[Recenzja] Sly & The Family Stone - "Stand!" (1969)

Nie planowałem wracać do recenzowania starszych wydawnictw przed końcem tego miesiąca, jednak ze względu na okoliczności, muszę zrobić ten wyjątek. Powody są dwa. Pierwszy to niedawna śmierć Sylvestra Stewarta, lepiej znanego jako Sly Stone, lidera Sly and the Family Stone. Drugi jest już znacznie weselszy, a mianowicie chęć przypomnienia o moim funkowym przeglądzie, który znalazł się w nowym numerze magazynu "Lizard" - można już zamawiać w przedsprzedaży. Listę - skompilowaną raczej pod słuchacza rocka lub jazzu - rozpoczyna właśnie "Stand!". I nie ma w tym przypadku. To właśnie Sly z zespołem, łącząc funkowe rytmy oraz soulową żarliwość z jednej strony, a z drugiej brzmienie i klimat rocka psychodelicznego, stworzył podwaliny funk rocka, a pewnie także jazz funku. To jego muzyka była bezpośrednią inspiracją dla chociażby Funkadelic, Jimiego Hendrixa w okresie Band of Gypsys, Milesa Davisa na "Jacku Johnsonie" i "On the Corner", albo Herbiego Hancocka na "Head Hunters", gdzie znalazł się wymownie zatytulowany "Sly". W późniejszym czasie twórczość Family Stone stała się natomiast niewyczerpalnym źródłem inspiracji dla przedstawicieli hip-hopu czy różnych odmian elektroniki.
Sly and the Family Stone zadebiutował w 1967 roku albumem "A Whole New Thing". Wbrew tytułowi nie była to jeszcze szczególnie przełomowa płyta. Grupa nieznacznie rozwinęła tam funkową stylistykę Jamesa Browna, dość jeszcze powściągliwie kierując ją na bardziej rockowe tory. Wydawnictwo nie stało się też komercyjnym sukcesem, podobnie zresztą jak dwa kolejne: "Dance to the Music" (pomimo obecności tytułowego hitu) i "Life". Dopiero przy czwartym albumie, "Stand!" właśnie, sprzedaż wystrzeliła - w samym tylko roku wydania rozeszło się pół miliona egzemplarzy, kolejne tyle do 1986 roku, a do dziś liczba ta zdążyła się potroić. Czyni to "Stand!" jednym z najlepiej sprzedających się albumów lat 60.
Czytaj też: [Recenzja] Miles Davis - "Jack Johnson" (1971)
Do tego nagłego wzrostu popularności Sly and the Family Stone z pewnością mógł przyczynić się występ grupy na festiwalu w Woodstock, zaledwie trzy miesiące po ukazaniu się tej płyty. Ale też fakt, jak znakomicie zespół wpisał się w ówczesny ruch kontrkulturowy, ze swoim składem obejmującym ciemno- i jasnoskorych muzyków, mężczyzn i kobiety, a także zaangażowanymi tekstami, poruszającymi kwestie tolerancji, sprawiedliwości społecznej czy indywidualizmu. Nie mniej ważna w tym wszystkim jest jednak sama muzyka, bo właśnie na tym albumie w pełni wykrystalizował się własny styl grupy, często nazywany psychodelicznym soulem, co jest zarazem trafne, jak i niewyczerpujące tematu, gdyż słychać też różne inne wpływy.
"Stand!" jest muzycznie płytą mocno zakorzenioną w afroamerykańskim dziedzictwie oraz psychodelicznej atmosferze, co spaja poszczególne utwory w bardzo spójną całość, choć te mają różnorodny charakter. Bywa tu bardzo piosenkowo, jak w "Somebody's Watching You", najbardziej popowym "Everyday People" oraz inspirowanym muzyką gospel kawałku tytułowym. Często jednak robi się bardziej zadziornie, za sprawą sfuzzowanych riffów gitary, typowo rockowego brzmienia organów oraz dosadnego, funkowego groove'u sekcji rytmicznej. Przykładem takiego grania jest "Don't Call Me N****r, Whitey", z potężnymi organami, zmodyfikowanym wokoderem głosem oraz szaloną, choć zdecydowanie zbyt krótką improwizacją na koniec. Albo "Sing Me a Simple Song", gdzie taneczna gra sekcji rytmicznej i rozbujane dęciaki uzupełniają się z ostrym, niesamowicie nośnym riffem - cytował go później John McLaughlin w "Right Off" (z davisowego "Jacka Johnsona") i Jimi Hendrix w "We Gotta Live Together". A jest tu jeszcze żarliwy, kwaśny "I Want to Take You Higher" z bluesową harmonijką czy podniosły "You Can Make It If You Try" z fajnymi perkusyjnymi breakami, samplowanymi zresztą dziesiątki razy. Najbardziej wyróżnia się jednak blisko 14-minutowy "Sex Machine", mogący kojarzyć się z ówczesnymi koncertowymi improwizacjami grup rockowych, ale osadzony na funkowym groove'ie, będącym podstawą dla solowych popisów wszystkich instrumentalistów, w tym bluesowych lub rockowo sfuzzowanych solówek gitar, psychodelicznych organów i jazzujących dęciaków. Świetna rzecz.
Czytaj też: [Recenzja] Hendrix - "Band of Gypsys" (1970)
"Stand!" to nie tylko fantastyczny album funkowy, ale też jeden z łatwiej przyswajalnych dla rockowego, jazzowego czy hip-hopowego słuchacza - zwłaszcza ci ostatni mogą tu rozpoznać masę motywów. Na początku kolejnej dekady Sly & the Family Stone wydali jeszcze kilka udanych albumów, jak "There's a Riot Goin' On" czy "Fresh", jednak z czasem zaczął coraz bardziej doskwierać brak świeżości, a 1983 roku nastąpił definitywny koniec zespołu. Pogrążony w nałogu, skonfliktowany z prawem i przez pewien czas bezdomny Sly Stone niemalże wycofał się z muzyki, z wyjątkiem sporadycznych aktywności. Pozostawił po sobie jednak co najmniej trzy albumy - ze "Stand!" na czele - dzięki którym na stałe zapisał się w historii muzyki.
Ocena: 8/10
Sly & The Family Stone - "Stand!" (1969)
1. Stand!; 2. Don't Call Me N****r, Whitey; 3. I Want to Take You Higher; 4. Somebody's Watching You; 5. Sing a Simple Song; 6. Everyday People; 7. Sex Machine; 8. You Can Make It If You Try
Skład: Sly Stone - wokal, instr. klawiszowe, gitara, gitara basowa (8), harmonijka, wokoder; Rose Stone - wokal, instr. klawiszowe; Freddie Stone - wokal, gitara; Larry Graham - wokal, gitara basowa (1-7); Greg Errico - perkusja, dodatkowy wokal (3); Cynthia Robinson - trąbka, dodatkowy wokal (3); Jerry Martini - saksofon, dodatkowy wokal (3); Little Sister (Vet Stone, Mary McCreary, Elva Mouton) - dodatkowy wokal (1,3,5,6)
Producent: Sly Stone
Recenzja w punkt. Proponuję cykl muzyki groove:)
OdpowiedzUsuńA ja bym chciał przegląd wszystkich płyt z kategorii jazz funk ;)
Usuń@Yass Kovalsky: Co rozumiesz przez „wszystkich”? Wg RYM ukazało się blisko trzy tysiące albumów w tym stylu, bez koncertówek i archiwaliów. A naprawdę warto z tego znać pewnie jakieś 20-30 tytułów. Tutaj mój ranking:
Usuńhttps://rateyourmusic.com/charts/top/album/all-time/g:jazz-funk/u:RocknRollWillNeverDie/incl:live,soundtrack,archival/
O to to! O taki ranking mi chodziło. Dzięki! :)
UsuńTo by było za łatwe niech idą wszystkie funki:)
UsuńAle jedną rzecz to żeś zrobił bardzo znamienną - w tytule kawałka nr 2 ocenzurowałeś jedno słowo "nienawiści", ale zostawiłeś drugie, odnoszące się do rasy, którą bardzo łatwo przedstawiać dziś jako źródło zła. Wyszło Ci to przypadkiem, ale to właśnie na takim mechanizmie chcą oprzeć dzisiejszą tolerancję ci którzy o nią walczą - "nas nie wolno, ale my możemy"
OdpowiedzUsuńPoruszyłeś ciekawą kwestię. Otóż nie ma symetrii między tymi słowami, „whitey” nie wiąże się z takim ciężarem historycznym, jak określenie na N. To czarnoskórzy byli przez lata ofiarami systemowej opresji ze strony białych i właśnie z czasów kolonialnych pochodzi to słowo, jest ściśle związane z rasizmem. Odwrotna sytuacja nigdy nie miała miejsca. „Białas” oczywiście też ma obraźliwy wydźwięk, ale to kaliber np. epitetu „kolorowy”, czyli znacznie łagodniejsze określenie.
UsuńTwój argument brzmi jak przyzwolenie - "tyle lat byliście uciskani przez bezdusznych białych więc teraz macie okazje zemsty, pokażcie gdzie ich miejsce"
Usuń"Białas" i "Tcharnuh" odnoszą się do koloru więc nie dywagowałbym że jeden jest łagodniejsze od drugiego, zresztą mówiliśmy o wersjach angielskich, a nie własnych tłumaczeniach na potrzeby rozmowy, gdzie Białas (podobnie jak Żółtek) jest normalnie pojawiającym się w języku polskim nazwiskiem.
Podobną przesadą jest konieczność używania w niektórych miejscach internetu (tych administrowanych przez Żymian) słowa "Żymianin". To kim oni są, Maorysami?
Wytłumaczyłem tylko kontekst historyczny. Słowo na N. powstało w czasach niewolnictwa i było jednym z elementów poniżania, dehumanizowania całej ogromnej grupy ludzi, co robiono wyłącznie ze względu na jej pochodzenie oraz wygląd. Whitey nigdy w takim celu nie był używany, co najwyżej do obrażenia konkretnej osoby czy osób. Pomiędzy wyzywaniem a odczłowieczaniem jest jednak zasadnicza różnica.
UsuńNie mam pojęcia, jakim cudem z tego opisu rzeczywistości wyciągnąłeś wniosek, że chciałbym, żeby teraz rolę się odwróciły. To absurd. Wywód o nazwiskach też jest dla mnie niezrozumiały.
W ostatnim akapicie ulegasz teoriom spiskowym, podczas gdy pisanie w ten sposób o Żydach jest właśnie sposobem na przepchnięcie treści antysemickich, omijając algorytmy wykrywających takie treści. Po używaniu tego zamiennika poznasz antysemitę. Wystarczy sprawdzić w wyszukiwarce, że posty ze słowem Żyd, które nie są dyskryminujące, wiszą i po parę lat. Oczywiście, jak to z algorytmami, może się zdarzyć, że skasowane zostanie na wyrost coś neutralnego czy pozytywnego, ale to już kwestie technologiczne, a nie żaden spisek.
"Slowo na "N""? Dlaczego udajesz, że problemu Amerykanów są naszymi problemami? Polska nigdy nie miała problemów z rasizmem, podobno była wręcz jedynym krajem, który historycznie przyczynił się do jego zniesienia. Bez sensu taka autocenzura...
UsuńNie mówiąc już nawet o tym, że nie zważasz na kontekst w jakim to "mityczne słowo" zostało wykorzystane w tytule. A dosłownie zostało wykorzystane w celu krytyki tego określenia ("Nie nazywaj mnie Tcharnuchem [...]")
UsuńRasizm jest problemem globalnym, a nie sprawą Amerykanów. Powtarzasz narodowy mit, że Polska była krajem tolerancyjnym, a tymczasem od setek lat utrzymują się uprzedzenia wobec Żydów czy Romów, obecnie także Ukraińców i osób o ciemniejszym kolorze skóry. Używanie pogardliwych określeń dla jakiejś mniejszości nigdzie nie jest usprawiedliwione. A szerokość geograficzna nie zdejmuje ciężaru historycznego z angielskiego słowa, które jest ściśle powiązane z systemową dehumanizacją. Piszesz o kontekście, w jakim użył go Sly Stone, ale czyż powstrzymanie się przed reprodukcją tego wyrazu nie jest właśnie tym, o co prosi w tytule piosenki? I tak wiadomo, co kryje się pod gwiazdkami.
UsuńA z tym przyczynieniem się Polski do zniesienia rasizmu to już w ogóle niezły odlot. Z faktu, że RP nie partycypowała w kolonializmie (m.in. dlatego, że nie miała ku temu warunków), nijak nie wynika, że aktywnie się temu sprzeciwiała i odniosła w tym zakresie jakikolwiek sukces. Kluczowe były procesy abolicyjne w innych krajach. Mieliśmy za to swoje niewolnictwo, tyle że związane nie z różnicami rasowymi, a klasowymi - pańszczyznę. To nie jest dobry materiał do budowania narracji o jakiejś nadzwyczajnej humanitarności Polaków.
Poza tym to, że piszę po polsku (na amerykańskiej platformie swoją drogą) nie oznacza, że na stronę nie wchodzą też ludzie z innych krajów i nie tłumaczą jej na swoje języki. Właśnie USA są na drugim miejscu pod względem liczby odwiedzających. Na trzecim są Niemcy, gdzie rasizm doprowadził do eksterminacji mniejszości, poprzedzonej zorganizowaną dehumanizacją werbalną.
Nie ma mojego pozwolenia na to, by na tej stronie były publikowane rasistowskie określenia. Twój komentarz opublikuję zatem w formie cytatów.
UsuńNigdzie nie napisałem, że Polska była tolerancyjnym krajem, po prostu nigdy nie mieliśmy takich problemów z rasizmem jak zachodnie państwa. Oczywiście, że jakieś tam uprzedzenia są - tak jak na całym świecie - chodzi mi o to, że skala jest o wiele mniejsza. To nie my mieliśmy problem z niewolnictwem, to nie my wprowadzaliśmy segregację rasową, to nie my upadlaliśmy czarnoskórych - stąd nie rozumiem dlaczego użycie słowa [ocenzurowano - przyp. PP] to w Polsce temat tabu. To jest amerykanizacja naszych problemów, tak jak z blackfacem - nie my robiliśmy programy telewizyjne, gdzie tworzyliśmy karykatury czarnoskórych, więc też ból dupy na zachodzie o programy typu "Twoja Twarz Brzmi Znajomo" są moim zdaniem bezsensowne (wybacz, że trochę odstaję od tematu, ale ma to z nim pewien związek).
Brak kolonialnej przeszłości i systemowej segregacji rasowej danego kraju nie oznacza, że jego dzisiejsi mieszkańcy mają prawo posługiwać się językiem pogardy, odczłowieczającym jakąś grupę ludzi. Tak samo istnienie takiej przeszłości nie oznacza, że współcześni obywatele takiego państwa, niezależnie od swoich poglądów w tej kwestii, mają czuć się odpowiedzialni za czyny żyjących w innych czasach ludzi, z którymi łączy ich tylko obywatelstwo.
Problemem jest samo słowo, które wobec osób o określonych cechach fizycznych wyraża pogardę i przyzwolenie na traktowanie ich jak nie-ludzi. Niezależnie od miejsca użycia jest symbolem ohydnych czynów i poglądów. Tak jak np. swastyka jest symbolem nazistowskiej ideologii - zresztą zakazanym w Polsce, choć to nie Polska budowała obozy koncentracyjne i komory gazowe. Po prostu pewnych rzeczy nie powinno się rozprzestrzeniać bez potrzeby - np. w recenzji albumu muzycznego i dyskusji pod nią.
Polacy walczyli z niewolnictwem, podsyłam najsłynniejszy przykład
https://ciekawostkihistoryczne.pl/2024/12/19/polscy-legionisci-na-haiti/
Artykuł nie potwierdza tezy, że Polska była krajem, który historycznie przyczynił się do zniesienia [rasizmu], ani że Polacy, jako jakaś całość, walczyli z niewolnictwem. To nie polskie władze (abstrahując już od tego, że mówimy o okresie zaborów) wysłały żołnierzy na Haiti, by walczyły z rasizmem, tylko Napoleon użył ich w zupełnie przeciwnym celu - tłumienia protestów niewolników. To, że były wśród nich jednostki - będące mniejszością - sprzeciwiające się rozkazom, nie implikuje, że Polska jako kraj walczyła z rasizmem. Przecież to tak samo absurdalne, jakby twierdzić, że Polacy wspierali apartheid w RPA, bo z Polski pochodzi morderca Chrisa Haniego.
Właściwie masz rację co do tego, że niezależnie od kraju nie powinno stosować się dehumanizacyjnego języka, więc faktycznie nie ma różnicy między tym, czy powie to Polak czy Amerykanin. Po prostu nie rozumiem dlaczego użycie jakiegoś słowa w cytacie ma być same w sobie językiem pogardy, odczłowieczającym jakąś grupę ludzi.
UsuńWszystko co miałem do powiedzenia w tym temacie zostało powiedziane. Kończę dyskusję na ten temat, bo przecież nie zakażę Ci stosować topornej autocenzury tylko po to, by przypadkiem nie wypaść na rasistę.
Co do tematu z walką Polaków z niewolnictwem; na początku użyłem słowa "podobno", bo widziałem gdzieś filmik z jakimś gościem, który o tym opowiadał (zaznaczę tylko, że czarnoskórym Amerykaninem). Niepotrzebnie użyłem określenia "kraj", po prostu jest sporo Polaków, którzy walczyli z niewolnictwem, co moim zdaniem podkreśla nasz narodowy stosunek do niego.
W samej piosence użycie tego słowa miało sens, bo oddaje język, jakim posługiwała się wówczas afroamerykańska społeczność. Rzucanie takimi epitetami ma też sens np. w filmach Tarantino, gdzie buduje osobowość postaci. I sprzeciwiałbym się cenzurowaniu tych dzieł. Natomiast nie ma potrzeby, by używać takich słów, nawet w formie cytatu, w recenzji muzycznej czy zwykłej rozmowie. Mój sprzeciw wobec używaniu go na tej stronie to po prostu wyraz empatii, solidarności z dyskryminowanymi mniejszościami oraz potępienia dla tych praktyk.
UsuńNie ma czegoś takiego, jak narodowy stosunek. Każdy obywatel ma swój własny, a niestety rasizm miał i ma się tu dobrze. Samo pojecie narodu to sztuczny konstrukt - wmawianie ludziom, zwykle w celach politycznych, że stanowią jakąś jedność, która zgodnie myśli i robi to samo, tylko dlatego, że mieszkają na tym samym obszarze i posługują się obowiązującym tu językiem urzędowym, choć często to jedyne, co ich faktycznie łączy.