[Recenzja] Jim Ghedi - "Wasteland" (2025)

Dorastając w angielskim Sheffield, Jim Ghedi miał o wiele większe szansę trafić do punkowej, noise'owej, metalowej lub eksperymentalnej kapeli niż na zostanie muzykiem folkowym. I rzeczywiście zaczynał od amatorskich grup stawiających na gitarowy hałas. Przełomowy moment nastąpił, gdy od swojej ciotki otrzymał album Berta Janscha. Zaczął zagłębiać się w folk-rockowe zespoły w rodzaju Pentangle czy Steeleye Span, ale także amerykańskich prymitywistów pokroju Johna Faheya i Robbiego Basho. Wkrótce sam zaczął występować z gitarą akustyczną - w tych samych miejscach, gdzie wcześniej grywał ze swoimi kapelami DIY. Tamte doświadczenia nie pozostały zresztą bez wpływu na jego późniejszą twórczość. Choć zaczął odwoływać się do folkowej tradycji, nie zrezygnował z bardziej współczesnych brzmień. Z tego powodu nigdy nie został w pełni zaakceptowany przez brytyjskie środowisko folkowe. Nie czując się w nim mile widzianym, podjął decyzję o przeprowadzce do Irlandii, gdzie spotkał się z cieplejszym przyjęciem.
Jim Ghedi zadebiutował w 2015 roku instrumentalnym albumem "Home Is Where I Exit, Now to Live and Die", bliskim surowej stylistyki amerykańskiego prymitywizmu, z nielicznymi momentami o bardziej eksperymentalnym, współczesnym charakterze. Wydany trzy lata póżniej "A Hymn for Ancient Land" to już płyta o bogatszym brzmieniu, wyraźnie lepiej wyprodukowana i mniej jednoznaczna stylistycznie, a w części materiału pojawiły się też partie wokalne, które jeszcze większą rolę odgrywają na "In the Furrows of Common Place" z 2021 roku oraz na najnowszym "Wasteland", gdzie teksty wydają się pełnić szczególnie istotną rolę. Czwarty autorski album Ghediego to w zasadzie relacja z jego powrotu do Sheffield, którego społeczno-klimatyczmy klimat mocno kontrastował z irlandzką beztroską. Artysta kreśli tu apokaliptyczne obrazy, pełne śmierci, choć poza własnymi kompozycjami sięga też po folkowe standardy i tradycyjne pieśni.
Fantastycznie w całość wprowadza "Old Stones". Już tu słychać, że Ghedi nabrał większej pewności siebie jako wokalista i pokazuje tu całą rozpiętość swojego głosu, ocierając się o falset w stylu Jacksona C. Franka. Partii wokalnej z początku towarzyszy prosty akompaniament gitary, bębnów i smyczków o zdecydowanie folkowym nastroju, ale z czasem te tradycyjne brzmienia zatapiają się w surrealistycznych dronach, produkcja staje się niemalże shoegaze'owa. Podobny zamysł realizują kolejne utwory, lecz przed monotonią chronią wyraźne przesunięcia akcentów. Czasem większy nacisk kładziony jest na bardziej tradycyjne, akustyczne brzmienia, jak np. w instrumentalnym "Newtondale / John Blue", a innym razem na nowoczesną obróbkę dźwięku, jak w zaskakująco gwałtownym, hałaśliwym "Sheaf & Feld". Ten ostatni pojawia się zresztą tuż po najbardziej oszczędnym "Just a Note" - z początku śpiewanym a capella, a potem jedynie z akompaniamentem smyczków - więc ten kontrast robi wrażenie. W całości na śpiewie opiera się natomiast "The Seasons", z czterogłosową harmonią. Jednak nawet bez tych aranżacyjnych niuansów, poszczególne utwory można łatwo rozróżnić dzięki wyrazistym melodiom. Szczególnie ładnie wypada pod tym względem nieco unowocześniona brzmieniowo interpretacja starej pieśni "What Will Become of England", ale bynajmniej nie ustępują jej autorskie kompozycje na czele z tytułowym "Wasteland", "Wishing Tree" oraz wspomnianym "Old Stones".
Najnowszy album Jima Ghediego nie przekona do niego folkowych purystów, ale może spodobać się zarówno słuchaczom lubiącym fuzje folku z innymi rodzajami muzyki, jak i - w mniejszym stopniu - miłośnikom bardziej hałaśliwego grania: shoegaze'a czy noise rocka. To połączenie folkowej melodyki oraz tradycyjnego, często akustycznego instrumentarium ze współczesną produkcją, wypada na "Wasteland" bardzo spójnie, wszystkie te elementy znakomicie się dopełniają. Jest to jednak dość specyficzna mieszanka, wymagająca pewnej otwartości na takie międzygatunkowe eksperymenty.
Ocena: 8/10
Nominacja do płyt roku 2025
Jim Ghedi - "Wasteland" (2025)
1. Old Stones; 2. What Will Become of England; 3. Newtondale / John Blue; 4. Wasteland; 5. Just a Note; 6, Sheaf & Feld; 7. Hester; 8. The Seasons; 9. Wishing Tree; 10. Trafford Road Ballad
Skład: Jim Ghedi - wokal, gitara, fisharmonia, syntezator, instr. perkusyjne; Dean Honer - syntezator; Daniel Bridgwood-Hill - instr. smyczkowe; David Grubb - instr. smyczkowe; Neal Heppleston - gitara basowa, kontrabas; Joe Danks - perkusja i instr. perkusyjne; Amelia Baker, Ruth Clinton, Cormac MacDiarmada - dodatkowy wokal
Producent: Jim Ghedi i David Glover
"Zaczął zagłębiać się w folk-rockowe zespoły w rodzaju Pentagle czy Steeleye Span, ale także amerykańskich prymitywistów pokroju Johna Faheya i Robbiego Basho"
OdpowiedzUsuńNo, widzisz a recenzji Pentangle na Twoim blogu nie ma. A to niezwykle ważny zespół dla całego nurtu (notabene nie nazwałbym go folkrockowym - rocka było w muzyce Pentangle tyle co kot napłakał, nawet John Renbourn kiedyś powiedział, że brytyjski folk zupełnie nie pasuje do rockowych aranży- z wyjątkiem dosłownie paru pieśni. Steeleye co innego - to oczywiście folk rock).
Już chyba z dekadę temu miałem się zabrać za te wszystkie brytyjskie grupy folkowo-rockowe: Steeleye Span, Pentangle (czasem jest tam bardziej rockowa dynamika), Trees czy Fairport Convention, ale zawsze coś innego bardziej mnie zajmuje.
Usuń"Pentangle (czasem jest tam bardziej rockowa dynamika)"
UsuńChyba tylko psychodelizujące solo elek. gitary z fuzzem w suicie Jack O'Rion można określić jako rockowe. Gdzie indziej - nawet jeśli pojawia się gitara elek, to nie ma rockowego charakteru. Sekcja rytmiczna Thompson i Cox gra jazzowo - unikając rockowych patternów. Oczywiście w Pentangle jest sporo bluesa i country (zwłaszcza na najbardziej amerykańsko brzmiącej płycie "Reflection" - w przeciwieństwie do najbardziej brytyjskiej "Cruel Sister"), więc jakiś łącznik z szeroko pojętym rockiem jest, ale niemal zawsze w formie pośredniej.
Myślę, że zwłaszcza Pentangle i i Fairport zasługują na recenzje, bo to w zasadzie te 2 grupy zbudowały podstawy gatunku (posługując się - wbrew pozorom - innymi środkami wyrazu).Trees czy Steeleye są fajne, ale jednak wtórne wobec tej dwójki.
OdpowiedzUsuńDla mnie się podoba od pierwszego wejrzenia. Wydaje się, że kluczowe (szczególnie w tej stylistyce) są - akcentowane w recenzji - chwytające melodie, ale też charakterystyczny wokal (często słaby punkt) nadaje całości politurę, która mi odpowiada.
OdpowiedzUsuń