[Recenzja] EABS - "2061" (2022)

Muzycy EABS wymyślili sobie, że każdy kolejny album będzie w jakiś sposób nawiązywał do poprzedniego. Po debiutanckim "Repetitions", zawierającym nowoczesne aranżacje kompozycji Krzysztofa Komedy, wydali "Slavic Spirits" z autorskim materiałem nawiązującym do czasów, gdy polscy jazzmani - włącznie z Komedą - wplatali motywy kojarzące się muzycznym dziedzictwem naszej słowiańskiej części świata. Nie do końca rozumiem, w jaki sposób z tamtego konceptu wyprowadzono album w hołdzie dla Sun Ra i jego futurystyczno-kosmicznej twórczości. Może chodzi o to, że on również odwoływał się w swojej muzyce do własnego dziedzictwa kulturowego. A przy tym był jednym z nielicznych amerykańskich jazzmanów, jacy odwiedzili nasz kraj w słusznie minionych - choć stopniowo powracających - czasach. Był rok 1986. Polski występ artysty, który twierdził, że pochodzi z Saturna, odbył się kilka miesięcy po tym, jak do Słońca zbliżyła się kometa Halleya. Po raz kolejny takie zbliżenie nastąpi w roku 2061. Fakt ten zainspirował Arthura C. Clarke'a do napisania trzeciej części "Odysei kosmicznej". I właśnie ta książka - w której autor ponoć przewidział obecną dekadę jako pełną kryzysów oraz konfliktów na skalę światową - okazała się głównym źródłem inspiracji dla nowego materiału EABS.
Otrzymujemy więc po raz drugi album w retro-futurystycznych klimatach, tym razem wypełniony autorskimi kompozycjami. Muzycy pracowali nad nimi osobno, a dopiero potem wspólnie nagrywali. Stąd też dość duże zróżnicowanie stylistyczne. Na pewno nie przysłużyło się to spójności albumu. Kiedy po dwóch jazzowych instrumentalach, w tym bardzo konserwatywnym drugim, rozbrzmiewa w zasadzie stricte hip-hopowy, wzbogacony rapowaną partią wokalną "Ain't No Mercy", można zwątpić, czy aby na pewno wciąż słucha się tej samej płyty. Hip-hopowy podkład pojawia się jeszcze w "The Odyssey of Dr Heywood Floyd", gdzie jednak miejsce rapu zajmują jazzujące partie dęciaków, kosmiczne dźwięki syntezatora oraz szczątkowa wokaliza. Kto zna wcześniejsze płyty EABS nie powinien być zdziwiony, bo takie wpływy były już obecne na "Repetitions". Mimo wszystko, pierwszy z tych kawałków wydaje się tu kompletnie wyrwany z kontekstu - przynajmniej do czasu wybrzmienia tego drugiego, stanowiącego swego rodzaju łącznik "Ain't No Mercy" z resztą płyty, jednak średnio takie rozwiązanie mnie przekonuje.
Pozostałe siedem utworów wyraźnie ciąży w stronę jazzu, szczególnie estetyki fusion czy może raczej nu, ze względu przede wszystkim na bardziej nowoczesne podejście do rytmiki, Dopełnieniem warstwy rytmicznej są uzupełniające się partie saksofonu i trąbki, wyraźnie przywołujące nastrój "Slavic Spirit", a także różnorodne brzmienia klawiszowe, w tym nadające retro-futurystycznego klimatu syntezatory, znane już z "Discipline of Sun Ra". Jest to więc w zasadzie mieszanka wszystkiego, co znamy z wcześniejszych płyt, włącznie chyba z tymi pod szyldem Błoto, które od obecnego składu EABS różni tylko brak Jakuba Kurka. Jednocześnie można zarzucić pewną stagnację, brak świeżych pomysłów. Subiektywnie też nie znajduje tu za wiele ciekawego. Na wyróżnienie zasługuje na pewno bardzo sugestywny początek otwierającego album "Global Warning", faktycznie brzmiący jak ostrzeżenie dla świata, jednak z czasem utwór podąża coraz bardziej w stronę bardzo bezpiecznego jazzu. Mocnym punktem wydaje się też singlowy "Lucifer (The New Sun)" z nowoczesnym podkładem rytmicznym oraz nieco freejazzowymi naleciałościami w partiach dęciaków. Warto też wspomnieć o gościnnym udziale Jana Ptaszyna Wróblewskiego w finałowym "A Farewell to Mother Earth", co znów nasuwa skojarzenia i z pierwszym, i nieco z drugim albumem grupy. Ale sam utwór - podobnie jak te niewymienione z tytułów - niezbyt mnie przekonuje, wydaje się zbyt zachowawczy.
"2061" zdaje się potwierdzać, że EABS bardziej interesująco wypada w cudzym materiale, niż tworząc własny. "Repetitions" i "Discipline of Sun Ra" okazały się udaną próbą przedstawienia, odpowiednio, Krzysztofa Komedy oraz Sun Ra młodszym pokoleniom, dostosowując do nich język muzyczny. "Slavic Spitit" tymczasem prezentował zachowawcze i staromodne podejście do jazzu, zaś najnowszy album próbuje lawirować między tymi dwiema skrajnościami, przez co brakuje tu konsekwencji, jakiegoś jasnego zamysłu. Nie umiem odpowiedzieć, do kogo ta płyta jest kierowana.
Ocena: 6/10
EABS - "2061" (2022)
1. Global Warning; 2. The Mystery of Monolith; 3. Ain't No Mercy; 4. Dead Silence; 5. Conscious Breathing; 6. Human Hero; 7. Lucifer (The New Sun); 8. The Odyssey of Dr Heywood Floyd; 9. A Farewell to Mother Earth
Skład: Marek Pędziwiatr - instr. klawiszowe; Olaf Węgier - saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, saksofon barytonowy, syntezator; Jakub Kurek - trąbka, syntezator; Paweł Stachowiak - gitara basowa, kontrabas, syntezator; Marcin Rak - perkusja, automat perkusyjny
Gościnnie: Jan Ptaszyn Wróblewski - saksofon tenorowy (9)
Producent: EABS i Sebastian Jóźwiak
Nie odpowiedziałeś mi za to na pytanie, w jakim celu w recenzjach umieszczasz akcenty polityczne A przy tym był jednym z nielicznych amerykańskich jazzmanów, jacy odwiedzili nasz kraj w słusznie minionych - choć stopniowo powracających - czasach. Był rok 1986
OdpowiedzUsuńUwidaczniając przy tym swoją opinię na ten temat.
W takim samym celu, w jakim różni muzycy - choćby na wyżej recenzowanym albumie - nawiązują do pewnych rzeczy, wyrażając swój sprzeciw lub zaniepokojenie. Ja natomiast nie rozumiem, jak w dzisiejszych czasach, mieszkając w tym kraju, można mieć jakiekolwiek zastrzeżenia do uwidaczniania opinii na temat, że A) słusznie minęły czasy, kiedy Polska była niesuwerennym państwem, zależnym od mocarstwa nierespektującego podstawowych praw człowieka i do dziś zresztą przejawiającego imperialistyczne zapędy, które zagrażają - a właściwie już zagroziły - pokojowi w naszym regionie; B) niedobrze, że obecnie wracają u nas niektóre mechanizmy rządzenia charakterystyczne dla tamtego ustroju.
UsuńAle ja nie mam zastrzeżeń, to nadinterpretacja. A już na pewno nie mam ich pod tym tekstem. Zadałem to pytanie pod poprzednią recenzją, bo zastanawia mnie rosnąca ilość nieneutralnie nacechowanych komentarzy odnośnie sytuacji politycznej, które pojawiają się w tekstach - a przecież zarzekasz się że to serwis muzyczny.
UsuńTrochę tak to zabrzmiało, ale jeśli miałeś co innego na myśli, to zwracam honor. A poprzedni raz zignorowałem tę kwestię, bo uznałem pytanie za retoryczne - służące wyrażeniu niezadowolenia z takiej wstawki, a nie rzeczywistej chęci poznania przyczyny. Rosnąca ilość takich treści jest proporcjonalna do wzrostu powodów, dlaczego nie można zachować neutralności. Nie przypominam sobie natomiast, żebym się zarzekał, że to serwis stricte muzyczny. Było też przecież podsumowanie filmowe i miał to być początek większej różnorodności. Ale teraz za bardzo nawet nie mam czasu pisać o muzyce, więc zostaję przy recenzjach płyt.
UsuńCo do "zarzekania się" to z kolei ja trochę przerysowałem, bo pamiętam jak kiedyś zasugerowałem, że w recenzjach jest zbyt sztywno, nie ma więcej humoru - na to Ty odparłeś że to jest strona muzyczna, a nie satyryczna - dlatego teraz piję do tej kwestii gdy odnoszę się do rosnącej ilości wtrętów politycznych,
UsuńZresztą - zgodnie z FAQ strona jest poświęcona muzyce, a nie Twojej osobie - a publikując swoje opinie na temat bieżących wydarzeń, ich ocenę właśnie przybliżasz też swoją postać.
Swoją drogą to widzę, że jazz zaczyna też być zagrożony, bo obok tego free które Ci zaproponowałem jakieś 2 miesiące temu to jedna z niewielu stricte jazzowych płyt które dostają mniej niż 7.
W każdym tekście są zawarte moje poglądy, choć w zdecydowanej większości wyłącznie na tematy muzyczne. W publicystyce nie uniknę przybliżania też siebie, ale nawet jeśli będę przedstawiał poglądy na kwestię niezwiązane z muzyką czy sztuka ogólnie, to wciąż nie po to, by promować siebie, a polecać cudze dzieła.
UsuńNie bardzo rozumiem, w jaki sposób zagrożony jest jazz? To oczywiste, że w tak obszernym gatunku są i lepsze, i słabsze płyty. A ta powyższa taka stricte jazzowa to nie jest.
To co Ci kiedyś powiedziałem - płyty z nurtu jazzu (i post-punk, ale to inny temat) które tu recenzujesz mają praktycznie same wysokie oceny - nie przywołam nic co miałoby <7 (chyba jakiś Pharoah) bądź zdecydowanie zostało zjechane w recenzji. Dopiero fusion czasem dostaje tu zdecydowane wały (niektóre Becki, Returny, Weathery - choć raczej w treści recenzji niż ocenowo). Można więc pomyśleć, że sam sam fakt, że muzyka jest jazzem implikuje jej wysoką jakość, co przecież jest bzdurą. A może nie? Ale patrząc na tę stronę odnosi się takie wrażenie. Ale zgaduję, że to się będzie zmieniać wraz z Twoim osłuchaniem z muzyką klasyczną. Bo zdaje mi się, że tak:
Usuńmetal to infantylny, agresywny hard rock
hard rock można wdeptać w ziemię porównując go z ambitniejszymi odmianami rocka (progresywny)
ambitniejsze odmiany rocka można zgnoić porównując je z rockiem który stanowi tylko dodatek do jazzu
jazz rock bądź fusion traci na wartości po zestawieniu go z czystym jazzem - najlepiej akustycznym bo brzmienie się nie starzeje, pozbawionym piosenkowych struktur i wypełnionym nierockowym instrumentarium
jazz straci gdy się go zestawi z klasycznymi kompozytorami?
przy okazji - jak rozróżnić muzykę poważną od muzyki klasycznej? Kompozytorzy grający muzykę poważną staną się klasyczni za X lat? Żeby tak było muszą sami coś komponować. A jak ocenić czy muzyka poważna jest dobra czy zła?
Wymyślasz nieistniejący problem. Dlaczego ktokolwiek miałby formułować tego typu wnioski wyłącznie na podstawie moich subiektywnych ocen? Nawet jeśli, to będzie to wina wyłącznie tego kogoś, a nie moja, bo nie opisuję kiepskich płyt tylko po to, by udowodnić oczywistość - że w każdym gatunku są płyty lepsze i gorsze.
UsuńJedyne sensowne powody, by pisać o tych słabszych moim zdaniem płytach, to: 1) są one popularne i powszechnie cenione (np. "Heavy Weather" Weather Report, "Romantic Warrior" Return to Forever); 2) są to istotne premiery (czyli np. EABS, który stał się ważnym graczem polskiej sceny niezależnej).
Pisałem to dziesiątki razy, ale powtórzę: przynależność gatunkowa nie jest wyznacznikiem jakości. Nawet ja oceniam niektóre płyty metalowe wyżej od pewnych płyt z jazzem czy poważką.
jak rozróżnić muzykę poważną od muzyki klasycznej?
Według pierwotnego - najwęższego i jedynego odnoszącego się do chronologii - znaczenia muzyka klasyczna to ta z epoki klasycyzmu. Angielskie określenia są jeszcze bardziej do siebie podobne: classical music i classical period. Przy takim założeniu, muzyka poważna byłaby szerszym pojęciem, obejmującym także twórczość z wcześniejszych epok (średniowiecze, renesans, barok) i tych późniejszych (romantyzm, muzyka współczesna).
Problem w tym, że np. w języku angielskim w ogóle nie ma odpowiednika muzyki poważnej. Jest tylko termin classical music, który obejmuje wszystkie wspomniane wyżej epoki, ale też muzykę spoza europejskiego kręgu kulturowego - czyli wszystko, co nie jest ani muzyką ludową, ani wyodrębnioną w XX wieku muzyką popularną. W takim ujęciu muzyka klasyczna i poważna to po prostu synonimy.
Ja jednak skłaniałbym się do twierdzenia, że muzyka klasyczna to szersze pojęcie zawierające w sobie wszystko, co nie jest muzyką ludową lub popularną, natomiast muzyka poważna to jej część - ta prezentująca wysoką wartość artystyczną. Bo przecież istnieje też muzyka wpisująca się w ramy tych klasycznych nurtów, która jednak pełniła rolę muzyki rozrywkowej - np. utwory pisane na zamówienie dworu.
Kompozytorzy grający muzykę poważną staną się klasyczni za X lat? Żeby tak było muszą sami coś komponować.
No tak, kompozytor to ktoś, kto sam coś komponuje.
Jak wspomniałem wyżej, istnieje coś takiego, jak współczesna muzyka klasyczna (ang. modern classical). Określenie klasyczny wywodzi się od łacińskiego classicus, czyli doskonały. Nie oznacza stary.
A jak ocenić czy muzyka poważna jest dobra czy zła?
Tak samo jak każdą inną muzykę. Subiektywnie lub sięgając po argumenty muzykologiczne, albo łącząc jedno z drugim.
Pisałem to dziesiątki razy, ale powtórzę: przynależność gatunkowa nie jest wyznacznikiem jakości. Nawet ja oceniam niektóre płyty metalowe wyżej od pewnych płyt z jazzem czy poważką.
UsuńNie, nie, nigdzie nie napisałem że płyta z gatunku hm jest z gruntu gorsza od jazzu. Ale amplituda tych ocen jest większa. Żeby napisać coś złego i zasadnego zarazem o płycie heavy metalowej albo niepoważce nie trzeba się bardzo napocić. Ale by skrytykować jazz czy muzykę poważną trzeba mieć naprawdę jaja i przede wszystkim solidną wiedzę.
Płyty które wymieniłeś z tytułów to fusion albo powyższa, która, jak sam stwierdziłeś nie jest czystym jazzem. A mi chodzi o taką muzykę gdzie jazz jest podstawą, a nie składową. Teoretycznie do tych płyt mógłbyś jeszcze dorzucić Tutu Davisa, ale jak sam powiedziałeś to taki pop z trąbką zamiast wokalu. Czyli jazz zaczyna być zły gdy tym jazzem być przestaje, gdy jazz zaczyna być wyparty przez inną stylistykę. Albo następuje fuzja.
Moim zdaniem jedyne sensowne punkty zaczepienia jeżeli chodzi o krytykę jazzu to:
-archaiczność (ale w momencie wydania to było ok)
-wtórność
-szarlataństwo, bałaganiarstwo? Ale czy to jest jazz czy free improvisation albo awangarda? Free jazz zaczyna być już gatunkiem gdzie pojawia się furtka by odejść od jazzu. Mam mieszane uczucia co do tego gdy piszesz o zachowawczości jako o wadzie. Przecież to może być chęć pozostania w pewnej konwencji.
Dobra, nie wyszło dobrze z tym kompozytorem miałem na myśli muzyka. Czy jeżeli dajmy na to laureat Konkursu Chopinowskiego zaczyna sam komponować muzykę na tę modłę - to wówczas czyni go to kompozytorem klasycznym? A może to jest neo-klasyczne? A w takim razie pseudoklasyczne - albo eufemistyczniej klasycyzujące shredy Y.M. łapią się do tej samej kategorii. Bo przecież nie można dyskryminować muzyków ze względu na używane instrumentarium.
W pewnych gatunkach (sam wiesz jakich, chociaż to ekstremum) występują same złe płyty, czy nie działa to w dwie strony?
Trzeba mieć na pewno większe umiejętności i wiedzę, żeby w ogóle grać jazz czy poważkę, więc już to z reguły gwarantuje pewien poziom. Natomiast rocka - przynajmniej według powszechnego przekonania - może grać każdy, co często odbija się na poziomie.
UsuńNie zarzucałbym archaiczności płytom, które w chwili wydania brzmiały nowocześnie, a już na pewno nie tym, które były wtedy innowacyjne. Z wtórnością w jazzie też jest trochę inaczej, bo jednak np. większość płyt hard bopowych na pierwszy rzut ucha może wydawać się identyczna, może z wyjątkiem zestawu instrumentów. Tym, co je odróżnia, jest przede wszystkim indywidualny styl gry/komponowania poszczególnych instrumentalistów.
Nie deprecjonowałbym całego fusion na korzyść jazzu akustycznego, bo jednak np. Miles Davis najbardziej kreatywne rzeczy robił chyba właśnie w okresie 1969-75, a Herbie Hancock swoje zdecydowanie najambitniejsze płyty stworzył w czasach Mwandishi, czyli gdy obaj grali fusion, dalece wykraczając poza czysty jazz. Dopiero potem fusion się skomercjalizowało i jego przedstawiciele zaczęli grać poniżej swoich możliwości w celu zarabiania większych pieniędzy. Nie łączyłbym tego jednak z odchodzeniem od jazzu. Fusion było początkowo sposobem na twórcze rozwinięcie tego gatunku. Uważam też, że dziś żeby nagrać wybitny album jazzowy, trzeba wykroczyć poza jego ramy. Inaczej będzie to co najwyżej wybitne odtwórstwo. Ale trzeba by to zrobić ciekawiej, niż EABS na powyższym albumie. Zresztą łączenie jazzu z hip-hopem i elektroniką nie jest już niczym nowym.
Jeżeli ktoś dzisiaj zacznie komponować muzykę używając środków wyrazu charakterystycznych dla np. romantyzmu, to będzie automatycznie kompozytorem klasycznym. Inna sprawa, że narazi się na krytykę za używanie przestarzałego języka i ogólnie anachronizm.
Gatunek to szerokie pojęcie, natomiast jeżeli jedna z jego odmian z góry zakłada stosowanie najprostszych rozwiązań i kompletny brak walorów artystycznych, to obiektywnie trudno nazwać to dobrą muzyką.
Byłem na ich koncercie w poniedziałek w Warszawie. Dali czadu.
OdpowiedzUsuń