[Recenzja] Soft Cell - "Non-Stop Erotic Cabaret" (1981)

Soft Cell - Non-Stop Erotic Cabaret


Synthpop. Stylistyka przez jednych uważana za kompletny kicz, dla innych sentyment z młodości, a dla kolejnych muzyka, która pomimo swoich oczywistych wad, ma też pewien urok. Sam zaliczam się do tej ostatniej grupy. Nie jest to coś, czego słuchałbym na co dzień, ale potrafię docenić walory użytkowe, a niektórych płyt słucham z niekłamaną przyjemnością. Zaliczają się do nich przede wszystkim dzieła Depeche Mode i Kraftwerk, a w mniejszym stopniu dokonania Frankie Goes to Hollywood czy Soft Cell. Czas zatem przyjrzeć się temu ostatniemu wykonawcy, któremu jeszcze nie poświęciłem miejsca na tych łamach. Jego historia sięga końca lat 70., kiedy to współpracę nawiązali wokalista Marc Almond oraz grający na elektronicznych i tradycyjnych instrumentach David Ball, którzy poznali się na Leeds Metropolitan University. Duet zaczynał od grania minimalistycznej elektroniki o punkowym rodowodzie (nagrana w domowych warunkach EPka "Mutant Moments"). Wkrótce jednak nastąpiło podpisanie kontraktu z dużą wytwórnią i zwrot w bardziej przebojowym kierunku. Komercyjnym przełomem okazał się singiel z przeróbką starego numeru Glorii Jones, "Tainted Love".

Tak, jak rhythm'n'bluesowy oryginał można nazwać wzorowym przebojem połowy lat 60., tak wersja Brytyjczyków okazała się idealną propozycją na wczesno-ejtisowy hit. Niezwykle prostym, ale jakże skutecznym przepisem na sukces okazało się wierne odwzorowanie świetnej melodii pierwowzoru, przy jednoczesnym zastąpieniu oryginalnej instrumentalizacji nowoczesną technologią. Pomimo wielu innych przebojów na listach sprzedaży, Soft Cell bywa obecnie uważany ze zespół jednego hitu, w dodatku pochodzącego z cudzego repertuaru. Tymczasem "Tainted Love" nie jest nawet najlepszym fragmentem debiutanckiego "Non-Stop Erotic Cabaret". Bije go chociażby znakomity otwieracz "Frustration" - nowa, bogatsza brzmieniowo wersja nagrania zamykającego wspomniany "Mutant Moments". Zachowana, a nawet zwiększona została punkowa energia i zadziorność oryginału oraz silne zaakcentowanie rytmu, któremu zdaje się być podporządkowana cała reszta. Doszedł uroczo tandetny motyw syntezatora oraz ostre partie saksofonu. Jeszcze lepszy okazuje się "Seedy Films", z quasi-funkową, świetnie bujającą rytmiką oraz dość pomysłowo wplecionym klarnetem, który przecież nie jest oczywistym instrumentem dla takiej stylistyki. Bardziej nastrojowy "Youth", intensywny i mocno taneczny "Sex Dwarf", czy w końcu ostrzejszy, a przede wszystkim autentycznie chwytliwy "Bedsitter" - zasłużenie wydany jako drugi albumowy singiel - to kolejne mocne punkty całości.

Niestety, sporo tutaj też mielizn, skumulowanych na drugiej stronie winylowego wydania. Nagrania w rodzaju "Entertain Me", "Chips on My Shoulder" i "Secret Life" są nie tylko (jeszcze) bardziej banalne i sztampowe pod względem melodycznym, ale też całkowicie pozbawione tych wszystkich aranżacyjnych smaczków, które wnoszą wcześniej wymienione utwory na trochę wyższy poziom. Nie należę też do wielbicieli trzeciego singla, bardzo stereotypowej i ohydnie przesłodzonej ballady "Say Hello, Wave Goodbye". Na obronę duetu trzeba jednak wspomnieć, że nierówny poziom "Non-Stop Erotic Cabaret" bynajmniej nie wynika z braku wystarczającej ilości jakościowego materiału, a raczej jego fatalnej selekcji. Dużo dobrego zmarnowano na singlach. Mowa przede wszystkim o świetnym nagraniu "Memorabilia", chyba w najbardziej odważny sposób czerpiącym z technologicznych nowinek, ale też kolejnym przebojowym singlu, "Torch". Sporo uroku mają też strony B singli: "Facility Girls", "Fun City" i "Insecure Me". Wszystkie te nagrania - oraz kilka mniej udanych - można znaleźć na rozszerzonych wznowieniach kompaktowych debiutu Soft Cell oraz w streamingu.

"Non-Stop Erotic Cabaret" zarysowuje w zasadzie problem znacznej części, jeśli nie całego synthpopu, który pod pewnymi względami cofnął sposób myślenia o muzyce o dwadzieścia lat. Chodzi oczywiście o skupienie się na singlach, zamiast na albumach, ale też o ponowne zwycięstwo wartości użytkowych nad artystycznymi. To ostatnie zupełnie mi nie przeszkadza wtedy, gdy słucham tak dobrych kawałków, jak "Seedy Films" czy "Bedsitter", jednak nierówny poziom debiutu Soft Cell w dużym stopniu odbiera mi przyjemność w obcowaniu z tym materiałem.

Ocena: 7/10



Soft Cell - "Non-Stop Erotic Cabaret" (1981)

1. Frustration; 2. Tainted Love; 3. Seedy Films; 4. Youth; 5. Sex Dwarf; 6. Entertain Me; 7. Chips on My Shoulder; 8. Bedsitter; 9. Secret Life; 10. Say Hello, Wave Goodbye

Skład: Marc Almond - wokal; David Ball - instrumenty
Gościnnie: David Tofani - saksofon (1), klarnet (3); Vicious Pink Phenomena - dodatkowy wokal
Producent: Mike Thorne 


Komentarze

  1. Ja z Synthpopu / Nowej Fali polecam wczesne New Order (3 pierwsze płyty + obowiązkowo single), Ultravox, The Stranglers (ciekawa ewolucja od punku do synthpopu) oraz zespół OMD z bardzo dobra płytą "Architecture & Morality"

    OdpowiedzUsuń
  2. Marc Almond to w ogóle bardzo ciekawa postać. Jego występy na płytach Coil i Current 93 ciekawie pokazują, że gość miał perspektywy i ambicje zdecydowanie wychodzące poza byciem w "zespole jednego hitu".

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)