[Recenzja] Steven Wilson - "The Overview" (2025)
Do Stevena Wilsona mam stosunek ambiwalentny. Szanuję jego pracę przy remasterach rockowych klasyków, które w tych odświeżonych wersjach brzmią naprawdę świetnie. W jego własnej twórczości - niezależnie od tego, czy mowa o tej solowej, tej z Porcupine Tree czy innymi projektami - najciekawsze są same inspiracje. Wilsonowi nigdy jednak nie udaje się zaproponować czegoś równie fascynującego. Zazwyczaj wszystko się wykłada przez kompozytorską nieporadność oraz anemiczne wykonanie. Tym większym zaskoczeniem był dla mnie jego poprzedni autorski album, "The Harmony Codex" sprzed dwóch lat, na którym wydawało się, że muzyk w końcu zaczął wyciągać jakieś wnioski i unikać popełnianych wcześniej błędów. Tegoroczny "The Overview" sprawia natomiast wrażenie, jakby Steven Wilson przez ostatnie trzy dekady nie nauczył się kompletnie niczego. W sumie można się było tego spodziewać już po pierwszych zapowiedziach albumu, gdzie była mowa o inspiracjach Pink Floyd czy Tangerine Dream...