[Recenzja] Coil - "Horse Rotorvator" (1986)

Coil - Horse Rotorvator


Chodzi mi po głowie od pewnego czasu zrobienie przeglądu najlepszych płyt lat 80., bo to muzycznie była świetna dekada, a niezasłużenie ma dość kiepską opinię. Wynika to w znacznej mierze stąd, że tych naprawdę ciekawych rzeczy trzeba szukać przede wszystkim poza ówczesnym mainstreamem, choć i w jego obrębie zdarzały się naprawdę udane dzieła. Gdybym miał przygotować listę najlepszych, powiedzmy, stu płyt tamtego dziesięciolecia, to z całą pewnością nie zabrakłoby na niej miejsca dla "Horse Rotorvator", drugiego długogrającego wydawnictwa duetu Coil. To album doskonale reprezentujący tę dekadę, zawierający w sobie co najlepsze z tamtego okresu, a jednocześnie całkiem pozbawiony tego, za co najłatwiej go krytykować, czyli brzmieniowo-aranżacyjnego kiczu. Jest to w dodatku album, który z pewnością nie mógłby powstać we wcześniejszych dziesięcioleciach, ale później, nawet w bieżącym roku, to już jak najbardziej.

Pierwsze, co zwraca uwagę, to pastoralna okładka, przedstawiająca altanę w londyńskim Hyde Parku. Za tym zdjęciem kryje się jednak  tragiczna historia. W 1982 roku w pobliżu tego miejsca podobny obiekt był jednym z dwóch miejsc, gdzie IRA podłożyła ładunki wybuchowe. Wśród ofiar śmiertelnych było też siedem policyjnych koni, co łączy się z tytułem albumu. John Balance zaprezentował jednak także jego alternatywną genezę, opisując swój sen o Czterech jeźdźcach Apokalipsy, którzy zamiast przybyć konno i dokonać zagłady świata, zabili swoje konie i z ich szczęk stworzyli maszynę poruszającą ziemią - tytułowy horse rotorvator. Tematyka śmierci niewątpliwie na tym albumie dominuje. W połowie lat 80. rozprzestrzeniała się epidemia AIDS i wielu znajomych Balance'a oraz Petera Christophersona zaczęło umierać. Stąd tak pesymistyczny charakter płyty.

Muzyka zawarta na "Horse Rotorvator" niemal w całości opiera się na samplingu - tworzonym przy pomocy samplerów E-mu oraz syntezatorów Fairlight - co w tamtym czasie wciąż było nowatorskim rozwiązaniem. Najbardziej charakterystyczne sample pojawiają się w otwierającym album "The Anal Staircase" - tematycznie nawiązującym jeszcze do debiutanckiego "Scatology" - opartym na zniekształconym i puszczonym wspak fragmencie baletu "Święto wiosny" Igora Strawińskiego. Tak jak premiera oryginalnego dzieła w 1913 roku wywołała oburzenie widowni, która masowo opuszczała teatr, tak w 19856 roku utwór  Coil mógł zostać uznany za obrazoburczy. Pomimo wydania na singlu i zachwytu Johna Peela, nie doczekał się prezentacji w radiu - już sam tytuł go dyskwalifikował, a w połączeniu z wykorzystanymi w nagraniu krzykami dziecka (w rzeczywistości zarejestrowanymi przez przyjaciela zespołu podczas niegroźnej zabawy z synem) nabierał niepokojącego znaczenia. Muzycznie jest to interesujący przykład udanego wykorzystania ówczesnych nowinek technologicznych.

Bardziej melodyjne, wręcz quasi-piosenkowe oblicze grupa pokazuje już w drugim na płycie "Slur", który może kojarzyć się z dokonaniami Depeche Mode lub Nine Inch Nails, przy czym inspiracja w pierwszym przypadku prawdopodobnie, a w drugim już na pewno, szła od Coil. Muzycznie uwagę zwracają sample kojarzące się z muzyką dawną, zaś wokalnie - duet Balance'a z Markiem Almondem. Wokalista Soft Cell udziela swojego wsparcia także w innym całkiem przystępnym nagraniu, "Who by Fire", pochodzącym z repertuaru Leonarda Cohena, lecz zaaranżowanym w stylu bliższym raczej Dead Can Dance. W tę stronę idzie także intrygująca nastrojem "Ostia", opowiadająca o tajemniczej, brutalnej śmierci kontrowersyjnego włoskiego artysty Piera Paolo Pasoliniego. Tutaj wyjątkowo sample schodzą na dalszy plan, ustępując miejsca gitarze oraz smyczkom. Pod względem klimatu równie wspaniały jest  finałowy "The First Five Minutes After Death", łączący bardziej egzotyczne brzmienia z różnymi zgrzytami i szumami.

Na płycie nie brakuje też szaleństwa, jakie znamy z debiutu, a także jeszcze większej dawki humoru. Oprócz "The Anal Staircase" trzeba tu wymienić bliski tematycznie "Penetralia", złożony z metalowych i jazzowych sampli, a także "Circle of Mania", wzbogacony sekcją dętą grającą motywy kojarzące się z jakimś starym serialem, zaś tekstowo poświęcony śmierci amerykańskiego gangstera Dutcha Schultza. "Blood From the Air" to z kolei coś na kształt industrialnej wersji rocka gotyckiego, a w "The Golden Section" ciekawie zestawiono marszowe bębny, nastrojową trąbkę oraz różne niepokojące dźwięki z narracją Paula Vaughana, prezentera BBC, czytającego esej Petera Wilsona o poglądach na temat śmierći XII-wiecznego poety sufickiego, Rumiego. Resztę miejsca wypełniają dwa odpowiednio dziwaczne przerywniki, "Babylero" i "Herald". Ciekawe, że mimo zestawienia tu tak różnorodnych nagrań, całość sprawia wrażenie bardzo spójnego i starannie dobranego materiału.

Coil na "Horse Rotorvator" proponuje niezbyt wesołą tematykę - choć czasem podaną z humorem - co oddawało ówczesne nastroje Balance'a i Christophersona. Muzycznie "Horse Rotorvator" stanowi dla mnie ideał ejtisowych aranżacji oraz produkcji, a choć same kompozycje i wykonanie stoją na odrobinę niższym poziomie, to całość wciąż wypada niesamowicie imponująco.

Ocena: 9/10



Coil - "Horse Rotorvator" (1986)

1. The Anal Staircase; 2. Slur; 3. Babylero; 4. Ostia (The Death of Pasolini); 5. Herald; 6. Penetralia; 7. Circles of Mania; 8. Blood from the Air; 9. Who by Fire; 10. The Golden Section; 11. The First Five Minutes After Death

Skład: John Balance; Peter Christopherson
Gościnnie: Marc Almond - dodatkowy wokal (2,9); Bill McGee - aranżacja instr. smyczkowych (4); Clint Ruin - aranżacja instr. dętych (7); Paul Vaughan - narracja (10)
Producent: Coil


Komentarze

  1. Ciekawy, intrygujący album,który początkowo bardzo mi nie leżał a z tego względu, że lata 80te to dla mnie wtedy był przede wszystkim The Cure i Iron Maiden.
    Wiem,dziwne zestawienie,ale z tej dekady trafiłem wówczas tych wykonawców, a było to jakieś dziesięć lat temu.
    No może jeszcze Depeche Mode był dla mnie równie ważny.
    A co Pan myśli w kontekście lat osiemdziesiątych o zespołach Talk Talk i XTC?
    Przyznam,że ten pierwszy jest dla mnie bardzo istotny,szczególnie albumy ze środka dyskografii. Czekam na recenzje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Talk Talk w porządku, a na ostatnich płytach to nawet bardzo. XTC nie przekonał mnie (jeszcze?) do siebie.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z powyższym tekstem, pozbawione merytorycznej wartości lub obraźliwe nie będą publikowane.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] The Smiths - "The Queen Is Dead" (1986)

[Recenzja] Art Zoyd - "Symphonie pour le jour où brûleront les cités" (1976/1981)

[Recenzja] Horace Tapscott Quintet - "The Giant Is Awakened" (1969)

[Recenzja] Chico Freeman - "Kings of Mali" (1978)