[Recenzja] Sonny Rollins Quartet - "Tenor Madness" (1956)

Okładka płyty "Tenor Madness" Sonny’ego Rollinsa.


Sonny Rollins był - od kilku dni trzeba już używać czasu przeszłego - jednym z najwybitniejszych saksofonistów tenorowych. Na przełomie lat 50. i 60. równać mógł się z nim chyba jedynie John Coltrane. I tak się składa, że w tytułowym utworze na "Tenor Madness" grają obaj. To ich jedyne wspólne nagranie, mimo że pozostawali w dobrych relacjach - nawet pomimo faktu, że kilka miesięcy wcześniej Trane zajął miejsce Rollinsa w kwintecie Milesa Davisa. Sonny nie mógł jednak narzekać na brak ofert współpracy - wybrał granie w kwintecie Clifforda Browna i Maxa Roacha, jednocześnie rozpoczynając karierę pod własnym nazwiskiem. W tamtym czasie miał już blisko dekadę doświadczenia, zdobywanego m.in. u boku Buda Powella, Theloniousa Monka czy Arta Farmera.

"Tenor Madness" został zarejestrowany niemal dokładnie siedemdziesiąt lat temu, 24 maja 1956 roku w Van Gelder Studio. Była to piąta sesja Sonny'ego Rollinsa w roli lidera. W nagraniach wsparł go nie tylko Coltrane, ale też pianista Red Garland, basista Paul Chambers oraz perkusista Philly Joe Jones - czyli de facto Pierwszy Wielki Kwintet Milesa Davisa bez jego lidera. Zaledwie dwa tygodnie wcześniej, w tym samym miejscu, zespół trębacza rejestrował swoje ostatnie nagrania dla Prestige (znalazły się na płytach "Relaxin'...", "Workin'..." i "Steamin' with Miles Davis Quintet"), a niespełna dwa tygodnie później powstała tam znaczna część pierwszego albumu kwintetu dla Columbii, czyli "'Round About Midnight". Rollins, już z innymi sidemanami, do Van Gelder Studio powrócił natomiast pod koniec czerwca, czego efektem było powstanie jego najpopularniejszego albumu, "Saxophone Colossus". Poprzedni album niewiele mu jednak ustępuje pod względem jakościowym.


Na repertuar "Tenor Madness" składają się głównie interpretacje standardów z lat 30.: "When Your Lover Has Gone" Einara Aarona Swana, "My Reverie" Larry'ego Clintona (który jednak melodię pożyczył od Claude'a Debussy'ego) oraz "The Most Beautiful Girl in the World" Richarda Rodgersa i Lorenza Harta. Jedynie "Paul's Pal" - zatytułowany tak na cześć Chambersa - i utwór tytułowy to autorskie kompozycje Rollinsa. Choć ten ostatni to w zasadzie przeróbka starszego o dekadę "Royal Roost" (tudzież "Rue Chaptal") Kenny'ego Clarke'a. Niezależnie od kwestii autorstwa, to konkretne wykonanie jest jednym ze szczytowych osiągnięć hard bopu. Temat pierwowzoru jest tylko punktem wyjścia do prawdziwego saksofonowego szaleństwa. Nie jest to jednak żaden widowiskowy pojedynek - przez dwanaście minut dwaj najwięksi tenorzy tamtych czasów uprzejmie wymieniają się finezyjnymi solówkami (także z sekcją rytmiczną), w finale wchodząc w call and response. Indywidualne style obu - smukła gra Rollinsa i ostrzejsza Coltrane'a - znakomicie się ze sobą uzupełniają. Trochę szkoda, że nie rozszerzono tej współpracy na cały album.

Pozostałe, krótsze już o połowę utwory, na szczęście nie są jedynie dodatkiem do tytułowego. Trzy standardy zostały przearanżowane na zgodny z duchem epoki, hardbopowy styl. W "When Your Lover Has Gone" subtelnej melodii granej przez lidera towarzyszy mocno zaznaczony, nieco bluesowy rytm. "My Reverie" zachowuje balladowy charakter i jest wzorowym przykładem takiej staromodnej, lecz urokliwej ballady bopowej. Walczykowaty w oryginale "The Most Beautiful Girl in the World" tu zmienia się w energicznie swingujący w metrum 4/4 kawałek, napędzany mocnymi bębnami Jonesa, nieco kontrastującą ze stonowanymi, bardzo melodyjnymi solówkami Rollinsa. Jest też nieco swobodniejszy fragment z Chambersem grającym arco, a następnie perkusyjną solówką z pojedynczymi dźwiękami dodawanymi przez Garlanda. Autorski "Paul's Pal" nie jest natomiast tak charakterystycznym tematem, jak napisane przez Sonny'ego w zbliżonym okresie "Oleo" czy "St. Thomas", które stały się klasykami. To jednak wciąż bardzo przyjemne nagranie o wyluzowanym klimacie i - jak zobowiązywał tytuł - z dłuższą solówką basisty. Choć tak naprawdę we wszystkich utworach sekcja rytmiczna dostaje dużo miejsca na samodzielną grę - lider potraktował wszystkich uczestników sesji jak równoprawnych partnerów, a nie sidemanów.


Sonny Rollins był jedną z ostatnich żywych legend tamtej epoki. Jego śmierć ma w pewnym sensie symboliczny charakter, bo tym samym nie pozostał już żaden z jazzmanów pozujących na słynnym zdjęciu "A Great Day in Harlem" z 1958 roku, ani praktycznie żaden z najważniejszych przedstawicieli bopu lat 50. Na szczęście pozostawili po sobie ogrom muzyki, z którego nawet te nieco mniej popularne tytuły - jak właśnie "Tenor Madness" - są zwykle pełnowartościowymi dziełami, z imponującym wykonaniem wyrazistych kompozycji.

Ocena: 8/10


Sonny Rollins Quartet - "Tenor Madness" (1956)

1. Tenor Madness; 2. When Your Lover Has Gone; 3. Paul's Pal; 4. My Reverie; 5. The Most Beautiful Girl in the World

Skład: Sonny Rollins - saksofon tenorowy; Red Garland - fortepian; Paul Chambers - kontrabas; Philly Joe Jones - perkusja
Gościnnie: John Coltrane - saksofon tenorowy (1)
Producent: Bob Weinstock


Komentarze

  1. W moich oczach Rollins był zdecydowanym królem saksofonu w latach pięćdziesiątych. Jego pomysłowe i często nieoczywiste solówki w połączeniu z fantatsycznym brzmieniem wciąż robią wrażenie. Moim faworytem chyba jest nagrany dla Blue Note album "Sonny Rollins Vol. 2", z ostatnim występem Monka w roli sidemana, ale tak naprawdę wszystko, co nagrał w latach 50. jest warte odsłuchania. Ciekawie też prezentują się niektóre rzeczy z lat 60., jak np nagrany z de facto zespołem Ornette'a Colemana "Our Man in Jazz" czy lekko inspirowany późniejszym Coltrane'm "East Broadway Run Down". Wybitny artysta, bardzo mnie zasmuciła wieść o jego śmierci, choć 95 lat to i tak słuszny wiek.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Miles Davis - "The Complete Live at the Plugged Nickel 1965" (1995)

[Recenzja] Ahmed - "Play Monk" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "The Final Cut" (1983)

[Recenzja] Jack DeJohnette - "Special Edition" (1980)

[Artykuł] Pablo's Guide to Polish Pop - najlepsze polskie płyty