steel Wheels" stali się kompletnie anachroniczni.

      Usuń
  3. Ja tam żadnej poprawy nie słyszę, więc tym bardziej dziwi fakt wysokiej oceny - nastawiałem się na kolejne dość zasłużone 3-4/10. Może po czasie lepiej mi to wejdzie - choć zapewne nie będę już tego słuchał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też spodziewałem się, że nisko ocenię ten album, zwłaszcza po wydaniu tego autoplagiatu na pierwszym singlu (za pierwowzorem też nie przepadam). Jednak reszta repertuaru okazała się już znacznie lepsza, przede wszystkim nie tak geriatryczna, jak płyty od "Steel Wheels" do "A Bigger Bang", gdzie mam wrażenie, że nagrywali to na odwal, żeby było coś nowego. Od "Blue & Lonesome" znów im się chce, a ze tylko kopiują samych siebie, to inna sprawa.

      Usuń
    2. U Bowiego stałością była zmienność u Stonsów niezmienność.

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Podzielam ocenę Pawła. Płyta jest naprawdę dobra i warto było na nią czekać, jednak oprócz genialnego Sweet Sounds Of Heaven, brakuje kawałków, które wybijałyby się ponad pewien komfortowy poziom. Na minus dla mnie jest na pewno produkcja płyty. Ogólnie podoba mi się takie brzmienie, ale średnio mi to pasuje do albumu Stonesów - jest zbyt gładko. Natomiast Steel Wheels, Bridges To Babylon i A Bigger Bang całościowo oceniam wyżej od Hackney Diamonds. Więcej było tam utworów, do których mam ochotę wracać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki tobie próbowałem wyobrazić sobie płytę Stonsów z ambitną muzyką. Tylko nijak mi się nie udało, bo niby co mieliby grać? To jest pytanie do wszystkich czytelników tego bloga które proszę potraktować jako miłą rozrywkę intelektualną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłoby łatwiej dyskutować, gdybyś odnosił się do tego, co faktycznie napisałem, zamiast walczyć ze stworzonym przez siebie chochołem.

      Ani razu nie wspomniałem o tym, by Stonesi mieli grać ambitniej (co jednak zdarzało im się w przeszłości, ale o tym za chwilę). Cały czas piszę o graniu na czasie w kontrze do anachronizmu.

      Nieprawdą jest, że Stonesi są niezmienni, bo ich twórczość można podzielić na kilka wyraźnie odrębnych etapów:
      1) do 1965 roku - zwyczajny, typowy dla tamtych czasów rhythm and blues / rock and roll / proto-rock.
      2) 1966-67 - okres eksperymentalny, stosowanie nietypowych w rocku instrumentów i studyjnych sztuczek; wtedy był to szczyt ambicji w rocku, szczególnie na "Their Satanic Majesties Request".
      3) 1968-71 - okres fascynacji amerykańską tradycją: bluesem, country, folkiem, gospel, soulem.
      4) 1972-85 - pełen eklektyzm, z jednej strony kontynuacja tego, co dotychczas, z drugiej - nowe wpływy, jak reggae, funk, disco, punk rock, new wave.
      5) od 1989 - okres stagnacji, poza trzema nowocześniejszymi, kawałkami z "Bridges to Babylon".

      Usuń
    2. Faktycznie takie słowo jak ambitny nie pada mój błąd. Bardziej wyczytałem to pomiędzy słowami że Stonsi grają jak Stonsi i że to jest zarzut.Soulowe inklinacje można wyczuć od pierwszych ich nagrań . Okres poszukiwań to narkotyki i Brian Jones. Później płyneli w swojej bajce nic już nie musząc grając to lubią chłonąć czasem to co wchodziło na rynek jak regga. Nie chce mi się wchodzić w jakieś internetowe kłótnie zaprawdę. Tylko trzeba oddać cesarzom co cesarskie świat popkultury wyglądalby bez nich zupełnie inaczej i muzyka to tylko wycinek fenomenu Stonsów. Tyle serdecznie pozdrawiam.

      Usuń
  7. Nie wykorzystali okazji by pojawił się Mick Taylor? Nie zdziwiłbym się gdyby pokazał tej wartej siebie dwójce obydwa środkowe palce - za to jak go potraktowali w połowie lat 70. Oni w ogóle mieli talent do pozbywania się sensownych muzyków - z Taylorem postąpili wiadomo jak i wymienili na tego wypłoszą a Jonesa po prostu wykończyli. Gdyby TRS rozpadli się 3-4 lata po Bitkesach byliby zespołem tego samego kalibru

    OdpowiedzUsuń
  8. "wychowany" na Trójce i "Tylko Rocku" zawsze z otwartymi rękami podchodziłem do nowych płyt artystów - "instytucji" typu np. Peter Gabriel czy Rolling Stones. Jednakże juz pewnie z dwa lata wchodzę na tego bloga, no i "niepotrzebnie" nasłuchałem się różnych takich tu polecanych.. a teraz niepostrzeżenie - w opozycji do samego siebie - konstatuję, że nowy Peter Gabriel - "5" to może "6" a Stonesi niebezpiecznie pachną mi w kierunku "4"....na wszelki wypadek w najbliższym czasie nie wracam do Bridges To Babilon...żeby nie psuć sobie pięknych wyobrażeń z czasów studenckich.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)