[Recenzja] Naked City - "Leng Tch'e" (1992)

Cykl "Ciężkie poniedziałki" S04E01
Lingchi, na Zachodzie znane jako kara tysiąca cięć, było jedną z najbardziej bezwzględnych form państwowej przemocy, stosowaną w Chinach jeszcze na początku XX wieku. Skazańca przywiązywano do drewnianej konstrukcji, a następnie stopniowo okaleczano nożem. A wszystko to w formie publicznego widowiska, którego sens wykraczał daleko poza samo zadawanie bólu i ostatecznie uśmiercenie. Chodziło o upokorzenie i rozpad ciała odbierający, w konfucjańskiej tradycji filozoficznej, godność także po śmierci. Wbrew późniejszym mitom egzekucje rzadko trwały długo - skazanych często odurzano opium, a cios w serce zadawano na wczesnym etapie, po czym dalsze cięcia służyły już samej demonstracji absolutnej władzy, a nie sadystycznemu przedłużaniu agonii. Co bynajmniej nie umniejsza okrucieństwa tej metody.
Kara tysiąca cięć przeniknęła do literatury, filmu czy muzyki. John Zorn postanowił przełożyć ten proces na język muzyczny, czego efektem była nagrana z Naked City kompozycja "Leng Tch'e", wypełniająca tak samo zatytułowany album. Zorn od dawna badał granice przemocy w sztuce oraz jej związek z sacrum, co doprowadziło go do twórczości francuskiego filozofa Georgesa Bataille'a, w tym książki "Łzy Erosa". Zamieszczono w niej historyczne fotografie egzekucji, wykonane przez francuskich żołnierzy stacjonujących w Chinach i dokumentujące ostatnie wykonanie tej kary w Pekinie, w 1905 roku. Okładka albumu "Leng Tch'e" wykorzystuje właśnie te autentyczne zdjęcia, ukazujące skazańca w trakcie tortury. To bezpośrednie powiązanie wizualnej oprawy z historycznym wydarzeniem nadaje albumowi wyjątkowo mocny i szokujący kontekst. Przygotowuje też do brutalności samej muzyki.
Czytaj też: Naked City - "Grand Guignol" (1992)
Album "Leng Tch'e" ukazał się w 1992 roku - wyłącznie w Japonii, nakładem lokalnej wytwórni Toy's Factory. Od tamtej pory materiał nie został ani razu wznowiony jako samodzielne wydawnictwo. Uwzględniono go natomiast w dwóch zbiorczych wydaniach Tzadik Records: najpierw w "Black Box" z 1997 roku, w komplecie z "Torture Garden", a następnie w "Complete Studio Recordings z 2005 roku, zbierającym wszystkie nagrania Naked City. Niewątpliwie szkoda, że nie jest to wydawnictwo szerzej dostępne. Zwłaszcza że mowa o jednym z pierwszych - obok wczesnych dokonań Earth i Melvins - albumów drone-metalowych.
Zgadza się - tym razem Zorn, Frith, Frisell, Horvitz, Baron i Eye poszli w zdecydowanie metalowym kierunku. A konkretnie zaproponowali tu unikalną mieszankę drone- oraz sludge metalu z odrobiną jazzu free. Cały album to tylko jeden, trochę ponad półgodzinny utwór. Swoją drogą niezła odmiana po wydanym ledwie trzy lata wcześniej "Torture Garden", 25-minutowym zbiorze ponad czterdziestu miniatur. "Leng Tch'e" to trzydzieści dwie minuty posępnego, ociężałego grania, z początku opartego na powolnych riffach lub noise'owych zgrzytach gitary oraz masywnej sekcji rytmicznej. Muzycy tworzą posępny, niepokojący klimat, ale naprawdę sugestywnie robi się w drugiej połowie nagrania, gdy dochodzą do tego obrazujące niewyobrażalne cierpienie, wręcz nieludzkie wrzaski Eye'a oraz wtórujące im piski saksofonu Zorna. Tu już sekstet nie zostawia przestrzeni na własną interpretację muzyki - to dźwiękowy ekwiwalent okrutnych tortur. Po tym kwadransie słuchania krzyków człowieka żywcem ćwiartowanego i obdzieranego ze skóry (niesamowite, że podczas nagrywania tych partii Yamatsuce najpewniej wcale nie działa się żadna krzywda) może nie być łatwo dojść do siebie.
"Leng Tch'e" to wyjątkowo ekstremalne granie, testujące wytrzymałość słuchacza. Robi to nie tylko bezwzględnością samej muzyki - choć ta jest naprawdę ciężka, agresywna i przytłaczająca - ale przede wszystkim wymuszając konkretny odbiór tych dźwięków jako aktu systemowej, sadystycznej przemocy.
Ocena: 8/10
Naked City - "Leng Tch'e" (1992)
1. Leng Tch'e
Skład: Yamatsuka Eye - wokal; John Zorn - saksofon altowy, wokal; Wayne Horvitz - instr. klawiszowe; Bill Frisell - gitara; Fred Frith - gitara basowa; Joey Baron - perkusja
Producent: John Zorn
No i namówił. Ale nie, że metal, tylko ciekawe połączenie tutaj się zapowiada.
OdpowiedzUsuńCo myślicie o karze śmierci?
OdpowiedzUsuńO ile jestem zwolennikiem jak najsurowszych kar za poważniejsze przestępstwa, to nie takiej kary. Sądy nie są nieomylne, a takiej pomyłki nie sposób odkręcić.
Usuń