[Recenzja] Steven Wilson - "The Future Bites" (2021)



"The Future Bites" to kolejna próba Stevena Wilsona odcięcia się od etykiety rocka progresywnego, która niegdyś niesłusznie do niego przylgnęła. Pomimo tego wielu recenzentów wciąż uparcie przypisuje Wilsonowi progresywność. Jednak już nie w znaczeniu muzyki przypominającej prog-rock sprzed półwiecza, a w tym prawidłowym, oznaczającym rozwój. Nijak ma się to do zawartości tego albumu. Trudno nazwać rozwojem zwyczajną zamianę jednego stylu na inny. Tym bardziej, że to już drugie z rzędu wydawnictwo Wilsona w tym stylu, powielające patenty z wydanego cztery lata temu "To the Bone". A przecież już wcześniej zdarzało mu się zbliżać się do takiego grania. Co więcej, wbrew swojemu tytułowi "The Future Bites" bynajmniej nie brzmi jak potencjalna muzyka przyszłości, lecz stanowi nostalgiczny powrót do estetyki popu lat 80., jedynie z bardziej współczesnym brzmieniem. W końcu w przeciwieństwie do innych pogrobowców, były lider Porcupine Tree nigdy nie starał się o brzmienie retro. I bez tego jego twórczość była zaprzeczeniem postępu. Nie inaczej jest tym razem.

Z perspektywy czasu można uznać "To the Bone" za album przejściowy. "The Future Bites" jeszcze bardziej odcina się od imitowania rocka progresywnego - choć gdzieś tam jeszcze pobrzmiewają elementy kojarzące się z późnym, nieprogresywnym Pink Floyd - i przynosi nawet większe uproszczenie utworów. Pod względem formy bardzo typowo dla Wilsona wypada właściwie tylko "Personal Shopper", zapewne właśnie dlatego wybrany na pierwszy singiel. Nagranie trwa niemal dziesięć minut i składa się z kilku różnych segmentów, pomiędzy którymi nieraz trudno znaleźć muzyczne powiązania. Brzmi to jak fragmenty kilku odrębnych kompozycji, w dodatku topornie ze sobą sklejone, bo nie ma tutaj żadnego podbudowania dla nagłych zmian klimatu. Co jest tym bardziej kuriozalne, że taka forma kompletnie nie pasuje do ewidentnie tanecznej rytmiki, ejtisowej elektroniki oraz falsetów Wilsona i żeńskich chórków jakby wprost wyjętych z klasycznego disco. Na szczęście, w pozostałych kawałkach lider stara się unikać tego charakterystycznego dla siebie zestawiania kontrastujących fragmentów bez przejmowania się logicznym przebiegiem utworu. Zamiast tego proponuje bardziej zwięzłe, piosenkowe formy.

Oczywiście, wciąż zdarza mu się okrutnie smęcić, czego przykładem wszystkie łagodniejsze nagrania ("12 Things I Forgot", "Man of the People", "Count of Unease", a także pełniący rolę wstępu "Unself"). Jednak pomiędzy nimi pojawia się też trochę nieco bardziej energetycznego grania. Kawałki w rodzaju "Self" czy "Follower", choć na singlach niewydane, są ewidentnie skrojone pod masowego słuchacza w wieku 40+, który w młodości bawił się przy takim miałkim pop rocku. To granie niby melodyjne, ale jednak za mało charakterystyczne, by faktycznie zapaść w pamięć, a przy tym wciąż zbyt anemiczne, by dobrze spełniać swoją użytkową rolę. Jeszcze mniej przebojowe i taneczne - pomimo nawiązań do tego typu muzyki sprzed lat - okazują się "King Ghost" i bardzo floydowy pod względem rytmicznym "Eminent Sleaze", które akurat na singlach się ukazały. To jednak wciąż jedne z lepszych momentów całości: pierwszy wyróżnia się całkiem fajną elektroniką, a drugi trochę bogatszą aranżacją. Paradoksalnie, najbardziej wyraziście pod względem melodycznym wypada ten nieszczęsny "Personal Shopper", w którym jednak komercyjny potencjał zostaje zabity przez nieuzasadnioną długość oraz inne bezsensowne rozwiązania, jak nudne zwolnienie z recytacją Eltona Johna.

Jak przystało na album, którego warstwa tekstowa skupia się m.in. na krytyce konsumpcjonizmu, "The Future Bites" ukazał się w kilku różnych formatach, w tym drogiej edycji deluxe z licznymi bonusowymi kawałkami. Podstawowy materiał nie zachęcił mnie jednak do męczenia się ze sporą porcją odrzutów.

W przeciwieństwie do wielbicieli Stevena Wilsona, nie uważam żeby problemem tego albumu była jego stylistyka. Moim zdaniem problemem jest sam Wilson, który za każdą stylistykę bierze się nieumiejętnie, jakby kompletnie nie rozumiał o co w niej chodzi. Pop powinien charakteryzować się przede wszystkim wyrazistymi melodiami, a dzięki ciekawym aranżacjom może posiadać też pewną wartość artystyczną. Na "The Future Bites" jedno i drugie występuje we śladowych ilościach. Czasem pojawia się tu jakiś bardziej charakterystyczny refren, kiedy indziej lepiej pomyślana aranżacja lub ciekawsze wykorzystanie brzmień elektronicznych, jednak te elementy są rozproszone w różnych kawałkach, w których ostateczny efekt zepsuto czymś innym. To samo mógłbym w sumie napisać o innych solowych czy zespołowych wydawnictwach Wilsona, więc gdzie ten obiecywany progres i muzyka przyszłości?

Ocena: 4/10



Steven Wilson - "The Future Bites" (2021)

1. Unself; 2. Self; 3. King Ghost; 4. 12 Things I Forgot; 5. Eminent Sleaze; 6. Man of the People; 7. Personal Shopper; 8. Follower; 9. Count of Unease

Skład: Steven Wilson - wokal, gitara, gitara basowa, instr. klawiszowe, cytra akordowa, harfa, instr. perkusyjne; Adam Holzman - instr. klawiszowe; David Kosten - instr. klawiszowe, programowanie; Nick Beggs - gitara basowa, Chapman stick, gitara; Michael Spearman - perkusja i instr. perkusyjne; Jason Cooper - instr. perkusyjne; Jack Flanagan, Bobbie Gordon, Wendy Harriott, Blaine Harrison, Crystal Williams - dodatkowy wokal
Gościnnie: Fyfe Dangerfield - wokal (1); Elton John - głos (1); Rotem Wilson - głos (1);  The London Session Orchestra - instr. smyczkowe; Guy Protheroe - dyrygent orkiestry
Producent: Steven Wilson i David Kosten


Komentarze

  1. A ja postanowiłem sobie przesłuchać którejś z płyt Porcupine Tree. Padło na Signify. Dochodzi pomału trzydziesta minuta, a już mam dość, smętne to takie jakieś, bez wyrazu, a to chyba jedna z najlepiej ocenianych płyt zespołu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli już ktoś koniecznie chciałby zapoznać się z twórczością Wilsona - choćby w celach czysto poznawczych, byle już po poznaniu tego wszystkiego, czym się inspirował - to znacznie lepszym wyborem byłby "The Sky Moves Sideways" lub "Lightbulb Sun" Porcupine Tree albo solowy "The Raven That Refused to Sign". Na żadnym z nich nie brakuje tego okropnego smęcenia i jest to oczywiście bardzo wtórne granie, ale zdarzają się tam całkiem udane momenty. Natomiast "Signify" to cholernie niespójny zbiór miałkich, niemelodyjnych piosenek, pseudo-progresywnego miotania się bez sensu oraz nic nie wnoszących przerywników. Nie rozumiem, z czego wynika popularność właśnie tego albumu - i następnego po nim "Stupid Dream" - skoro nawet na tle dyskografii Porcupine Tree są to słabawe rzeczy. I paradoksalnie mające wiele wspólnego z krytykowanymi przez ich wielbicieli ostatnimi dokonaniami Wilsona, też bardzo popowe.

      Usuń
  2. Pawle, waste of time. Spodziewałem się czegoś ciekawego dzisiaj, a tu Steven. Echhhh...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musi być kontrast dla tych pozytywnych recenzji "The Future Bites". A czegoś ciekawego będzie sporo w kolejnych dniach.

      Usuń
    2. Najlepszym kontrastem byłyby recenzje w stylu tej gdzie recenzowałeś debiut ramąsów

      Usuń
    3. Tu jednak poziom muzyczny jest wyższy. Ogólnie twórczość Wilsona nie jest przecież jakaś tragiczna, tylko po prostu nudna (szczególnie jak się porówna z tym, co go inspirowało). A te bardziej przyzwoite momenty mogą słuchacza o odpowiedniej wrażliwości, otwartości i chęci do poszukiwań nakierować na ciekawsze tory.

      Usuń
  3. Ja mam uwagę na marginesie (ale ważną). W bardzo wielu wpisach (i tym też) zwracasz uwagę na nieadekwatność terminu rock progresywny. Merytorycznie masz racje, ale nie bierzesz pod uwagę tego, czym jest uzus językowy i praktyka stosowania danego terminu. Tak jest, że termin rock progresywny nierozerwalnie przylgnął do zespołów grających w muzykę w stylu lat 70. Canterbury czy klasyczne RIO w stylu Henry Cow mieszczą się jeszcze w zakresie tego terminu, ale np. post-punk już nie. Zwróć uwagę, że bardzo podobnie jest z terminami "awangardowy" i "współczesny" w muzyce poważnej. Muzyka atonalna (w tym dodekafoniczna) nadal określana jest mianem awangardowej, mimo że od kilkudziesięciu lat nie kreauje żadnych nowych kierunków. Z kolei terminem muzyką współczesną określa się twórczość Schoenberga, Bartoka czy Strawińskiego mimo że liczy ona już 100 lat! Taki jest uzus językowy i trudno go zmienić. Więc zmienianie znaczenia terminu rock progresywny, mimo że merytorycznie słuszne - uważam za bezcelowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, masz rację z uzusem językowym. Zwracam jednak uwagę na paradoks, jakim jest to, że przymiotnik progresywny jest kojarzony z wykonawcami, których twórczość to kompletne zaprzeczenie tego słowa. Warto też pamiętać, że początkowo rockiem progresywnym określano bardzo różnych wykonawców. Nie tylko tylko tych z głównego nurtu - do których nawiązują ci współcześni naśladowcy - ale też przedstawicieli sceny Canterbury, krautrocka, zeuhlu czy Rock in Opposition. Między ich dokonaniami często trudno znaleźć podobieństwa. Co tak naprawdę łączy, powiedzmy, Pink Floyd i Soft Machine z "Third", Magmę oraz Henry Cow? Właściwie tylko próby przełamania rockowych schematów. Tak więc termin rock progresywny początkowo oznaczał innowacyjne podejście muzyków, a nie konkretny sposób grania. I komu tu przeszkadzało?

      Usuń
    2. Żaden to uzus językowy, raczej rodzaj przemocy symbolicznej.

      Usuń
  4. Zgadzam się z tym, że jego najciekawszym albumem, wliczając Porcupine Tree, jest solowy „The Raven That Refused To Sign”. Szczerze Nie rozumiem skąd jego popularność w naszym kraju. Jest postacią wręcz „kultową”. Na okładce Lizarda pojawił się już dwa razy...

    OdpowiedzUsuń
  5. Łączy je pewna wspólna tożsamość pokoleniowa, a to już dużo. Zwróć uwagę, że jeśli weżmiesz debiut Sof Machine i "Pipera" Floydów, to nie będzie między nimi jakiejś szalonej różnicy stylistycznej. Podawałem Ci też przykład Arei i Banco -tak z pozoru odmiennych grup- które grały razem koncerty. Dlatego zostawiłbym "rock progresywny" w jego utartym znaczeniu, nawet jeśli jego semantyka nie odpowiada stanowi faktycznemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej chodziło mi o to, że nie ma wspólnego mianownika pomiędzy muzyką wszystkich grup określanych w ten sposób. Wczesny Soft Machine ma wiele wspólnego z barrettowskim Pink Floyd, ale już "Third" to coś całkiem innego. To, co jest wspólne dla tych dwóch grup, zapewne w ogóle nie występuje u Henry Cow czy Magmy. A to tylko cztery zespoły reprezentujące różne odmiany proga. Nawet w poszczególnych nurtach panuje duża różnorodność. Yes i Gentle Giant wiele łączy, ale też sporo dzieli. To jednak nic przy bogactwie krautrocka. Can, Embryo, Popol Vuh i Tangerine Dream mogą wydawać się przedstawicielami całkiem innych stylów. Dlatego sprowadzanie rocka progresywnego do określonego sposobu grania uważam za całkowicie nieuzasadnione.

      Usuń
  6. Myślę, że takim wspólnym mianownikiem spinającym wszystkie "stare" grupy rocka progresywnego od Henry Cow do ELP, od Yes do Embryo, od Popol Vuh do Magmy jest jazz i muzyka poważna. Ten jazz może być najzupełniej różny od cool po free, podobnie z klasyką (od Bacha do Stockhausena), ale jest to jednak pewien wyraźny rys, którego brak np. w wielu grupach postpunkowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właśnie to, o czym pisałem: wychodzili poza rockowe schematy, czerpali inspiracje z innych gatunków. Oczywiście, ten jazz często występuje w śladowych ilościach, albo i wcale go nie ma (np. Genesis), a z inspiracją muzyka poważną też jest różnie, bo niektórzy odwołują się do dawnych epok, inni do bardziej współczesnych lub do jednych i drugich. Tylko znów: jak to się ma do naśladowców, którzy nie sięgają po inspiracje poza rock, co najwyżej pośrednio, poprzez te klasyczne grupy prog-rockowe? Dlatego taka muzyka powinna być jakoś inaczej określana, np. neo-prog, retro-prog, post-prog. Takie nazwy sygnalizują, że ta muzyka ma jakieś związki z rockiem progresywnym - bo przecież bezpośrednio z niego czerpie - ale jednak jest czymś odrębnym.

      Swoją drogą, akurat w przypadku Wilsona i jego różnych projektów, dziennikarze i słuchacze często nie tylko przypisują mu etykietę rocka progresywnego, ale zdają się faktycznie wierzyć, że to muzyka progresywna w dosłownym znaczeniu. Że niby inspirując się Floydami stworzył coś zupełnie nowego. Sam w to kiedyś wierzyłem. A potem poznałem te inne nurty klasycznego proga oraz inną muzykę i okazało się, że wszystko, co robi Wilson, gdzieś już kiedyś było.

      Usuń
  7. Przedostatni akapit recenzji - genialny!!! Tacy są właśnie "prorocy" naszych czasów.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem czy jest coś co bardziej nienawidze w muzyce niz klasyczne disco,razem z Abba i Boney M.

    OdpowiedzUsuń
  9. Do naśladowców faktycznie to się nijak nie ma - bo neoprog przestał zupełnie czerpać z jazzu i muzyki klasycznej. Ale największą bolączką współczesnego proga jest brak wybitnych instrumentalistów. Gatunek wcale nie musi się rozwijać, żeby być interesujący: przykładowo jazz też paraktycznie przestał się rozwijać, a pozostaje nurtem ciekawym dzięki kolejnym generacjom świetnych muzyków. Gdyby we współczesnym progu znaleźli się muzycy na miarę Możdżera, Bałdycha, Wani czy Kaczmarczyka (że sięgnę tylko po przykłady z Polski), to nie byłoby problemu w odwołaniu się do formuły wypracowanej w latach 70.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "jazz też paraktycznie przestał się rozwijać"
      To jest oczywista nieprawda, chyba że przyjmuje się jakąś definicję jazzu z Lincoln Center.

      Usuń
  10. Tak na marginesie, jeśli spojrzymy uczciwie, kiedy ostatni raz w tradycyjnie pojmowanym progu doszło do czegoś nowatorskiego (w skali mainstreamu a nie niszy), to jest to początek lat 90 - Dream Theater i połączenie klasycznego proga z thrashem. Dlatego dziwi mnie trochę bardzo niska ocena, jaką wystawiłeś Images and Words. To że później nurt tzw. prog-metalu zaczął zjadać własny ogon i powielać ten sam patent (za co odpowiadają również Dream Theater) nie jest argumentem przeciwko tej płycie. Na początku lat 90 połączenie thrashu z progiem było nowatorskie i świeże (na dodatek płyta stoi na świetnym poziomie technicznym).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tym albumie Dream Theater znalazłem wszystko to, czego nie znoszę w (neo-)progu i metalu, a chyba nic z tego, za co cenię ten pierwszy nurt, stąd tak niska ocena.

      Usuń
  11. Rozumiem. Ja też nie przepadam za prog-metalem i poza paroma płytami w ogóle go nie słucham. Natomiast obiektywnie "Images and Words" było bodaj ostatnią naprawdę świeżą i nowatorską płytą gatunku w mainstreamie (bo oczywiście na obrzeżach nagrano sporo interesujących rzeczy).

    OdpowiedzUsuń
  12. Płyta jest - moim zdaniem - letnia, angażuje w stopniu umiarkowanym. Mocno kojarzy mi się z Jeżozwierzami z okresu "Signify" - "Stupid Dream" - "Lightbulb Sun". Dobrze, że Wilson odszedł od progrockowego nadęcia, śmieszą mnie bardzo głosy ludzi, którzy oczekują od niego za każdym razem jakiegoś wymyślnego konceptu - nie chciał go tworzyć, to nie i tyle.
    Tą krytyką konsumpcjonizmu Wilson zaorał się sam, to się z Tobą, Pawle, zgadzam. W ogóle rockmani, którzy poruszają ten temat, wchodzą na grząski grunt. Ale najgorsze w tej płycie jest coś innego - wokal Wilsona! Nigdy nie miał szczególnych warunków głosowych, ale tutaj wyje tak, że dawno nie było tak źle. Męczy uszy. 4/10
    Muszę się jeszcze podzielić myślą, że ostatnio w ogóle nie mam głowy do poznawania czegoś nowego. Znalazłem sobie nowe zajęcie i na tyle mnie pochłania, że nie potrafię jednocześnie słuchać angażującej muzyki (bo mi rozsadza głowę). Szkoda, bo byłoby czego słuchać.
    W ogóle: gratuluję świetnych tekstów w Lizardzie, Pawle! Zwłaszcza ten o Gallagherze czytało mi się znakomicie. Co dalej planujesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy mogę to już teraz zdradzać, bo artykuł do następnego numeru dopiero co poszedł do akceptacji. W ciągu kilku najbliższych tygodni powinny zacząć się zapowiedzi na Fb "Lizarda", wtedy ujawnię, który tekst jest mój ;)

      Usuń
  13. Tak myślałem że naszemu Pawełkowi najnowszy album Wilsona nie przypadnie do gustu. Taki to już z niego malkontent. Ja słucham muzyki, a nie spuszczam się nad pseudorecenzjami. I albo mi się coś podoba, albo nie. Płytę Stevena słucha się przyjemnie, a tym co doszukują się upadku artysty, który może zmnienić styl bo ma do tego prawo, nie wiem co nimi kieruje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No straszny malkontent, który po dziesiątkach pozytywnych recenzji w końcu ocenił coś niżej.

      Usuń
    2. W ogóle fascynująca jest od lat widoczna w Internetach (i nie tylko) tendencja do nazywania malkontentem każdego, kto ma czelność źle ocenić coś, co mu się po prostu nie podoba, z tych czy innych powodów:D Mam wrażenie, że w całej Polsce jest jakieś 100-200 osób, które wiedzą, co to słowo oznacza i kiedy faktycznie jest adekwatne.

      Usuń
    3. Chyba jeszcze częściej - i równie niepoprawnie - zarzucane jest hejtowanie. Nawet najbardziej konstruktywna krytyka bywa odbierana jako przejaw rzekomej nienawiści :D Ludzie stali się strasznie przewrażliwieni na punkcie swoich opinii. Krytykowanie czegoś, co im się podoba, odbierają jako atak na siebie i przechodzą do kontrataku ad personam. Bierze się to też, po części, z jakiegoś dziwnego przekonania, że jakość np. dzieł sztuki zależy od tego, czy im się one podobają.

      Usuń
    4. Tak, ja już dawno to zauważyłem, a to zjawisko się pogłębia i zwiększa. Dla wielu osób krytyka=hejt, żenujące to jest, ale co zrobisz.
      "Krytykowanie czegoś, co im się podoba, odbierają jako atak na siebie - a to jest jeszcze gorsze, niż mylenie hejtu z krytyką.

      Usuń
    5. O taaaaak, "hejt" zdecydowanie dominuje;) Do moich faworytów zaliczyłbym jeszcze:
      1. Mocarny zarzut o NIEZROZUMIENIE albumu - jest to w zasadzie słowo-wytrych, eliminujące wszelkie argumenty, bo przecież jeśli słyszysz lub po prostu subiektywnie odczuwasz wady jakiegoś dzieła, to oczywistym jest, że go nie zrozumiałeś
      2. "Jak nie nagrałbyś lepszego albumu, to się nie wypowiadaj" - No chyba że pozytywnie, wtedy wiedza muzyczna już nie ma znaczenia.
      3. "Ty to chciałbyś w kółko to samo, a oni się ROZWIJAJĄ i nie byłeś na to przygotowany" - przy czym najczęściej pisze się tak w obronie muzyków, których "rozwój" polega po prostu na granie w nieco innym stylu (zazwyczaj takim, o który zachaczali wczesniej) beż większych pokładów kreatywności np. Pearl Jam na "Gigaton" czy właśnie Wilson na ostatnich dziełach.

      Odnośnie tego z czego się to bierze, to z mojej perspektywy (choć mój imiennik być może miał na myśli coś podobnego) jest to niepotrzebne uzewnętrznienie odruchu myślowego pt. "Moja racja jest racja najmojsza". To po prostu musi być zajebisty album, więc skoro ktoś ocenia je źle, to chu@%!!! się zna, jest hejter i malkontent, a w ogóle to pewnie słucha tylko dysko z pola, Justyna Bimbera, łupucupu techniawy i innego gówna, więc co on w ogóle się tu udziela. Często aż wylewa się z tego jakiś niezrozumiały szok, że ktoś w ogóle śmie mieć jakąś opinię.

      Usuń
    6. Dodałbym jeszcze jedno, w sytuacji odwrotnej do tej z punktu 3: "To, co, że ciągle grają to samo? Są wierni swojemu genialnemu stylowi, tego oczekują fani!!1". Zawsze, gdy zespół pokroju AC/DC wznowi swój album z nową okładką i innymi tytułami.

      Nie przypadkiem tego typu argumenty pojawiają się podczas dyskusji o muzyce, której jakość trudno wykazać w merytoryczny sposób.

      Usuń
  14. Dla mnie to jest właśnie prawdziwy artysta pokazał już tyle swoich twarzy a że nudziarz ja tę melancholię wybieram kiedyś byłem fanem U2 i jestem do dziś ale Steven Wilson to dla mnie artysta najlepszy on nie kupuje widzów jak Fish czy Steven Hogart swoją osobowością ale kupuje muzyką Ta płyta jest gorsza od 3 poprzednich ale jak słyszę narzekania na To the bone a dla mnie to mega płyta TO nie panimajut ale każdy ma swój gust i doceńmy to

    OdpowiedzUsuń
  15. Przesluchalem ten album czy wroce do niego ? NIE

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Cream - "Wheels of Fire: Live at the Fillmore Auditorium & Winterland Ballroom" (2026)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)