[Recenzja] Bauhaus - "In the Flat Field" (1980)

Zanim wytwórnia 4AD zaczęła być kojarzona z eterycznym graniem Cocteau Twins czy This Mortal Coil oraz neoklasycznymi dokonaniami Dead Can Dance, jej profil był nieco inny. Dość powiedzieć, że pierwszy długogrający album w jej dorobku to debiut grupy Bauhaus, uważanej - wraz z Joy Division - za prekursorów tak zwanego rocka gotyckiego, choć w tamtym czasie musiało wystarczyć szerokie pojęcie post-punku. "In the Flat Field", choć dziś jest powszechnie uznawany za dzieło kultowe, w chwili wydania spotkał się z wyraźną niechęcią krytyków. Recenzent NME określił zawartą na nim muzykę mianem Black Sabbath dla hipsterów. I choć zabarwione to było pejoratywnie, nie mija się dalece z prawdą. Nagrania charakteryzuje podobnie groteskowy mrok i ciężar, jednak przeniesione w realia ejtisowego niezalu. Słychać też wpływy wspomnianego Joy Division, ale w bardziej hałaśliwym wydaniu.
Pierwotne wydanie winylowe składa się z dziewięciu autorskich kompozycji podpisanych przez cały kwartet. Co ciekawe, pominięto wszystkie nagrania z wcześniejszych singli, choć cieszyły się sporym powodzeniem w podziemiu. Większość z nich dorzucono przy okazji kompaktowych wznowień, ale zabrakło - ze względów prawnych - zawartości tego najważniejszego, czyli debiutanckiego "Bela Lugosi's Dead", z dziewięciominutowym utworem tytułowym, poświęconym węgierskiemu aktorowi znanemu przede wszystkim z roli Drakuli i krótkiego występu w niesławnym "Planie 9 z kosmosu". Trudno, utwory z podstawowej edycji "In the Flat Field" też robią bardzo dobre wrażenie, począwszy od ciężkiego, przepełnionego nerwową atmosferą grozy "Double Dare", a kończąc na najbardziej ambitnym "Nerves", w którym muzycy uciekają od piosenkowości i dość pomysłowo wplatają swobodne partie pianina, nie rezygnując jednak z posępnego, neurotycznego klimatu. Z pozostałych kawałków warto na pewno wyróżnić tytułowy "In the Flat Field", który do dziś wydaje się bardzo inspirujący nie tylko dla gotyckich kapel, ale też post-punkowych zespołów pokroju Squid. Z nieco bardziej przebojowej strony grupa pokazuje się w "A God in the Alcove", "Small Talk Stinks", "Stigmata Martyr" czy dodającym do stałych na płycie elementów inspirację Davidem Bowie "Spy in the Cab", jednak nie ma tu mowy o żadnych merkantylnych kompromisach. Może trochę mniej przekonują najbardziej punkowe "Dive" i "St. Vitus Dance", ale jak najbardziej wpisują się w dekadencki nastrój bijący od tego albumu.
To prosta, daleka od wirtuozerii muzyka, ale bardzo przekonuje mnie ta groteskowa konwencja oraz sposób, w jaki muzycy tworzą tu odpowiedni klimat. Krzykliwe, znerwicowane partie wokalne Petera Murphy idealnie dopełniają się ze zgrzytliwą gitarą Daniela Asha oraz wyrazistą, momentami prawie dubową grą sekcji rytmicznej - braci Haskins, basisty Davida Johna i perkusisty Kevina. Skład ten przetrwał do dzisiaj, jednak po 1983 roku grupa znacznie zmniejszyła swoją aktywność. "In the Flat Field" pozostał jej największym dokonaniem, choć późniejszy spadek jakości nie był bardzo znaczący. Debiut Bauhaus to także jeden z ciekawszych i mniej typowych albumów w katalogu 4AD.
Ocena: 8/10
Bauhaus - "In the Flat Field" (1980)
1. Double Dare; 2. In the Flat Field; 3. A God in an Alcove; 4. Dive; 5. Spy in the Cab; 6. Small Talk Stinks; 7. St. Vitus Dance; 8. Stigmata Martyr; 9. Nerves
Skład: Peter Murphy - wokal; Daniel Ash - gitara, dodatkowy wokal; David J - gitara basowa, dodatkowy wokal; Kevin Haskins - perkusja, dodatkowy wokal
Producent: Bauhaus
Dobra recenzja. Może teraz coś o Sisters of mercy ?
OdpowiedzUsuńMożliwe, że w dalszej przyszłości pojawi się i ten zespół.
UsuńA będą też recenzje dalszych albumów Bauhaus?
UsuńNiewykluczone.
UsuńBela Lugosi's Dead to najlepsze co nagrali. Nic innego nawet nie zbliża się do poziomu tej kompozycji
OdpowiedzUsuńMam ten album na telefonie i się dzisiaj za odsłuch wziąłem właśnie :) Jak na razie sprawdziłem "A God in an Alcove" i "Dive" i wygląda to na prawdę super
OdpowiedzUsuńW Bauhausie dziwność zdaje się pełnić większą rolę od samej muzyki która jest dość prymitywna. Wykonanie ma odwracać od tego uwagę. Podobnie postąpił debiutując w tym samym roku Killing Joke.
OdpowiedzUsuńZdecydowana większość post-punku brzmi dość prymitywnie, ale mniej lub bardziej kreatywnie stara się obejść brak technicznych umiejętności. Więc tak, można powiedzieć, że starają się od czegoś odwrócić uwagę, tyle że to przecież dobrze, skoro dzięki temu muzyka jest ciekawsza od zwykłego punk rocka. W przypadku Bauhaus jest ciekawsza poprzez klimat, tę groteskową atmosferę grozy. Prostota idealnie do tego pasuje. Natomiast powyższe zarzuty nie są zbytnio merytoryczne - argumentacja w zasadzie sprowadza się do mnie się nie podoba.
UsuńMiałem kiedyś tę płytę na kasecie - w wieku 16 lat. Promował ją Tomek Beksiński i pod jego wpływem kupiłem (oczywiście piracką) kasetę. W ogóle mi się nie podobała - bardziej zmuszałem się do słuchania. Generalnie uważam, że nie da się przeprowadzić obiektywizującego wywodu wskazującego na fakt, że płyty postpunkowe (a przynajmniej ich większość, bo oczywiście stosowanie wielkich kwantyfikatorów zawsze jest zawodne i zdarzają się wyjątki) mają jakieś wybitne walory estetyczne i górują nad innymi odmianami rocka z lat 80. To jest absolutnie kwestia gustu, czy lubi się bardziej Bauhaus i Cure, czy np. Iron Maiden i Metallikę, czy Marillion i IQ. To po prostu muzyka rozrywkowa - zwykły rock, choć w różnych odmianach.
UsuńJak najbardziej dałoby się taki wywód przeprowadzić i miałem już okazję tego dokonać w artykule z 41. numeru "Lizarda".
UsuńPoszczególne odmiany metalu czy neo-prog to bardzo jednorodne stylistyki, powielające dosłownie kilka schematów, podczas gdy post-punk, jak sam poniekąd zauważyłeś, ma różne oblicza. Z jednej strony są to zespoły w rodzaju The Cure czy Bauhaus, którym trudno przypisać walory inne niż stricte użytkowe. Ale post-punk to też np. Talking Head, Tuxedomoon, The Pop Group, This Heat czy nawet King Crimson z okresu 81-84. A to już twórcy, którzy faktycznie szukali sposobów na twórcze rozwinięcie rocka, w czym nie ustępowali wcześniejszym o dekadę grupom progowym. Tyle że ich ambicje przeniosły się bardziej w sferę brzmienia, produkcji, często też konstrukcji utworów (choć TH czy KC sięgali po piosenkowe schematy), a inspiracje europejską muzyką klasyczną ustąpiły miejsca współczesnej poważce czy pozauropejskim tradycjom (wpływy afrykańskie u TH).
Po drugie, neo-prog czy heavy metal w stylu Iron Maiden to z założenia granie sentymentalne, wprost - szczególnie w tym pierwszym przypadku - odwołujące się do klasycznego rocka. Post-punk starał się z tym zerwać, a jeśli już czerpał ze starego rocka, to nie z jego mainstreamu, a undergroundu w stylu The Velvet Underground albo z krautrocka, co dawało jednak więcej pola do popisu niż mocno wyeksploatowane już stylistyki symfonicznego proga czy hard rocka. Natomiast prostota tej nowej fali często nie była wynikiem braku umiejętności, a świadomym wyborem w celu osiągnięcia konkretnego efektu, kontestującego przyjęte schematy. Przecież wczesne płyty Wire czy Gang of Four to muzyka, w której naprawdę sporo się dzieje, mimo bardzo ograniczonych środków.
Nie wiem co miałbym tu napisać by było "merytorycznie" - ale to co sam napisałeś w odpowiedzi: muzyka jest ciekawsza od zwykłego punk rocka. W przypadku Bauhaus jest ciekawsza poprzez klimat, tę groteskową atmosferę grozy. Prostota idealnie do tego pasuje. jest również ripostą bardzo subiektywną, bo atmosfera grozy czy groteski również jest rzeczą odczuwaną indywidualnie. I tak możemy sobie rozmawiać w stylu -"a mi się podoba bo tak!" - "a mi się nie podoba, bo nie!"
UsuńMógłbym zmusić się(tak, bo nie mam ochoty do tego wracać) do przesłuchania tego jeszcze raz i zacząć pisać o rzeczach których podważyć się nie da: konstrukcji utworów, zastosowanych efektach brzmieniowych, barwie głosu wokalisty. Całość wówczas nabrałaby charakteru encyklopedycznego, a sam napisałeś że recenzja nie może się ograniczać tylko do tego.
Co do atmosfery, to jakiś czas temu rozmawiałem z kimś o najistotniejszej płycie Univers Zero - nie, nie zjechałem jej - i podzieliłem się odczuciami że jest tam dobrze wykreowana atmosfera strachu, zgnilizny i murszu. Mój interlokutor nie zgodził się ze mną. I co w takich wypadkach? Obie strony grają na zmęczenie, kto pierwszy przyzna komu rację?
Nie do końca - w przypadku Cure, Bauhaus, Joy Division - wielu innych grup nowej fali, żeby daleko nie szukać wskażmy też na przykład naszej Siekiery (o czym już dyskutowaliśmy) prostota była absolutnie wynikiem podstawowych braków w rzemiośle, a nie przyjętego założenia. Dodatkowo można się przyczepić (jeśli już się czepiamy), że były to zespoły bardzo manieryczne w operowaniu określoną estetyką (cała ta szeroko rozumiana "gotyckość"). Wcale nie mniej manieryczne niż klasyczny metal (tyle że inaczej - zamiast "bohaterskiego patosu" i galopad, depresyjny spleen) I trudno np. powiedzieć hipotetycznemu miłośnikowi Iron Maiden szukającemu ambitniejszej, bardziej złożonej muzyki - chcesz się rozwinąć muzycznie, to posłuchaj sobie Cure, Bauhaus czy Siekiery. Jak to zabrzmi? Chyba raczej groteskowo. Co do Talking Heads, "kolorowego: Crimson, Tuxedomoon - zgoda, to rzeczywiście bardzo świadoma (i znakomita) muzyka. Mogę też dorzucić jeszcze Dead Can Dance - jeden z moich ulubionych zespołów, który wyewoluował z post punku, albo bardzo fajne Cocteau Twins. Ale ile było tych zespołów? 10? 20? Tymczasem w szeroko rozumianym klasycznym progu- również tym z końcówki lat 70 i początku 80 bardzo mocnych, interesujących muzycznie płyt jest mnóstwo - przynajmniej ze 2 setki (oczywiście również dużo jest pozycji miałkich). Zresztą niektóre z nich zrecenzowałeś. I to bardzo wysoko (np. Dun, Kultivator Eskaton).
Usuń@Cymbergaj: Nie zgadzam się, że odbiór klimatu jest kwestią indywidualną. Czasem tak, w przypadku sztuki bardziej abstrakcyjnej. Czasem nie, jeżeli twórca korzysta celowo ze środków, które mają wzbudzić w odbiorcy konkretne skojarzenia, emocje, itd. Bauhaus czy Univers Zero to ta druga sytuacja, w obu przypadkach niewątpliwie chodziło o nawiązanie do ścieżek dźwiękowych horrorów. I u większości odbiorców takie skojarzenia wywołują, o czym świadczą wszelkie recenzje, dyskusje, w których zawsze wspomina się o tym mroku, zaś nigdy nie trafiają się opinie wskazujące na odmienne odczucia, dajmy na to porównania tej muzyki do spaceru po kwiecistej łące w słoneczny dzień. Co znaczy, że te zespoły udanie tworzą pewien klimat, bo wywołuje on zamierzony skojarzenia u słuchaczy.
Usuń@okechukwu: Podałem konkretne przykłady nie w celu dowiedzenia, że taka jest cała muzyka, ale żeby wskazać, że i tak bywało. Podtrzymuję też to, co zawsze pisałem, że niewielkie umiejętności techniczne nie muszą być przeszkodą do tworzenia ciekawej muzyki.
Polecanie słuchaczowi Iron Maiden wymienionych zespołów w celu zwrócenia go w stronę czegoś ambitniejszego, to nie jest wcale głupi pomysł. Próg wejścia podobny, a potem łatwiej byłyby go pewnie przekonać do chociażby Dead Can Dance czy Cocteau Twins. O tych zespołach też miałem wspomnieć w poprzednim komentarzu, jako że oba wywodzą się z post-punku. Ogólnie to od lat 80. wszystkie faktycznie nowe style rocka mają swoje korzenie w nowej fali, ewentualnie w psychodelii. Z kolei rocka progresywnego nie ma w nich w ogóle; prog inspirował tylko nudziarzy, według których muzyka powinna się skończyć około 1972 roku.
Ogólnie w każdym rockowym stylu (licząc osobno mainstreamowego proga, krautrock, Canterbury, zeuhl itd.) znajdzie się góra kilkunastu faktycznie wybitnych twórców, a reszta nic tak naprawdę tam nie wnosi.
Dyskutowaliśmy już kiedyś o tym. Dla mnie słowo "wybitny" w rocku, w tym w progresie, jest bardzo nieostre ( w przeciwieństwie do muzyki poważnej i jazzu, gdzie najczęściej nie budzi wątpliwości - bo tam mamy do czynienia z merytoryczną krytyką i całym zapleczem teoretyczno-erudycyjnym). Poziom niekompetencji krytyków (a poniekąd i słuchaczy, choć do nich trudno mieć pretensje, bo nie oni kształtują opinie) jest tak ogromny, że słowo "wybitny" w rocku jest w dużej mierze pustym sloganem. Ostre znaczeniowo jest natomiast słowo wpływowy, bo można obiektywnie ocenić wpływ danego wykonawcy na kształtowanie się danego stylu, jego popularność, liczbę naśladowców. Tyle że wtedy odpada nam np. Gentle Giant (celowo wybrałem ten przykład, bo obydwaj zgadzamy się, że to zespół wybitny), a wchodzi np. Ramones (też celowo wybrałem jako antyprzykład). I co z tym fantem zrobić haha?
UsuńZgadza się, wybitny bez odpowiedniego uargumentowania to tylko puste słowo, a wpływowy to już konkret. Gentle Giant dorobił się dosłownie kilku i zupełnie nieistotnych naśladowców, ale jego wybitności można bronić posługując się innymi merytorycznymi argumentami, jak sprawne używanie tak rzadkiego w rocku i trudnego do opanowania kontrapunktu. Na Ramones faktycznie powoływało się mnóstwo wykonawców, w tym przedstawicieli ścisłego mainstreamu. Moje wątpliwości budzi jednak to, że zespół ten tak właściwie to nie wniósł do muzyki nic własnego.
UsuńZgadzam się ze wszystkim, co napisałeś. Tyle że gdyby nawet Ramones wnieśli "coś własnego" nie zmieniłoby to mojej oceny ich muzyki. Generalnie "coś własnego" w rocku trzeba widzieć w odpowiednich proporcjach. To, że Bauhaus czy Cure wnieśli coś własnego nie zmienia faktu, że jest to muzyka dla bardziej wrażliwych szesnastolatków. I nie ma w tym nic złego - sam lubię posłuchać muzyki dla mniej wrażliwych szesnastolatków (haha) - np. Thin Lizzy czy właśnie Maiden. Natomiast operowanie kontrapunktem to jest konkret. Dlatego warto się wsłuchać w muzykę progresywnych grup, które potrafiły do robić.
Usuń"Ogólnie to od lat 80. wszystkie faktycznie nowe style rocka mają swoje korzenie w nowej fali, ewentualnie w psychodelii. Z kolei rocka progresywnego nie ma w nich w ogóle; prog inspirował tylko nudziarzy, według których muzyka powinna się skończyć około 1972 roku"
To oczywiście prawda, ale pytanie, co te nowe style wniosły na płaszczyźnie stricte muzycznej (tzn. w oderwaniu od rocka- bo do samego rocka na pewno wniosły). Była już kiedyś dyskusja na ten temat - i bodaj Mahavishnuu słusznie podkreślał, że nawet najbardziej nowatorskie nurty rocka z punktu widzenia muzyki poważnej czy poszukujących nurtów jazzy były anachroniczne i zachowawcze. I to jest sedno problemu. Jeśli cały nurt jest tylko pewną częścią muzyki rozrywkowej i nie kreuje w skali"makro" żadnej istotnej zmiany w muzyce jako takiej, to na jakiej zasadzie brzmienia z lat 80 są lepsze, dajmy na to, od progresywnej klasycznej sceny z Quebeku z drugiej połowy lat 70? Co nowego odkrywają? Właśnie mam fazę na Quebek i robię sobie powtórkę - Maneige, Sloche, Dionne-Bregent, Charles Kaczynski, Conventuum - fantastycznie zagrane rzeczy, erudycyjne, wyrafinowane harmonicznie, rytmicznie, aranżacyjnie, perfekcyjne od strony kompozycji. Jeśli to są ci "nudziarze" , a Bauhaus to ci kreatywni, to ja jestem zdecydowanie za nudziarzami (haha). Co nie znaczy, rzecz jasna, że w Quebeku nie było też wielu marnych, odtwórczych grup progrockowych. Ale to nie jest argument przeciwko najlepszym.
Dlatego warto się wsłuchać w muzykę progresywnych grup, które potrafiły do robić.
UsuńZdecydowanie tak, ale nie warto tylko do niej się ograniczać, albo tylko do muzyki z jakiegoś okresu.
(...) pytanie, co te nowe style wniosły na płaszczyźnie stricte muzycznej (tzn. w oderwaniu od rocka- bo do samego rocka na pewno wniosły). (...) nawet najbardziej nowatorskie nurty rocka z punktu widzenia muzyki poważnej czy poszukujących nurtów jazzy były anachroniczne i zachowawcze.
Kompletnie nie rozumiem takiego podejścia. Samo łączenie rzeczy wcześniej ze sobą nie łączonych to już pewna nowa jakość w muzyce. Do tego dochodzi element często ignorowany, bo niewidoczny w nutowym zapisie, a nie mniej ważny, czyli brzmienie - na tym polu rock wielokrotnie, w latach 80. i później też, oferował nowe rozwiązania.
Właśnie mam fazę na Quebek i robię sobie powtórkę (...) - fantastycznie zagrane rzeczy, erudycyjne, wyrafinowane harmonicznie, rytmicznie, aranżacyjnie, perfekcyjne od strony kompozycji. Jeśli to są ci "nudziarze" , a Bauhaus to ci kreatywni, to ja jestem zdecydowanie za nudziarzami
A dlaczego przeciwstawiasz im tylko Bauhaus, który nie jest reprezentatywny dla całej muzyki wyrosłej z punk rocka?
@okechukwu
Usuń"nawet najbardziej nowatorskie nurty rocka z punktu widzenia muzyki poważnej czy poszukujących nurtów jazzy były anachroniczne i zachowawcze"
Oczywiście to stwierdzenie jest fałszywe. To jazzowi gitarzyści naśladowali Hendrixa, to nie Miles wymyślił funkowe linie basowe a Sly Stone itd. Poza tym jeszcze Hodeir w latach 50-tych pisał, że w jazzie praktycznie też nic nowego nie ma. Wielu kompozytorów współcześnie próbuje wykorzystywać gitary elektryczne w swoich utworach, widać w nich inspiracje rockiem (np. Murail).
Kwestię rockowej harmonii obecnie ciekawie podejmuje Tymoczko (polecam jego "Geometry of Music"), zajrzyj tu: https://dmitri.mycpanel.princeton.edu/RockLogic.pdf
Paweł - ja prowokacyjnie (choć szczerze) rzucam pewne tematy, bo zauważyłem, że jak się z Tobą zgadzam, to nie ma żadnej wymiany myśli (vide ostatni wpis o Anthonym Davisie- myślałem, że tak zachwycająca płyta wzbudzi jakieś komentarze, a tu - jak śpiewał Demetrio Stratos "asollutamente nulla"). Tak - brzmienie jest jedynym obszarem, które w rocku lat 80/90 się rozwinęło (s stosunku do lat 70). Dla mnie zbyt mało, zważywszy, że w całej reszcie doszło do regresu (oczywiście nie wszędzie - i nie w przypadku każdego zespołu, ale generalnie uważam, że taka myśl jest zasadna).
UsuńJD- ten tekst Tymoczki przeczytam cały i wtedy się odniosę, ale początek jest jakiś potwornie tendencyjny czy wręcz bzdurny. Triada harmoniczna i zależności tercjowe jako typowe dla muzyki klasycznej? Prawda, ale to tylko od Rameau do Mozarta i Haydna (bo nawet już nie wszędzie u Beethovena). Naruszył ją już romantyzm, wyszedł z niej Wagner, ja już nie wspomnę o impresjonizmie, czy całej muzyce XX wiecznej (przecież u takiego Bartoka podstawą harmonii jest kwarta a nie tercja).
Ja nie napisałem, że rock jest bezwartościowy (byłbym głupi gdybym tak napisał, bo przecież kocham tę muzykę tak samo jak klasykę, jazz czy folk). Natomiast twierdzenie o zachowawczości (poza oczywiście brzmieniem, które było nowością) podtrzymuję. To, że Miles zasymilował istotne cechy rockowej rytmiki i brzmienia, a np Hancock oparł swą muzykę z bardzo istotnego okresu na funkowych patternach, nie zmienia faktu, że te nurt (fusion) wykrystalizował się w obrębie jazzu (bo przecież to muzycy jazzowi), a nie rocka. I muzycy rockowi sięgający to fusion musieli wtórnie posiłkować się jazzową harmonią. Jeszcze raz - to nie jest argument przeciwko muzyce rockowej. Bardziej przeciwko pewnym schematom myślowym, jakie wokół niej funkjonują.
Aha, już doczytałem - Tymoczko po prostu przytacza model Schenkera OK- wszystko prawda, ale w takim razie - kończymy muzykę klasyczną na romantyzmie. Natomiast to, co pisze na stronie 10 o typowej harmonii w rocku (kwinta, tercja zmniejszona) to nic innego jak podstawowe elementy skali bluesowej (obecne w jazzie na wiele lat przed powstaniem rocka). Generalnie przeleciałem szybko przez ten tekst - raczej nic odkrywczego tam nie- ot takie kompendium oczywistości.
UsuńJD - tak naprawdę nawet kompozytorzy XX- wieczni uchodzący za konserwatystów - np. Szostakowicz, Vaughan Williams czy Britten prezentują ogromne bogactwo harmonicznie (i zdecydowanie nie jest to triada zademonstrowana u Tymoczki). Nie ma co się oszukiwać- rock nie wniósł nic oryginalnego ani do harmonii ani do formy (czego nie byłoby wcześniej w muzyce klasycznej czy w jazzie). Jedynym obszarem oryginalnego wkładu rocka w muzykę jest brzmienie (i ewentualnie rytm, ale to już nie jest tak jednoznaczne, można podyskutować o szczegółach)
Oczywiście wszystko, co napisałem o rocku odnosi się tylko do warstwy stricte muzycznej. W sensie kulturowym czy socjologicznym rock był zjawiskiem niezwykle istotnym i tutaj trudno znaleźć w historii muzyki zjawisko o tak potężnej skali oddziaływania na przestrzeni - jakby nie patrzeć - prawie 3 dekad.
@okechukwu:
Usuńja prowokacyjnie (choć szczerze) rzucam pewne tematy, bo zauważyłem, że jak się z Tobą zgadzam, to nie ma żadnej wymiany myśli (vide ostatni wpis o Anthonym Davisie- myślałem, że tak zachwycająca płyta wzbudzi jakieś komentarze)
Jak się zgadzamy, to nie bardzo jest o czym dyskutować. W tym konkretnym przypadku, ale pewnie też innych, swoje zdanie o płycie już wyraziłem w recenzji, więc nie miałem nic do dodania po komentarzu. Odmienną opinią faktycznie łatwiej pobudzić dyskusję.
Tak - brzmienie jest jedynym obszarem, które w rocku lat 80/90 się rozwinęło (s stosunku do lat 70). Dla mnie zbyt mało, zważywszy, że w całej reszcie doszło do regresu (oczywiście nie wszędzie - i nie w przypadku każdego zespołu, ale generalnie uważam, że taka myśl jest zasadna).
A czyż w muzyce klasycznej czy jazzie też nie dochodziło stopniowo i pojedynczo do rozwoju pewnych elementów? Co do regresu - on był potrzebny, żeby odedrzeć go z tych wszystkich wpływów poważniejszych gatunków, które prowadziły go na manowce. Prog czy jazz-rock w połowie lat 70. doszły do ściany, nic nowego już nie dało się tam zaproponować, co zresztą słychać po twórczości tych, którzy dalej się trzymali takiej stylistyki. Został więc głównie czysty rock i hybrydy z innymi rozrywkowymi stylami. Niedawno spotkałem się z ciekawą opinią - co nie znaczy, że całkowicie się z nią zgadzam - mianowicie, że skoro rock inspirowany klasyką czy jazzem nigdy nie jest w stanie dorównać pierwowzorowi, to może właśnie największą wartością rocka jest ten zwykły rock? Autor mówił to w kontekście Talking Heads.
Jedynym obszarem oryginalnego wkładu rocka w muzykę jest brzmienie.
Ależ to jest bardzo duży wkład! Po tysiącach lat rozwoju muzyki trudno rozwijać ją w innych aspektach, niż właśnie brzmienie, które dopiero po pojawieniu się urządzeń nagrywających dźwięk stało się pełnoprawnym elementem dzieła muzycznego. XX-wieczni kompozytorzy często skupiali się głównie na brzmieniu, minimalizując rolę pozostałych elementów.
@okechukwu
UsuńNie rozumiem zupełnie czemu piszesz, że zachowawczy. Przyznajesz, że rockowe innowacje zostały przyswojone w nurcie fusion, ale dalszy wywód jest dla mnie niejasny. Zachowawczą jest muzyka, która zniosła rozróżnienie na dźwięki muzyczne i niemuzyczne, eksperymentowała z technikami studyjnymi i samplingiem? To jazz jest znacznie bardziej zachowawczy jeśli chodzi o brzmienie, użycie elektroniki, jest praktycznie muzealny w porównaniu do free improv.
Dużą rolę w przypadku zespołów takich jak Joy Division czy Bauhaus odgrywała produkcja. Byli to mlodzi ludzie, niedoswiadczeni, podatni na odpowiednie sugestie. Trafili im się producenci z wyobraźnią. Efekty spektakularne. Gitara Asha brzmi tak różnorodnie, a jednocześnie cały czas trzyma swój styl.
UsuńI trudno np. powiedzieć hipotetycznemu miłośnikowi Iron Maiden szukającemu ambitniejszej, bardziej złożonej muzyki - chcesz się rozwinąć muzycznie, to posłuchaj sobie Cure, Bauhaus czy Siekiery. Jak to zabrzmi? Chyba raczej groteskowo.
UsuńPolecanie słuchaczowi Iron Maiden wymienionych zespołów w celu zwrócenia go w stronę czegoś ambitniejszego, to nie jest wcale głupi pomysł. Próg wejścia podobny, a potem łatwiej byłyby go pewnie przekonać do chociażby Dead Can Dance czy Cocteau Twins.
Od tej (bardzo dla mnie interesującej do czytania) dyskusji która tu miała miejsce minęły już niemal trzy lata i gdy się toczyła nawet nie znałem tego bloga (zacząłem go czytać kilka miesięcy temu), ciężko mi byłoby się jednak do niej odnieść z tego powodu że tak właśnie wyglądała historia mojego rozwoju muzycznego, może moja perspektywa będzie ciekawym dodatkiem do tej rozmowy jeśli ktoś tu jeszcze zajrzy.
Byłem słuchaczem muzyki dla niewrażliwych nastolatków (głównie hardcore punku i black metalu) aż dwa lata temu szukając czegoś nowego natrafiłem na Bauhaus. Starczy powiedzieć że momentalnie stał się jednym z moich ulubionych zespołów i zacząłem eksplorować postpunk, co doprowadziło mnie do jego bardziej eksperymentalnych rodzajów i industrialu. W końcu zacząłem słuchać np. takiego Petera Brotzmanna (którego postanowiłem sprawdzić po poznaniu noiserockowego zespołu jego syna, Caspara) albo Henry Cow (które sprawdziłem z powodu powiązań osobistych z niektórymi postpunkowymi zespołami). I to pomimo że np. znaczna większość proga nadal mnie nie interesuje. Czasem się z nią zapoznaję ale zwykle nie mam ochoty na ponowny odsłuch. Z mojego doświadczenia to właśnie raczej ludzie którzy na pewnym etapie zainteresowali się postpunkiem mają większe zainteresowanie eksploracją muzyki niż fani choćby metalu który pojawił się jako kontrprzykład. Od Bauhaus dla przykładu łatwo przejść do The Birthday Party czy Swans, potem do sceny no-waveowej - a ta już jest jedną nogą w jazzie free.
Dodam też że Bauhaus mimo tej ewolucji pozostaje jednym z moich ulubionych zespołów i ani trochę nie straciła moja opinia na jego temat, a może wręcz zyskała. Mimo czysto rozrywkowego charakteru (ale przy tym bezpretensjonalnego) udało im się stworzyć charakterystyczny indywidualny styl w oparciu o dub, wczesny punk i inspirację z glamu, do którego to stylu w poszczególnych utworach zawsze starali się coś dodać.
Przy okazji odniosę się jeszcze do treści recenzji.
Debiut Bauhaus to także jeden z ciekawszych i mniej typowych albumów w katalogu 4AD.
Ciekawszych zdecydowanie, ale katalogu 4AD znajduje się wiele albumów zdecydowanie bliższych Bauhaus niż ethereal wave zakontraktowanych w pierwszej połowie lat 80. - dobry przekrój tych czasów daje składanka "Natures Mortes: Live Again" na której znajdują się np. The Birthday Party, In Camera oraz Rema Rema i Mass, z których nieco później powstał The Wolfgang Press. Kłóciłbym się nawet że to własnie ten typ stanowi podwalinę legendy i sukcesu 4AD, choć oczywiście największy sukces z tej stajni odniosły rzecz jasna Cocteau Twins i Dead Can Dance.
Katalog wytwórni niewątpliwie nie był jednorodny, ale jednak w powszechnej świadomości hasło „4AD” funkcjonuje niemal jak synonim muzyki w rodzaju Dead Can Dance, Cocteau Twins czy This Mortal Coil. Stąd każda płyta, która tak, jak Bauhaus, nie wpisuje się w tę estetykę, wydaje się mniej typowa.
UsuńByłem ostatnio dość zajęty, więc odpowiadam dopiero teraz. Czy brzmienie do dużo? Zależy, jaki przyjmie się punkt odniesienia. Bo np. jazz - już w swej pierwotnej nowoorleańskiej postaci (z początku lat 20. ubiegłego wieku) był rewolucją i w aspekcie brzmieniowym i rytmicznym i wykonawczym (improwizacja). I to taką, że w tym pierwotnym kształcie inspirował kompozytorów klasy Ravela czy Strawińskiego. Porównajmy to z analogicznym okresem rozwoju rocka (koniec lat 50 - rockandroll, który był po prostu zelektryfikowanym, głośnym, prymitywnym bluesem). Oczywiście później rock rozwinął się często w fascynujący sposób, ale jego istota (w czystej pierwotnej postaci) polega jednak na rewolucji obyczajowej i społecznej, a nie nadzwyczajnych wartościach muzycznych.
OdpowiedzUsuńDlatego nie sposób wg mnie udowodnić, że grupy nowofalowe są w jakikolwiek sposób ciekawsze na płaszczyźnie czysto muzycznej od grup progrockowych z drugiej połowy lat 70 (oczywiście operujemy na konkretnych przykładach, a nie en masse). Rock progresywny (oczywiście traktowany szeroko: od RIO - które powstało przecież przed nową falą - po progresywny folk) miał ciągle bardzo wiele do zaproponowania i to w skali różnych zakątków globu (od wspomnianego Quebeku po Chile, od Hiszpanii po Japonię). To, że pewnym zespołom najbardziej utożsamianym z pewną częścią tego nurtu (np. ELP) skończyło się paliwo, nie powinno być argumentem przeciwko całemu gatunkowi. Tym bardziej, że rynek wymuszał zmiany - vide to, co się stało od 1977 z tak kreatywnym zespołem jak Gentle Giant i od 1979 z tak kreatywną grupą jak Banco. Obydwie grupy były w 1976 r, u szczytu możliwości (wystarczy posłuchać ich koncertów - w obydwu przypadkach jest to absolutnie rewelacyjny poziom). Niemniej zmiana trendów muzycznych wymusiła na obydwu rezygnację z tej kreatywności i pójście w stronę popu Zresztą takich przykładów jest masa.
Jeszcze raz podkreślę, że to wszystko odnosi się wyłącznie do sfery CZYSTO MUZYCZNEJ. Jeśli włączymy aspekt socjologiczny i kulturowy to oczywiście nie ma co porównywać wpływu, jaki punk i nowa fala miała np. na młodzież do proga .
Bo np. jazz - już w swej pierwotnej nowoorleańskiej postaci (z początku lat 20. ubiegłego wieku) był rewolucją i w aspekcie brzmieniowym i rytmicznym i wykonawczym (improwizacja).
UsuńJazz nowoorleański nie wziął się znikąd, był rozwinięciem ragtime'u i bluesa. Sama improwizacja była już obecna wcześniej w muzyce ludowej czy klasycznej (bodajże barokowej), także w muzyce z pozaeuropejskiego kręgu kulturowego.
Porównajmy to z analogicznym okresem rozwoju rocka (koniec lat 50 - rockandroll, który był po prostu zelektryfikowanym, głośnym, prymitywnym bluesem).
Rock and roll to odpowiedź białych muzyków na afroamerykański rhythm and blues z domieszką "białych" stylów, jak county. Ale rock and roll to nie to samo, co rock. To tak, jakby stawiać znak równości między ragtime'em i jazzem.
Dlatego nie sposób wg mnie udowodnić, że grupy nowofalowe są w jakikolwiek sposób ciekawsze na płaszczyźnie czysto muzycznej od grup progrockowych z drugiej połowy lat 70.
Są ciekawsze pod tym względem, że oferują nowe pomysły np. na brzmienie, zamiast jedynie powielać ograne schematy. Ten argument zatacza już któreś z kolei okrążenie, ale nie doczekałem się satysfakcjonującej odpowiedzi, dlaczego doceniać jakoś nurt np. za nowatorskie rozwiązania z zakresu harmonii, a za brzmienie już nie. To przestarzałe myślenie, które straciło rację bytu po pojawieniu się urządzeń do rejestrowania dźwięku.
Tym bardziej, że rynek wymuszał zmiany - vide to, co się stało od 1977 z tak kreatywnym zespołem jak Gentle Giant i od 1979 z tak kreatywną grupą jak Banco. Obydwie grupy były w 1976 r, u szczytu możliwości (wystarczy posłuchać ich koncertów - w obydwu przypadkach jest to absolutnie rewelacyjny poziom). Niemniej zmiana trendów muzycznych wymusiła na obydwu rezygnację z tej kreatywności i pójście w stronę popu Zresztą takich przykładów jest masa.
Jest też mnóstwo odwrotnych przykładów. Rezygnację z kreatywności w przypadku Gentle Giant wymusiła nie tyle zmiana trendów muzycznych, co to, że muzycy nie potrafili odnaleźć się w tych nowych czasach i zaadoptować na swoje potrzeby nowych rozwiązań. Ale byli też przecież tacy artyści, jak Robert Fripp, Brian Eno, David Bowie, Peter Gabriel, a poniekąd też Kate Bush - oni doskonale odnaleźli się w nowej rzeczywistości i jednocześnie zachowali kreatywność.
Oczywiście, że jazz nie wziął się znikąd i jego harmonia zawdzięcza dużo europejskiej muzyce klasycznej (zresztą ragtime wyrastał z muzyki klasycznej i jeszcze przed Joplinem mamy przykłady fortepianowej muzyki synkopowanej u Gottschalka - białego kompozytora doby romantyzmu ). Oczywiście, że improwizacja istniała wcześniej w muzyce klasycznej (choć na innych zasadach). Ale generalnie jazz już na początku swego istnienia - pozostając muzyką rozrywkową - był czymś niezwykle świeżym i inspirującym i przecież zachwyty Ravela, Strawińskiego, czy Szymanowskiego w Polsce nie brały się znikąd.
UsuńMożna się spierać, czy lepsza jest analogia rockandrolla z jazzem nowoorleańskim czy z ragtime'mem. Myślę, że na płaszczyźnie stricte muzycznej (tzn etapu rozwoju gatunku) może rzeczywiście ragtime jest lepszą paralelą, ale w sensie całościowym (tzn oddziaływania społecznego) rockandroll trafniej oddaje przełomowość, jaka była udziałem obydwu gatunków.
Wg mnie absolutnie nie masz racji z GG. Dlaczego niby zespół miałby się odnajdywać w nowych czasach? Przecież formuła którą wypracował była na tyle szeroka i stwarzała tyle ścieżek rozwoju, że nie było żadnych muzycznych powodów, jej dalej nie eksplorować. Można było pójść np. głębiej w stronę muzyki współczesnej (tak jak na Power and the Glory), można było głębiej sięgnąć do muzyki średniowiecznej. Pewne wypalenie twórcze (o którym mówią w wywiadach sami muzycy Olbrzyma) nie uzasadnia nagrywania tak beznadziejnych płyt jak Giant for a Day.
Tak samo Banco szukało nowych dróg - zespół w drugiej połowie lat 70 otworzył się mocniej na jazz i muzykę współczesną - nagrał arcyciekawą płytę z orkiestrą (di Terra). Nie udało się - bo takie zespoły jak GG czy Banco, po pierwsze podlegały presji ze strony wytwórni (żeby upraszczać muzykę), po drugie traciły kontakt z częścią słuchaczy. To ważny argument (przeciwko progowi), ale pozamuzyczny. Chwała Frippowi i Gabrielowi, że znaleźli artystyczne środki funkcjonowania w nowej rzeczywistości, ale to wcale nie był jakiś konieczny warunek rozwoju.
Zresztą można operować konkretnymi przykładami i np. sięgnąć po przykład polskiego rocka. w latach 1976-1980 płyt odwołujących się do szeroko pojętego rocka progresywnego powstało niewiele. Można wymienić wszystkie. Całość SBB, Szalona Lokomotywa i Pieśni do słów Tadeusza Nowaka Grechuty, Księga Chmur Osjan (to oczywiście nie rock, ale muzyka etniczna odwołująca się do tradycji hippisowskiej nie mająca nic wspólnego z nową falą), Idee Fixe Niemena, dwie płyty Budki Suflera i Exodus. Wyjąwszy Budkę i Exodus, które mają charakter epigoński, to pozostali artyści prezentują bogatą, różnorodną, zniuansowną, fantastycznie zagraną muzykę (i to nawet zważywszy że w przypadku Niemena nie mamy do czynienia z dziełem nierównym).
UsuńPorównajmy MUZYKĘ z ww płyt do sztandarowych przykładów polskiego post-punka: Klausa Mittfocha, czerwonej Ayi RL i Nowej Aleksandrii. To są kanoniczne płyty gatunku (w Polsce). I tutaj odpowiada na Twoje pytanie o brzmienie - i co z tego, że brzmienie jest nowocześniejsze i zgodne z rockowymi trendami, skoro w każdej innej sferze notujemy gigantyczny REGRES. Tak jest na płaszczyźnie czysto muzycznej i nawet nie wiem, czy trzeba to udowodniać (chociaż rzecz jasna można), bo to "bije po uszach". I teraz można wrócić do problemu, czy płyty Janerki albo jedynka Ayi nie prezentuje żadnych wartości? Oczywiście, że takowe posiadają - w przeciwieństwie do płyt Niemena, Grechuty czy Ossian są zwierciadłem epoki, są osadzone w konkretnej rzeczywistości społeczno-politycznej, korespondują z nastrojami ówczesnej młodzieży i na nie odpowiada - w tym sensie "jest na czasie" (a np. płyty SBB już nie). Tyle że to nie są walory stricte muzyczne. A ponieważ na swoim blogu odwołujesz się praktycznie tylko do muzyki (chociaż ostatnio jest zmiana i np. recenzja Perfect jest bardzo dobra i kompleksowa), to ja postanowiłem podjąć polemikę na tej płaszczyźnie.
Konkluzję powtórzę jeszcze raz: nie da się udowodnić, że MUZYCZNIE (w takim sensie brahmsowskim - idei czyste muzyki wyabstrahowanej od jakikolwiek innych czynników) punk, postpunk, nowa fala przyniosły pozytywną zmianę w rocku, a już zwłaszcza w opozycji do rocka progresywnego (oczywiście od tej generalnej zasady istnieją chlubne wyjątki - vide Talking Heads czu Crimson z lat 80.). Taka zmiana owszem istniała i pewnie była pozytywna (bo zbytni elitaryzm zazwyczaj prowadzi na manowce) - ale na płaszczyźnie społecznej, czyli pozamuzycznej.
(...) i co z tego, że brzmienie jest nowocześniejsze i zgodne z rockowymi trendami, skoro w każdej innej sferze notujemy gigantyczny REGRES.
UsuńIdąc tym tokiem rozumowania, można zarzucić regres dużej części XX-wiecznej poważki, która rezygnowała z bogatej harmoniki czy melodyki wcześniejszych epok, poświęcając je na rzecz samego brzmienia (np. muzyka konkretna, sonoryzm). Rozwój nie musi polegać na komplikowaniu poszczególnych elementów dzieła - równie dobrze może na upraszczaniu.
Komplikowanie rocka najwyraźniej prowadziło donikąd, skoro w pewnym momencie całkiem to zarzucono. Najdalej zaszły grupy z kręgu Rock in Opposition, dochodząc do miejsca, w którym prawie w ogóle nie był to już rock. Ale potem nawet ich naśladowcy w rodzaju Thinking Plague czy 5uu's, starali się być bardziej komunikatywni. Uważam, że dalej nie dało się rozwijać rocka w tym kierunku. A szeroko rozumiana nowa fala zaproponowała coś nowego - uproszczenie muzyki, ale też obdarcie jej z elementów innych gatunków. Nie brzmi to podobnie ani do poważki, ani jazzu, bluesa, folku, country, reggae czy czegokolwiek innego. Owszem, niektórzy wykonawcy sięgali po inspiracje innymi rodzajami muzyki (np. afrobeat u Talking Heads, dub u Public Image Ltd., XX-wieczna awangarda u This Heat, jazz i kabaret u Tuxedomoon), ale to raczej wyjątki. Więc skoro nowa fala zazwyczaj jest czystym rockiem - a nie, jak wcześniejsze nurty, rockiem zawsze zmieszanym z czymś innym - to chyba jednak było to coś nowego w muzyce ogólnie. Trzeba jednak spojrzeć na całokształt, nie poszczególne elementy.
Wg mnie absolutnie nie masz racji z GG. (...) Przecież formuła którą wypracował była na tyle szeroka i stwarzała tyle ścieżek rozwoju, że nie było żadnych muzycznych powodów, jej dalej nie eksplorować.
Nie mogę być pewien, że nie dałoby się, ale sądzę, że muzykom brakowało już pomysłów na dalsze eksploatowanie tej formuły. "Interview" to już głównie mielenie ogranych patentów, z utworami bliźniaczo podobnymi do innych z przeszłości. Jeden "Give It Back" wnosi coś nowego - połączenie stylistyki Gentle Giant ze znacznie prostszym, bardzo popularnym w tamtym czasie graniem, czyli reggae. Na kolejnych płytach też są próby zaadaptowania modnych stylów, tylko z kiepskim skutkiem. A gdyby muzycy mieli wtedy pomysł, jak pogodzić naciski wydawcy na granie czegoś na czasie z artystycznymi ambicjami, to efekt byłby na pewno lepszy. Na pewno byłaby to lepsza alternatywa, niż kolejne płyty w stylu "Interview".