[Recenzja] Maruja - "Pain to Power" (2025)

Okładka płyty "Pain to Power" grupy Maruja.


Płyta tygodnia 8.09-14.09

Nieczęsto zdarza mi się wyczekiwać debiutanckich albumów, a "Pain to Power" grupy Maruja, jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie tegorocznych płyt, to właśnie długogrający debiut. Poczynania grupy śledzę jednak już od ponad dwóch lat, a konkretnie od czasu EPki "Knocknarea", która dla istniejącego wówczas już prawie dekadę zespółu była wyjściem do szerszej publiczności. Wcześniejsza działalność miała raczej amatorski charakter. Wszystko zaczęło się w 2014 w Manchesterze, kiedy czterech nastolatków - śpiewający gitarzysta Harry Wilkinson, drugi gitarzysta Liam Laurence, basista Matt Buonaccorsi oraz nieznany z personaliów perkusista - postanowiło razem grać. Nazwę Maruja Wilkinson wypatrzył na sklepowym szyldzie podczas rodzinnych wakacji w Hiszpanii.

W kolejnych latach kwartet opublikował w sieci kilka singli oraz EPek, zdradzających fascynację funkiem czy reggae, zarazem utrzymanych w mocno punkowej estetyce. Dziś muzycy tak bardzo wstydzą się tamtych nagrań, że wycofali je ze streamingu, a nawet próbowali wymazać wszelkie o nich wzmianki z internetowych baz danych w rodzaju Rate Your Music. O ile do pierwszego mieli prawo, jeśli ich zdaniem tamten materiał nie spełnia standardów i może szkodzić wizerunkowi zespołu, natomiast próby wymazywania części historii budzą już spore wątpliwości.


Najstarszymi wydawnictwami, do jakich zespół wciąż się przyznaje, są single "Tao" i "Rage" z 2020 roku. To w nich zadebiutował obecny skład, z Wilkinsonem, Buonaccorsim, saksofonistą Joem Carrollem oraz bębniarzem Jocobem Hayesem. Wtedy też zaczął się kształtować obecny styl grupy. "Tao" jest mocno osadzony w post-punku, z nieco funkowym groove'em i jazzującym saksofonem, a "Rage" wychodzi od przestrzennego, subtelnego post-rocka z jazzowym zabarwieniem, by stopniowo nabierać intensywności, a w kulminacyjnym punkcie osiągnąć post-hardcore'ową agresję. Podejście z "Rage" znakomicie rozwinięto i udoskonalono na EPkach "Knocknarea" (2023) i "Connla's Well" (2024). To dzięki nim grupa przedostała się do nieco szerszej świadomości i podpięto ją do nurtu zwanego sceną Windmill od nazwy londyńskiego klubu, gdzie często występują jej przedstawiciele. To zresztą właśnie Maruja wydawała się najbardziej obiecującym następcą zespołów, które zapoczątkowały ten nurt: black midi, Squid oraz Black Country, New Road. Z tym ostatnim była zresztą często porównywana ze względu na podobny klimat, wokalną ekspresję czy obecność saksofonu.

Wspomnieć trzeba też o dwóch innych wydawnictwach zespołu z ostatnich lat: kompilacji studyjnych jamów "The Vault" (2024) oraz koncertowej EPce "Tir na nÓg" (2025, debiut w metalowej wytwórni Music for Nations), również zawierającej wyłącznie spontaniczne granie. Improwizacja jest ważnym elementem stylu zespołu oraz procesu powstawania kompozycji. Nie inaczej wyglądało tworzenie "Pain to Power". Pomysły na poszczególne utwory wzięły się z zespołowego jamowania; potem je oczywiście dopracowano, dodano teksty, ale ta swoboda wciąż jest odczuwalna. A skoro mowa o warstwie lirycznej, to jest ona mocno zaangażowana, choć jednocześnie powierzchowna, sprowadzając do paru komunałów na temat problemów brytyjskiej ochrony zdrowia ("Break the Tension") czy ucisku społeczeństwa przez bogaczy ("Look Down on Us"). Jednak nawet tak naiwne linijki, jak powtarzana wielokrotnie to różnice czynią nas pięknymi z "Saoirse" (z irlandzkiego: wolność) w czasie ludobójstwa w Gazie, wojny w Ukrainie, deportacji w Stanach czy narastających postaw ksenofobiczno-rasistowskich na całym świecie, są po prostu ważne i potrzebne, jako być może impuls do głębszych przemyśleń.


Wydanie "Pain to Power" poprzedziły aż cztery single, co oznacza ujawnienie połowy wszystkich tytułów. Utwory te pokazały nieco większą wszechstronność grupy. "Break the Tension" to zwarty, intensywny kawałek post-punkowy czy wręcz post-hardcore'owy, z agresywnym saksofonem, noise'owymi gitarami i perkusyjną kanonadą, a także wściekłym, punkowym wokalem. W równie zwięzłym, ale już wolniejszym "Trenches" podobne granie, wzbogacone o zgliczowane wstawki, przeplata się fragmentami mniej intensywnymi, choć nie mniej zadziornymi, którym towarzyszy w zasadzie rapowana partia wokalna. Takie wpływy - muzycy przyznają się do inspiracji Kendrickiem Lamarem czy Little Simz - jeszcze silniej dają o sobie znać w blisko 10-minutowym "Look Down on Us", w pierwszych minutach bliskim industrial hip-hopu, z zajadłym rapem przechodzącym podczas refrenu w brutalny wrzask, z jazgotliwymi partiami gitary i saksofonu oraz masywną grą sekcji rytmicznej. W dłuższej, wciąż ekspresyjnej części instrumentalnej utwór podąża jednak w bardziej crimsonowe rejony, po których następuje subtelniejsze, post-rockowe zwolnienie z już łagodniejszym nawijaniem, po czym utwór przyśpiesza, wracają noise'owe gitary i zadziorny saksofon, a na koniec wszystko zatapia się w kakofonicznym zgiełku. Rap rock nie brzmiał tak progresywnie i ciekawie od czasu "The Real Thing" Faith No More. Nie spodziewałem się, że jakikolwiek zespół z Windmill pójdzie akurat w tę stronę, ale wyszło świetnie. Maruja tym samym znalazła sposób, aby już definitywnie odróżnić się od innych przedstawicieli sceny.

Jednak na rapowaniu nie kończą się pomysły na urozmaicenie warstwy wokalnej, na EPkach ograniczonej w zasadzie do nerwowych melodeklamacji i neurotycznego wrzasku. W "Saoirse", także wydanym jako singiel, pojawia się nowy rodzaj wokalnej ekspresji Wilkinsona - subtelny, melodyjny śpiew. To zresztą bardzo zgrabna piosenka, z początku łagodna, lecz niepozbawiona napięcia, które rozładowuje się w kulminacyjnym crescendo. Całość utrzymana jest gdzieś pomiędzy post-rockiem, klasycznymi rockowymi balladami, irlandzkimi pieśniami oraz jazzem spiritual. I w jakiś sposób klei się to w niezwykle spójną całość.


Po tak mocarnych singlach oczekiwania wobec reszty materiału miałem podniesione do najwyższego poziomu. Czy pozostałe utwory z "Pain to Power" je spełniają? Tak, ale z jednym zastrzeżeniem. Okazało się bowiem, że single zdradziły zbyt wiele i reszta albumu nie przynosi już wielu niespodzianek. Taki "Bloodsport", to już po prostu kolejna czadowa mieszanka punkowych stylów, rap rocka oraz jazzującego saksofonu, niepozbawiona wściekłości, a zarazem całkiem chwytliwa i, jak na trzyminutową piosenkę, całkiem sporo się tu dzieje. Znalazły się tu też dwa około 10-minutowe nagrania, trochę bliższe stylistyki "Knocknarea" i "Connla's Well". W "Born to Die" z początku jest bardzo delikatnie, Wilkinson deklamuje z ambientowym tłem; dopiero po chwili dołącza powściągliwa sekcja rytmiczna, schowana w tle gitara oraz bardzo ładne, niemal uduchowione solówki saksofonu w stylu bliskim Pharoaha Sandersa. Utwór oczywiście stopniowo się zagęszcza, budując napięcie, które osiąga pierwszą kulminację w emocjonalnym fragmencie instrumentalnym, potem znów się wycisza, by w finałowej sekcji zmienić się w kolejną, tym razem bardziej ekspresyjną improwizację, z agresywnym saksofonem. zgiełkliwą gitarą i potężną sekcją rytmiczną. "Reconcile" dla odmiany rozwija się bardziej spójnie, od delikatniejszego początku po mocniejszy finał, cały czas utrzymując napięcie. W warstwie wokalnej, oprócz deklamacji, pojawia się znów bardziej melodyjny śpiew (w końcówce nieco pod Thoma Yorke'a), a w instrumentalnej pewną nowością są elektroniczne sekwencje kojarzące się z minimalizmem. Całości dopełnia instrumentalny - poza wokalizami - "Zaytoun", w całości delikatny, stylistycznie utrzymany pomiędzy post-rockiem i jazz fusion, klimatem przypominająca łagodniejsze momenty EPek.

Nawet jeśli single nieco osłabiły efekt zaskoczenia, to "Pain to Power" jest najlepszym, co wydarzyło się na scenie Windmill od czasu black midi (wliczając solowego Greepa), BC,NR i Squid. Maruja nie jest kopią żadnego z tamtych zespołów. Muzycy znaleźli swój własny styl, łącząc wprawdzie rzeczy już w rocku obecne, ale nie w takiej akurat konfiguracji. Szczególnie ciekawe jest dodanie rapu, bo od dawna - od czasu Rage Against the Machine i wspomnianego Faith No More, czyli niemal samych początków takiej fuzji - nikomu chyba nie udało się sensownie wykorzystać go w rocku. W połączeniu z innymi, rozległymi wpływami - od noise'u po jazz - jest to całkiem unikalna mieszanka, w dodatku dość elastyczna, pozwalająca na pewien eklektyzm, co daje grupie szerokie możliwości rozwoju. Do tej pory Maruja naprawdę fajnie ewoluowała, a "Pain to Power" jest zarazem udanym podsumowaniem dotychczasowych poszukiwań, jak i kolejnym krokiem do przodu. Kolejny album - jeśli to.faktycznie zespół na miarę wielkiej trójki Wundmill i utrzyma swoje progresywne podejście - powinien być jeszcze większym przełomem. Na razie nagrali swoje "Bright Green Field".

Ocena: 9/10

Nominacja do płyt roku 2025


Maruja - "Pain to Power" (2025)

1. Bloodsport; 2. Look Down on Us; 3. Saoirse; 4. Born to Die; 5. Break the Tension; 6. Trenches; 7. Zaytoun; 8. Reconcile

Skład: Harry Wilkinson - wokal i gitara; Joe Carroll - saksofon altowy, dodatkowy wokal; Matt Buonaccorsi - gitara basowa; Jacob Hayes - perkusja
Producent: ?


Komentarze

  1. Cześć :) !

    Nie podzielam entuzjazmu. W recenzji padały porównania do R.A.T.M. i Faith No More, które wprawiły mnie w osłupienie. Tutaj jest monotonne rapowanie, a nie - tak jak w przypadku F.N.M. - pełen wachlarz wokalnych szaleństw generała Pattona. W aspekcie partii śpiewanych i rapowanych Maruja skonfrontowana z F.N.M. wypada po prostu jednowymiarowo. Zaś R.A.T.M. miażdży Brytyjczyków energią i witalnością. Nie dostrzegam tutaj także wizji i polotu Black Midi.

    Pozdrawiam serdecznie -
    Cookie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było moim zamiarem sugerować, że Maruja w jakikolwiek sposób przypomina RAtM czy Faith No More, poza samą obecnością partii rapowanych. I to akurat jest plus, że nie kopiują kapel sprzed 30+ lat, tylko swój wypracowany na EPkach styl wzbogacili o ten nowy element. Wilkinson nie jest Pattonem (i nie próbuje być), ale instrumentalnie jest to znacznie ciekawsze - zwłaszcza od monotonnego i wcale nie bardziej dynamicznego RAtM - granie, o szerszych inspiracjach i bez tej metalowej toporności, która nawet u FNM czasem razi. Wizję zespołu wyraźnie widać, zwłaszcza jak prześledzi się jego rozwój na kolejnych wydawnictwach, a polot jest tu choćby w tym, z jaką lekkością muzycy przechodzą między stylami. Zresztą black midi też nie zaczynali od "Cavalcade", a od "Schlagenhaim", który pokazał tylko część potencjału tych muzyków. Podobnie było ze BC,NR i Squid - wydali obiecujące debiuty, ale dopiero na drugich albumach pokazali swoje możliwości oraz dojrzałą, w pełni wykrystalizowaną wizję artystyczną.

      Usuń
  2. Nie znałem wcześniej wydanych singli, każdy utwór jest dla mnie nowy. Po pierwszym przesłuchaniu nie byłem szczególnie zadowolony. Drugie przesłuchanie znacznie poprawiło moją opinię na temat tego debiutu. Trzeciego przesłuchania jeszcze nie było, na razie moja ocena to 8-9/10.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta płyta byłaby nieporównanie ciekawsza, gdyby zatrudnili saksofonistę, który ma coś ciekawego do zagrania. O ile same piosenki są spoko, to dęciak gra muzykę z windy, która nic nie wnosi do kompozycji. To że coś dogramy na dęciakach, to nie oznacza z automatu, że mamy ambitną muzykę. No mam mieszane uczucia - materiał ma potencjał i to ewidentnie coś innego niż Black Midi i BCNR, ale przykrywa go ta Rodowicz na saksie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby probowali grać jazz, to ok, choć saksofonista wciąż wypada tu dużo lepiej od Kenny'ego G. Natomiast do takiej punkowej, surowej, często agresywnej estetyki te partie po prostu pasują. Jeśli już szukać analogii z polską muzyką, to bardziej adekwatny będzie wczesny Kult. Tam też dęciaki nie są wyrafinowane, ale dobrze się komponują z całą resztą. No i chłop z Maruji się rozwija, słychać postęp w jego grze w porównaniu z EP-kami.

      Usuń
    2. Porównanie z Kultem jest o tyle nietrafione, że saksofon jest integralną częścią muzyki tego zespołu (mówię o wczesnych albumach), piosenki są często oparte na dęciaku, a nawet gdy nie gra on pierwszych skrzypiec, to jego partie naturalnie współgrają z kompozycją. W przypadku Maruji nie zdziwiłbym się, gdyby saksofon był dogrywany post factum do już gotowych nagrań. W sporej części numerów nie za bardzo widzę miejsce na niego.
      Właśnie dlatego że ta estetyka jest agresywna to saksofon nie pasuje, gdyż gra często po prostu za lekko, zbyt friendly. Dla mnie to nadal fajna płyta, takie solidne 7/10 powiedzmy, ale swój masterpiece mają chyba jeszcze przed sobą. BC,NR, black midi i Greep nagrali imo lepsze albumy do tej pory.

      Usuń
    3. Mam zupełnie odmienne wrażenie, słyszę grający razem kwartet, a niektóre fragmenty - jak "Saoirse" - łatwiej mi wyobrazić sobie bez gitary niż bez tego saksofonu. Natomiast też liczę na to, że jeszcze przebiją ten album i nagrają coś na poziomie szczytowych osiągnięć black midi, BC,NR czy Squid. Na razie jako jedyni ze sceny Windmill zrobili coś na poziomie tych słabszych płyt tamtej trójki.

      Usuń
  4. Konsekwentnie leci w dół w rankingu RYM, niestety... Szkoda, bo to doprawdy fenomenalna muzyka, jednocześnie bardzo intensywna, autentyczna emocjonalnie i ciekawa formalnie. Dla mnie póki co płyta roku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od dłuższego czasu rankingi RYM dla bieżących lat kompletnie się rozjeżdżają z moimi. W ogóle już z nich nie korzystam do wybierania premierowych płyt do słuchania - chyba że z filtrem uwzględniającym wyłącznie oceny obserwowanych użytkowników. Bardziej przydatna jest dziś sekcja „Top listening” na podstronie „New music”, bo tam widać, co aktualnie cieszy się zainteresowaniem, a nie wszystko z tego jest potem zauważalne w rankingu. Tak więc nowości poznaję głównie stamtąd i z indywidualnych rekomendacji, jakie otrzymuję, do czego dochodzą jeszcze premierowe wydawnictwa znanych mi wcześniej wykonawców, o których najczęściej wiem przed premierą.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Swans - "Birthing" (2025)

[Recenzja] Boards of Canada - "Inferno" (2026)

[Recenzja] Laurence Pike - "Possible Utopias for Jazz Quintet" (2026)

[Zapowiedź] Premiery płytowe czerwca 2026

[Artykuł] Pablo's Guide to Polish Pop - najlepsze polskie płyty