[Recenzja] Fleetwood Mac - "Tusk" (1979)

Fleetwood Mac - Tusk


Po ogromnym sukcesie albumu "Rumours" - dziesięć milionów sprzedanych egzemplarzy tylko w pierwszym roku od premiery - muzycy Fleetwood Mac dostali od wytwórni całkowitą swobodę i nieograniczone środki finansowe. Zespół bynajmniej nie zamierzał oszczędzać. Nagrania na kolejny w dyskografii, dwupłytowego "Tusk" kosztowały blisko półtora miliona dolarów. Dziś, po uwzględnieniu inflacji, to równowartość około siedmiu milionów dolarów lub trzydziestu milionów złotych. Był to najdroższy album muzyczny, jaki do tamtej pory nagrano - obecnie znajduje się już zaledwie na początku trzeciej dziesiątki najdroższych. Znaczną część budżetu pochłonęła budowa własnego studia nagraniowego. Pomimo takiego udogodnienia, Lindsay Buckingham zdecydował się nagrać część własnych kompozycji w swoim znacznie słabiej wyposażonym studiu domowym. Różnice między tymi utworami, a resztą materiału, są ewidentne. John McVie przyznawał zresztą, że "Tusk" brzmi jak zbiór nagrań trójki solistów - Buckinghama, Stevie Nicks i Christine McVie. Faktycznie nie do końca się to wszystko ze sobą klei.


Kawałki Lindsaya wydają się wręcz próbą zniechęcenia tych wszystkich, którzy zainteresowali się zespołem dzięki przebojowemu, przyjaznemu radiowym rozgłośniom "Rumours". Z drugiej strony, mógł też po prostu uważnie śledzić zmieniające się trendy w muzyce i wyczuć rosnącą koniunkturę na granie wywodzące się z punka czy ogólnie nowej fali. Takie nagrania, jak "The Ledge", "What Makes You Think You're The One", "Not That Funny" czy "That's Enough for Me", to Fleetwood Mac w swoim najbardziej lo-fi wydaniu, z ostrzejszym, nieco niechlujnym brzmieniem, często z bardziej zadziornym śpiewem ich autora, dużą dawką energii i nerwowością charakterystyczną raczej dla grup w rodzaju Talking Heads niż twórcy "Go Your Own Way". Kompozytorski wkład Buckinghama to również surowa, akustyczna pieśń "Save Me a Place", ale także kunsztowne ballady "That's All for Everyone" i "Walk a Thin Line" - pierwsza wzbogacona wibrafonem lub marimbą, druga bogatymi chórkami - oraz tytułowy "Tusk", podążający w mniej oczywiste, art-popowe rejony, z wysuniętą na pierwszy plan sekcją rytmiczną, wzbogaconą dęciakami, post-punkową gitarą oraz nieco udziwnioną warstwą wokalną. Tutaj skojarzenia z Talking Heads są najbardziej wyraźne, przy czym to raczej antycypacja stylu z "Remain in Light". Przypomina też poszukiwania z późniejszych płyt Petera Gabriela, szczególnie z eponimicznej trójki i czwórki.

Podobnie, jak na dwóch poprzednich longplayach Fleetwood Mac, najładniej wypadają kawałki Stevie Nicks. Tutejszym odpowiednikiem słynnego "Dreams" jest "Sara", kolejny wysoko notowany singiel, z równie uroczo poprowadzoną linią wokalną i ponownie z silnie zaznaczoną w miksie sekcją rytmiczną, dzięki czemu nie robi się zbyt rzewnie. Jeżeli nagrania Buckinghama często nie pasują do najdroższego w momencie nagrania albumu, to tu już prędzej słychać na co poszedł ten ogromny budżet. Jeszcze lepszym utworem - chyba nawet moim faworytem z tego albumu - jest "Sisters of the Moon", łączący popową atrakcyjność i dopracowaną produkcję z ciekawym, nieco onirycznym nastrojem, a także mocną sekcję rytmiczną oraz ostrzejsze solówki gitary. Bardzo przyjemnie wypadają też akustyczne, bardzo subtelne "Storms" i "Beautiful Child". Mniej natomiast przepadam za bardziej rockowym "Angel" (był już wcześniej utwór Fleetwood Mac o tym samym tytule, kompozycja Boba Welcha z wydanego w 1974 roku "Heroes Are Hard to Find"), który na tle innych kawałków Nicks wypada po prostu bardzo zwyczajnie.


Reszta materiału to już kompozycje Christine McVie. Na szczególną uwagę zasługuje nastrojowy "Brown Eyes", z onirycznym śpiewem, hipnotycznymi brzmieniami elektrycznego pianina oraz sekcji rytmicznej, a także gościnnym występem Petera Greena - założyciela i pierwszego lidera Fleetwood Mac - którego gitarowe partie są tu bardzo powściągliwe, ale idealnie trafione. To jego drugi występ na płycie zespołu po odejściu ze składu (wcześniej zagrał w "Night Watch" z "Penguin"). W obu przypadkach nie doczekał się nawet wzmianki w okładkowym opisie. Z utworów McVie podobają mi się też melodyjne, oparte na brzmieniach akustycznych "Over & Over" i "Honey Hi". Natomiast "Never Make Me Cry" jest już nadto rzewny i sentymentalny, a bardziej energetyczny "Think About Me" razi rockową sztampą. Jest jeszcze country-rockowy "Never Forget", mało imponujący jako finał dwupłytowego albumu za półtora miliona ówczesnych dolarów, ale nie najgorszy jako samodzielna piosenka.

"Tusk" nie powtórzył sukcesu "Rumours". Dla wytwórni, która władowała w niego tyle kasy, wielkim rozczarowaniem była sprzedaż na poziomie około… czterech milionów egzemplarzy. To wciąż ogromne osiągnięcie, jak na dwupłytowy album mogący zniechęcać swoim eklektyzmem i momentami zdecydowanie oddalającymi się od mainstreamu. Ale też w tym właśnie tkwi jego siła. Słabością jest za to długość, bo obok interesujących pomysłów czy po prostu świetnego materiału na popowe hity, zdarzają się też mniej charakterystyczne momenty, niewnoszące tu już nic nowego. "Tusk" to jednak wciąż jeden z najbardziej cenionych longplayów Fleetwood Mac wśród słuchaczy i krytyków, ale też samego Micka Fleetwooda, który z dyskografii zespołu wyżej stawia jedynie starszy o dekadę, nagrany jeszcze z Greenem "Then Play On". Może i mógłbym się z nim zgodzić.

Ocena: 7/10



Fleetwood Mac - "Tusk" (1979)

LP1: 1. Over & Over; 2. The Ledge; 3. Think About Me; 4. Save Me a Place; 5. Sara; 6. What Makes You Think You're the One; 7. Storms; 8. That's All for Everyone; 9. Not That Funny; 10. Sisters of the Moon
LP2: 1. Angel; 2. That's Enough for Me; 3. Brown Eyes; 4. Never Make Me Cry; 5. I Know I'm Not Wrong; 6. Honey Hi; 7. Beautiful Child; 8. Walk a Thin Line; 9. Tusk; 10. Never Forget

Skład: Lindsey Buckingham - wokal, gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe, perkusja i instr. perkusyjne; Stevie Nicks - wokal, pianino; Christine McVie - wokal, instr. klawiszowe; John McVie - gitara basowa; Mick Fleetwood - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Peter Green - gitara (LP2:3); USC Trojan Marching Band - instr. dęte i perkusyjne (LP2:9)
Producent: Fleetwood Mac, Richard Dashut i Ken Caillat


Komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. Z "Rumours" mam problem, bo z jednej strony uważam go za strasznie przehajpowany album, a z drugiej - nie mam na to innych argumentów, niż czysto subiektywne, bo to przecież bardzo dobre granie w swojej kategorii popu bez większych artystycznych ambicji. Więc na razie zwlekam z recenzją. Może pojawi się na zakończenie cyklu dot. Fleetwood Mac.

      Usuń
    2. A jakie jeszcze recenzje FM mogą się pojawić? Liczę na "Tango in the Night", bo to mój ulubiony album tego zespołu.

      Usuń
    3. Biorąc pod uwagę dyskografię klasycznego składu nie wiadomo czy będą pozostałe dwa z lat 80-tych?

      Usuń
    4. Myślałem o "Tango in the Night", może "Mirage" czy nawet czymś z czasów Boba Welcha.

      Usuń
    5. Jeśli kompozycyjnie Rumours Ci nie pasuje to skup się na brzmieniu. Jeden z najlepiej zrealizowanych albumów ever. Dobry sprzęcior, dobra kopia i można się rozpływać.

      Usuń
    6. Nawet najlepsze brzmienie nie uratuje kiepskich kompozycji. Ale nie w tym rzecz, bo nie pisałem, że mi te kompozycje nie pasują - bo to są dobre piosenki, a takie "Dreams” czy "The Chain" wręcz doskonałe w kategorii popu - tylko że nie rozumiem aż takiego hajpu.

      Usuń
    7. Właśnie ze względu na wspomniany "Dreams" i "Go Your Own Way" album jest taki słynny. Inaczej- jest "przehajpowany", bo są na nim te 2 utwory, to nie jest takie rzadkie przecież.

      Usuń
    8. Tak pro po Boba Welcha to mogę polecić "Heroes are Hard to Find" jako ten najlepszy według mnie.

      Usuń
  2. Wolę jednak, eponimiczny album z 75. Tam poza Warm Ways, lepką balladką, lepiej się wszystko układa, ma dramaturgię. A w sprawie realizacyjnej biegłości Rumours, to owszem zrealizowano materiał biegle, ale... tylko . Jest stos płyt z okresu, brzmiących lepiej a obywających się od nadmiernych kosztów.
    Liczę, że wkrótce pochylisz się na nową Jaimie Branch i Mataną Roberts min.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za recenzję nowej Matany wkrótce się biorę. Co do Fleetwood Mac z drugiej połowy lat 70., to na każdej z tych trzech płyt raczej podobają mi się fragmenty niż przekonuje mnie całość. Ale to w sumie dotyczy większości radiowego grania.

      Usuń
  3. Podejrzewam, że moment opublikowania tej recenzji i tytuł tego albumu są zdecydowanie nieprzypadkowe.

    Zostanę przy Fleetwood Green ;) stara maksyma mówi "gitarka robi swoje"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Buckingham też miewa momenty, gdy robi swoje na gitarze ;)

      Nie zaprzeczam, ani nie potwierdzam teorii z tytułem.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Death - "Human" (1991)

[Recenzja] Republika - "Nowe sytuacje" (1983) / "1984" (1984)

[Recenzja] Present - "This Is NOT the End" (2024)

[Zapowiedź] Premiery płytowe kwiecień 2024

[Recenzja] Extra Life - "The Sacred Vowel" (2024)