[Recenzja] Madlib - "Shades of Blue: Madlib Invades Blue Note" (2003)

Madlib - Shades of Blue


Madlib, a właściwie Otis Jackson Jr., to jedna z ciekawszych postaci na scenie hip-hopowej. Uznany producent, raper i multiinstrumentalista, a do tego połowa niezwykle cenionego, choć efemerycznego duetu Madvillain. Swój pierwszy autorski album przygotował we współpracy z kultową jazzową wytwórnią Blue Note, która udostępniła mu swoje przepastne archiwa, a następnie wydała efekt jego pracy. Już sama okładka "Shades of Blue: Madlib Invades Blue Note" wspaniale nawiązuje do jazzowych klasyków, wydawanych przez ten label kilkadziesiąt lat temu. Tytuł zaś kojarzy się z "Kind of Blue" Milesa Davisa, choć akurat tego albumu nie wydało Blue Note. A co znajdziemy na płycie? Całość w zasadzie można podzielić na dwie nierówne części, choć należące do nich nagrania są ze sobą przemieszane. Pierwsza to hip-hopowe remiksy jazzowych kawałków, natomiast do drugiej należą ich interpretacje zarejestrowane niemal od postaw, przy pomocy kilku dodatkowych muzyków, choć większość instrumentów obsługiwał sam Jackson, kryjąc się pod różnymi pseudonimami.

Na warsztat wzięto zarówno powszechnie znane standardy, jak i mniej znane kompozycje, w tym utwory autorstwa takich twórców, jak Andrew Hill, Bobby Hutcherson, Donald Byrd, Herbie Hancock, Horace Sillver czy Wayne Shorter. Nad całością unosi się ten charakterystyczny klimat jazzu lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Jednocześnie produkcja jest tu bardzo współczesna, na szeroką skalę wykorzystując różne hip-hopowe techniki. Słychać to przede wszystkim na przykładzie remiksów, w których przesunięto środek ciężkości z melodii na rytm, który przy okazji uległ pewnemu uproszczeniu i unowocześnieniu. Świetnie wyszło to choćby na przykładzie "Distant Land", niesłusznie zapomnianej przez wszystkich, kurzącej się w archiwum kompozycji Byrda, która właśnie za sprawą Madliba ujrzała światło dzienne. Co prawda w mocno zdekonstruowanej formie, ale pełnej szacunku dla pierwowzoru. W pozostałych remiksach często wplecione zostały sample z kawałków hip-hopowych, ale też zupełnie nowe partie. I tak np. w "Slim's Return" Monka Higginsa i "Please Set Me at Ease" Bobbi Humphrey pojawiają się dźwięki wibrafonu w wykonaniu samego lidera, a w tym ostatnim także rapowanki w wykonaniu niejakiego Nicka Rodrigueza, profesjonalnie znanego jako M.E.D.

Od całości nie odstaje pięć nagrań bazujących na nowych partiach instrumentalnych. Madlib zagrał tu przede wszystkim na różnych instrumentach klawiszowych, w tym elektrycznych organach i pianinie, a także na gitarze basowej, kontrabasie, perkusji oraz perkusjonaliach. Prócz niego grają tu też inni muzycy, jak flecista James King, gitarzysta Dan Ubik, basista Jeff Jank czy perkusista Malcom Catto. Mamy tu zatem w miarę regularny zespół, który mierzy się z jazzowymi standardami pokroju "Footprints" Shortera, "Song for My Father" i "Peace" Silvera oraz "Dolphin Dance" Hancocka (dwa ostatnie połączono w jeden utwór), ale też z mniej znanym utworem "Stormy" Reubena Wilsona, a nawet jedną autorską kompozycją lidera, "Funky Blue Note". Z oryginałów zachowano chyba tylko część partii perkusyjnych Joego Chambersa w "Footprints". Ale też akurat ten utwór z czterech przeróbek chyba najbardziej oddala się od pierwowzoru, podczas gdy pozostałe sprowadzają się do jak najwierniejszego odtworzenia oryginalnych motywów i melodii, jedynie z bardziej zelektryfikowanym brzmieniem oraz hip-hopową produkcją. W podobnym stylu jest też utrzymany autorski kawałek, łączący hip-hopowe patenty i brzmienie z jazzującymi partiami instrumentalnymi. Bardzo przyjemnie wypada tu melodyjne solo Kinga, skontrastowane gęstą i intensywną warstwą rytmiczną, do tego w tle fajnie pobrzmiewają organy oraz perkusjonalia, ale sama kompozycja wydaje się bardzo pretekstowa.

Chciałbym, żeby ten album podobał mi się bardziej, bo idea stojąca za "Shades of Blue: Madlib Invades Blue Note" jest naprawdę godna uznania. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że to, co tutaj najlepsze, to zasługa przede wszystkim starych jazzowych nagrań, a nie Madliba. Producent wykonał kawał świetnej roboty, wyciągając z archiwum Blue Note mnóstwo ciekawego, czasem zupełnie nieznanego materiału i łącząc to wszystko to spójną, bardzo współczesną całość. Jednak wciąż większość klimatu, a także rozpoznawalnych melodii czy motywów, była już w oryginalnych wersjach. A przecież taki twórca, jak Madlib, mógłby mocniej odcisnąć na tym wszystkim własne piętno - przede wszystkim w przypadku utworów nagranych od podstaw, gdzie właśnie najbardziej doskwiera stosunkowo niewielka ilość własnych pomysłów.

Ocena: 7/10



Madlib - "Shades of Blue: Madlib Invades Blue Note" (2003)

1. Introduction; 2. Slim's Return; 3. Distant Land; 4. Mystic Bounce; 5. Stormy; 6. Blue Note Interlude; 7. Please Set Me at Ease; 8. Funky Blue Note; 9. Alfred Lion Interlude; 10. Stepping into Tomorrow; 11. Andrew Hill Break; 12. Montara; 13. Song for My Father; 14. Footprints; 15. Peace / Dolphin Dance; 16. Outro

Skład: Madlib - wibrafon (2,7,14), skrecze (2,7,12), instr. klawiszowe (5,8,13-15), perkusja (5,13-15), instr. perkusyjne (5,13,14), gitara basowa (8,15), kontrabas (13,14); James King - flet (5,8,13); Dan Ubick - gitara (5,8,13); M.E.D. - wokal (7); Malcom Catto - perkusja i instr. perkusyjne (8); Jeff Jank - kontrabas (13)
Producent: Madlib


Komentarze

  1. W pełni zgadzam się z recenzją, jednak pomimo nie najwyższej oceny uważam, że naprawdę warto przesłuchać ten album. Dał mi sporo przyjemności za pierwszym razem, a teraz stanowi bardzo dobre tło dla rutynowych czynności. Należy dać mu szansę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uważam, że warto go posłuchać - dlatego pojawiła się ta recenzja. ;)

      Usuń
  2. Mógłbyś doprecyzować co dokładnie masz na myśli wspominając o efermetyczności "Madvillainy"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Efemeryczny «krótkotrwały, szybko przemijający» (Słownik języka polskiego PWN), a duet Madvillain stworzył właściwie tylko jeden pełnoprawny album.

      Usuń
    2. Aaaa, w porządku, myślałem, że chodziło ci o album "Madvillainy", a nie o duet złoczyńców.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane. Autor strony nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy innych osób.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] David Bowie - "★ (Blackstar)" (2016)

[Recenzja] Lou Reed - "Berlin" (1973)

[Recenzja] Yes - "The Quest" (2021)

[Recenzja] Dälek - "From Filthy Tongue of Gods and Griots" (2002)