[Recenzja] Bob Dylan - "Slow Train Coming" (1979)

Jeszcze nie widziałem tej filmowej biografii Boba Dylana, "Kompletnie nieznany", ale ta premiera to dobry moment, by dokończyć przegląd jego twórczości. Kilka lat temu zatrzymałem się na recenzji "Desire", chyba ostatnim albumie tego muzyka, jaki spotkał się z przeważająco pozytywnym odbiorem. "Slow Train Coming" rozpoczął z kolei najbardziej kontrowersyjny okres działalności Dylana, który po szalonej trasie Rolling Thunder Revue - wspominałem o niej niedawno w kontekście udziału grającej supporty Joni Mitchell - niespodziewanie dokonał konwersji na chrześcijaństwo i, jak przystało na neofitę, zaczął pisać mocno ewangelizujące teksty. Spora część krytyków oraz słuchaczy podeszła do tego z pewnym, eufemistycznie mówiąc, dystansem. Choć nie brakowało też głosów, że warstwa liryczna, pomimo kaznodziejskiego tonu, trzyma wcześniejszy poziom.
Muzycznie "Slow Train Coming" to powrót do formy po mniej wyrazistym kompozytorsko, a zbyt wygładzonym, ugrzecznionym w aranżacjach oraz produkcji "Street-Legal", bezpośrednim i rozczarowującym następcy "Desire". Jedynie w "Precious Angel", przesłodzonym żeńskimi chórkami, słychać pozostałości po estetyce poprzednika. Pozostałe utwory to już granie nieco skromniejsze, choć dalekie też od ascetyzmu wczesnych płyt Dylana. Oprócz wspomnianych wokalistek towarzyszy mu tu pełen zespół - z Markiem Knopflerem na elektrycznej gitarze - oraz sekcja dęta.
Czytaj też: [Recenzja] Bob Dylan - "Desire" (1976)
Punktem wyjścia są tu zresztą nie folkowe pieśni, a blues, dopełniany innymi wpływami, zawsze zakorzenionymi w amerykańskiej tradycji. Dodatkowe wokale nadają lekko gospelowego charakteru w "Gotta Serve Somebody" czy najlepszym na płycie, wykonanym z największym zaangażowaniem "Slow Train". Gitarowy riff "Gonna Change My Way of Thinking" podchodzi natomiast pod hard rocka, a rytmika "Man Gave Names to All the Animals" to już czyste reggae. W repertuarze znalazła się ponadto podniosła ballada fortepianowa "When He Returns", ale też przypominający o folkowych korzeniach "I Believe in You", z większą rolą gitary akustycznej, choć zawiera również bardzo ładne solówki Knopflera i organowe tło.
"Slow Train Coming" w mojej opinii nie zbliża się do najlepszych płyt Boba Dylana; muzycznie nie jest też takim przełomem, jak zelektryfikowanie brzmienia na "Bringing It All Back Home" czy skręt w stronę country na "Nashville Skyline". To jednak wciąż bardzo solidne granie, na które spadła niezasłużona krytyka, wynikająca wyłącznie z kwestii pozamuzycznych. Przynajmniej wokalnie jest tu wciąż tak samo dobrze, jak na "Blood on the Tracks" i "Desire"; instrumentalnie tylko tak bywa.
Ocena: 7/10
Bob Dylan - "Slow Train Coming" (1979)
1. Gotta Serve Somebody; 2. Precious Angel; 3. I Believe in You; 4. Slow Train; 5. Gonna Change My Way of Thinking; 6. Do Right to Me Baby (Do Unto Others); 7. When You Gonna Wake Up; 8. Man Gave Names to All the Animals; 9. When He Returns
Skład: Bob Dylan - wokal i gitara; Barry Beckett - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Mark Knopfler - gitara; Tim Drummond - gitara basowa; Pick Withers - perkusja; Mickey Buckins - instr. perkusyjne; Muscle Shoals Sound Studio - instr. dęte; Carolyn Dennis, Regina Havis, Helena Springs - dodatkowy wokal
Producent: Barry Beckett i Jerry Wexler
Slow Train istotnie niedoceniany, jednak w istocie bardzo przyzwoity LP. Dobrze wybrzmiewa na niej Knopfler. Czołowka Dylana z lat 70-tych.
OdpowiedzUsuńPolecam (jeśli jeszcze nie słuchałeś) Time Out Of Mind z końca lat 90-tych- dla mnie to najlepsza plyta Dylana od czasów Highway 61 revisited… Bob pokazuje na niej, że potrafi bluesa lepiej od Bonamassy, Claptona, Jaggera i kilku innych znanych, białych imitatorów.
Na tej płycie nastawiam się tylko na muzykę. I chyba tak trzeba do niej podchodzić, jeżeli ktoś nie przepada za takimi "oazowymi" :)) tematami (tak jak ja🙂). Naprawdę dłuuugo chodziłem wokół tego albumu, ale przemoglem się i powiem szczerze, że było warto. Dobra muzycznie płyta. Chętnie do niej wracam. Time out of mind też się przyjemnie słucha, ale jednak przed nią było "parę" ciekawszych albumów. Moim zdaniem oczywiście. Klasyki : Blonde.., uwielbiana przeze mnie Planet waves, Blood and the tracks. Dalej chociażby mega ciekawa Oh Mercy, którą wziął pod swoje skrzydła Daniel Lanois. Słychać jego brzmienie przez całą płytę.
UsuńAle właśnie przez te quasi-oazowe wkręty Dylan lirycznie też ma na tej płycie świetne momenty. Przykłady z Change My Way of Thinking- “So much oppression,Can’t keep track of it no more,Sons becoming husbands to their mothers, And old men turning young daughters into whores” czy “Well don’t know which one is worse, Doing your own thing or just being cool,You remember only about the brass ring, You forget all about the golden rule (who gets the gold rules)”. Te słowa nie tak bardzo o religijnym wydzwieku a jak aktualne i swietnie wspolgrajace z muzyka.
UsuńBlonde on blonde bardzo lubię- płyta przełomowa( bo podwójna) ale dla mnie jednak niepozbawiona elementów zbędnych. Planet i Oh mercy tez dobre i przez mnie lubiane jednak nie uciekaja sie do Time out Of Mind. Bob na szczescie byl (i jest) na tyle produktywny ze lista ulubionych albumow moze zmieniać sie wraz z czasem i przezyciami sluchacza. Ot, taka cecha wielkiego muzyka. Pozdrawiam serdecznie:)
Time out of mind to taka bardziej ponura/mroczniejsza w klimacie płyta. Świetny także album 👍.
UsuńTak swoją drogą ile jeszcze albumów Dylana będzie omawianych?
OdpowiedzUsuńNie mam żadnych konkretnych planów.
Usuń