[Recenzja] Kamasi Washington - "Fearless Movement" (2024)

Kamasi Washington - Fearless Movement


Płyta tygodnia 29.04-5.05

Jeżeli w XXI wieku w przypadku jakiegokolwiek muzyka jazzowego można mówić o większych sukcesach komercyjnych, to Kamasi Washington wydaje się najlepszym przykładem. Przepustką do kariery był udział - wraz z innymi muzykami kolektywu West Coast Get Down - w nagraniu "To Pimp a Butterfly" Kendricka Lamara. Jeszcze w tym samym 2015 roku saksofonista wydał pod własnym nazwiskiem album "The Epic". I o ile poprzednie jego wydawnictwa nikogo nie obchodziły, tak to doczekało się entuzjastycznych recenzji w najbardziej poczytnych magazynach i portalach muzycznych, co przełożyło się na całkiem niezłą - jak na dzisiejszy jazz - sprzedaż. A mowa o dziele monumentalnym, trzypłytowym w wersji kompaktowej, trwającym blisko trzy godziny. Wydany trzy lata później, w pełnej wersji trwający jeszcze dłużej od poprzednika "Heaven and Earth" spotkał się zresztą z równie dobrym przyjęciem.

Tegoroczny "Fearless Movement" jest już płytą wyraźnie krótszą, trwającą niespełna półtora godziny. To jednak jedyna większa zmiana. Washington ponownie otoczył się się swoimi stałymi współpracownikami z West Coast Get Down - jak basiści Miles Mosley i Thundercat, klawiszowcy Brandom Coleman i Cameron Graves, perkusiści Tony Austin i Roland Bruner, saksofonista Terrace Martin, puzonista Ryan Porter czy wokalistka Patrice Quinn - i trzyma się sprawdzonej stylistyki, czerpiącej przede wszystkim z tradycji spiritual-jazzowej i jazz-funkowej, z pewnymi elementami soulu czy hip-hopu. Na ogół niezbyt odkrywcze to granie, a pomijając trzy czy cztery utwory, nie byłoby odkrywcze nawet pięć dekad temu, ale jest to wykonane na tyle przekonująco, że wtórność - względem klasyki, ale też własnej twórczości Kamasiego - nie odbiera przyjemności ze słuchania. Album zresztą bardziej wydaje się być kierowany do współczesnych słuchaczy, którzy niekoniecznie dobrze orientują się w jazzie i może być dla nich zachętą, by eksplorować korzenie tej muzyki, na czele z Johnem Coltrane'em oraz jego akolitami.


Album przeplata utwory wokalne z instrumentalnymi, przy czym te pierwsze dominują w pierwszej połowie płyty, a drugie - w drugiej. Wokalnie jest to całkiem różnorodny materiał. Z jednej strony zdarzają się fragmenty z charakterystycznymi dla spiritual jazzu quasi-modlitewnymi melorecytacjami, jak np. w "Lesanu" czy "The Garden Path", oczywiście tylko jako dodatek do uduchowionej improwizacji instrumentalistów. Jest też zdecydowanie soulowy śpiew Quinn w "Computer Love" i Bryana Jamesa Sledge'a w "Together". Ten pierwszy to przeróbka hitu electro / R&B grupy Zapp, tutaj przerobionego na subtelną jazzową balladę z jedną z najbardziej charakterystycznych solówek saksofonu na płycie - to akurat popis nie lidera, a Martina. Są też rapowanki: Rasa i Taja Austinów w "Asha the First" oraz D Smoke'a w "Get Lit". Ten ostatni zawiera też śpiew żywej legendy R&B, George'a Clintona, wokalisty Funkadelic i Parliament. Muzycznie to jeden z najbardziej wyróżniających się kawałków - zwarty, bardziej funkowy niż jazzowy, z mocno zaznaczonym rytmem oraz klimatyczną solówką fletu Rickeya Washingtona.

Z instrumentali warto na pewno wyróżnić "Dream State" z gościnnym udziałem André 3000, który niedawno przekwalifikował się z rapera na flecistę i właśnie w tej roli tu występuje. Nastrojowy, quasi-ambientowy początek utworu nawiązuje do jego zeszłorocznego albumu "New Blue Sun", ale z czasem dochodzą też elementy spiritual jazzu i jazz-funku, co daje całkiem ciekawe połączenie, wprowadzając tu nieco świeżości. Obok "Get Lit" to najmocniejszy punkt albumu, zresztą oba sąsiadują ze sobą na trackliście. Wyróżnia się też finałowy "Prologue" - tango nuevo Astora Piazzolli przerobione na jazzową, momentami bardzo ekspresyjną improwizację, ale z zachowaniem tego tanecznego, latynoskiego charakteru pierwowzoru. Tego typu urozmaicenia sprawiają, że album jest bardzo eklektyczny, co może przytłaczać niektórych słuchaczy, ale ja bym nawet chciał więcej tego typu eksperymentów zamiast tych bardziej generycznych fragmentów, jak nic nie wnoszący do twórczości Washingtona, a najdłuższy na płycie "Road to Self (KO)". Jasne, to wciąż bardzo sprawne granie, może i jedna z lepszych improwizacji na płycie, ale brakuje jej czegoś charakterystycznego.

"Fearless Movement" to najkrótszy, ale też najbardziej różnorodny z trzech ostatnich albumów Washingtona, nierzadko powielający te same schematy co poprzednie, jednak wprowadzający też odrobinę świeżości. Można się czepiać tej wtórności, tego eklektyzmu - widać to w innych recenzjach, choć przynajmniej zagraniczne portale na ogół bardzo pozytywnie oceniają i ten longplay - jednak mnie ten album przekonuje najbardziej z tych powszechnie znanych dokonań saksofonisty.

Ocena: 8/10

Nominacja do płyt roku 2024



Kamasi Washington - "Fearless Movement" (2024)

1. Lesanu; 2. Asha the First; 3. Computer Love; 4. The Visionary; 5. Get Lit; 6. Dream State; 7. Together; 8. The Garden Path; 9. Road to Self (KO); 10. Interstellar Peace (The Last Stance); 11. Lines in the Sand; 12. Prologue

Skład: Kamasi Washington - saksofon tenorowy, saksofon altowy (6); Dontae Winslow - trąbka (1-3,5,7-12); Ryan Porter - puzon (1-3,5,7-12); Terrace Martin - saksofon altowy (4); Rickey Washington - flet (5,8,11); André 3000 - flet (6); Brandon Coleman - instr. klawiszowe, wokoder (3); Mono/Poly - syntezator (6); Cameron Graves - pianino (1-4,7-12); Woody Aplanalp - gitara (1,3,9); Joel Whitley - gitara (5); Miles Mosley - kontrabas (1,3,8,9,11,12); Stephen "Thundercat" Bruner - gitara basowa (2,5); Ben Williams - kontrabas (10); Ronald Bruner Jr. - perkusja (1,2,5,7-12); Tony Austin - perkusja (1-3,6-12); Robert Miller - perkusja (3); Kahlil Cummings - instr. perkusyjne (1-3,7-12); Allakoi Peete - instr. perkusyjne (1-3,7-12); Carlos Niño - instr. perkusyjne (1); DJ Battlecat - gramofony (2), talk box (3); Patrice Quinn - wokal (1-3,8,11); Banchamlak Abegase - wokal (1); Henok Elias - wokal (1); Ras Austin - wokal (2); Taj Austin - wokal (2); George Clinton - wokal (5); D Smoke - wokal (5); BJ the Chicago Kid - wokal (7); Dwight Trible - wokal (8,11)
Producent: Kamasi Washington; Brandon Coleman (4,6,10); Cameron Graves (4); Terrace Martin (4); Ronald Bruner Jr. (5); George Clinton (5); D Smoke (5); André 3000 (6); Tony Austin (6); Ryan Porter (7); BJ the Chicago Kid (7); Miles Mosley (12)


Komentarze

  1. Bardzo dobrze napisana recenzja!
    Sam Washington nie budzi raczej mojego entuzjazmu, ale może sprawdzę ten album, tym bardziej, że nie trwa trzech godzin. Lubię za to jego pianistę - Camerona Gravesa, jego "Planetary Prince" to interesujący przykład współczesnej muzyki fusion.

    OdpowiedzUsuń
  2. To pierwsza płyta z maja 2024, którą słucham po powrocie z górskich wojaży po Krecie, gdzie byłem odcięty od internetu i nawet nie mogłem dostać się na blog Pawła. Już wcześniej pisałem, że nie podzielam negatywnie krytycznych opinii o Kamasim, a ta płyta, według mnie, jest najlepszą w jego dorobku. Posunę sie nawet do stwierdzenia, że jest to jedna z najlepszych płyt jazzowych jakie słuchałem w ostatnich latach (nie liczę archiwaliów). Nie przeszkadza mi eklektyzm jego płyt, a ta chyba jest najbardziej eklektyczna, ale jest to zamierzony projekt. W końcu to "nieustraszony ruch", surfowanie po czarnej muzyce od spirytualnych korzeni po rap, a po drodze soul, funky i różne jazzowe smaczki , a nawet psychodeliczne momenty. Jego solówki na tej płycie są wspaniałe. Mi nie przeszkadzało, że jego płyty były tak długie, w końcu w 9 lat wydal tylko 3 tytuły. Trudno to uznać za biegunkę twórczą (taki Ken Vandermark, ulubieniec free jazzowych polskich słuchaczy potrafił w takim czasie wydać nawet 15 płyt i to też całkiem długich).

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda że takie to rozwleczone, bo instrumentaliści grają świetnie zaś ten eklektyzm jest bardzo przekonujący. Czekam na bardziej zwartą płytę w ich wykonaniu, w obecnym kształcie jest to jednak momentami nieco nużące

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już ta jest, jak na nich, bardzo zwarta.

      Usuń
    2. Dlatego tych starszych nie zamierzam słuchać, mimo że artyści mi zaimponowali. Zobaczymy co przyniesie przyszłość

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)