[Recenzja] David Bowie - "Low" (1977)



"Low" to pierwsza odsłona tzw. Trylogii Berlińskiej, czyli serii albumów zainspirowanych wielomiesięcznym pobytem Bowiego w owym mieście, ale też jego wyprawą do Europy Wschodniej. Przygnębiająca atmosfera Berlina Zachodniego - gdzie wciąż widoczne były ślady II wojny światowej, a obecność muru oraz stref militarnych nieustannie przypominała, że historia może się powtórzyć - wpłynęła na charakter trzech kolejnych dzieł artysty. A tak naprawdę już na poprzedzający je album "The Idiot", wydany pod nazwiskiem Iggy'ego Popa, ale będący w znacznym stopniu dziełem Davida. Bowie wykorzystał tamtą sesję do eksperymentów, które następnie rozwijał na własnych płytach. Stąd też istnieją pewne wątpliwości do tego, ile tak naprawdę wydawnictw powinno być zaliczane do wspomnianego cyklu. Sam muzyk zaczął używać określenia Trylogia Berlińska dopiero po wydaniu ostatniej części tryptyku.

Trzeba też pamiętać, że tylko część materiału powstała w Berlinie. "Low" w znacznym stopniu składa się z nagrań dokonanych w podparyskim studiu Château d'Hérouville we wrześniu 1976 roku. Dopiero po kilku tygodniach nagrania przeniosły się do berlińskiego Hansa Studio, gdzie doszlifowano materiał. Na warsztat wzięto też kompozycję "Subterraneans", której podstawowe ścieżki zarejestrowano już rok wcześniej, w okresie "Station to Station", z myślą o ścieżce dźwiękowej filmu "Człowiek, który spadł na ziemię". Kadr z obrazu Nicolasa Roega, w którym główną rolę zagrał Bowie, trafił zresztą na okładkę "Low". Zdjęcie idealnie pasuje do klimatu zawartej tu muzyki.

Podczas nagrań na "Low" lider skorzystał z pomocy sprawdzonego producenta, Tony'ego Visconti, a także towarzyszących mu już od jakiegoś czasu muzyków: gitarzysty Carlosa Alomara, basisty George'a Murraya oraz perkusisty Dennisa Davisa. W podstawowym składzie znaleźli się też pianista Roy Young i drugi gitarzysta Ricky Gardiner (najbardziej znany z prog-rockowego Beggars Opera), a w jednym kawałku chórki dodał Iggy Pop. Przechodzący fascynację krautrockiem Bowie bardzo chciał zaangażować do współpracy Michaela Rothera. Były muzyk grup Kraftwerk, Neu! i Harmonia wyraził zainteresowanie, jednak na przeszkodzie stanęły względy prawne. Ostatecznie udało się jednak pozyskać innego ciekawego współpracownika: Briana Eno. Jego wkład w brzmienie i formę "Low" jest nie do przecenienia.

Longplay wyraźnie dzieli się na dwie równe części, zbieżne ze stronami wydania winylowego. Pierwszą połowę wypełnia bardziej piosenkowy materiał, choć chyba odpowiedniejszym określeniem dla tych siedmiu krótkich nagrań byłoby nazwanie ich anty-piosenkami. Pomimo swojej zwięzłości i wyrazistych melodii, zwracają uwagę bardzo dopracowanymi, wyrafinowanymi aranżacjami, bogatym brzmieniem oraz próbami przełamania popowego schematu. Po raz pierwszy na płycie Bowiego pojawiają się kawałki instrumentalne ("Speed of Life", "A New Career in a New Town"), a i w pozostałych teksty - których formę zainspirowała twórczość Williama Burroughsa - wydają się dość szczątkowe, jakby artysta chciał jasno dać do zrozumienia, że tym razem najważniejsza jest muzyka. Pomimo dość ambitnego charakteru tych kawałków, nie można odmówić im autentycznej przebojowości. Moim faworytem jest "Be My Wife", wyróżniający się zresztą nie tylko zapadającą w pamięć melodią, ale też świetnymi partiami funkującego basu i rockowej gitary, a także klawiszowymi smaczkami. Niewiele ustępują mu ostrzejszy "Breaking Glass" czy lekki "Sound and Vision" (jedyny przebój z tego albumu), oba z fantastycznie pulsującym basem oraz dość istotną rolą brzmień elektronicznych. Zresztą trudno wskazać tu jakieś ewidentnie słabsze momenty. 

Jednak najciekawsze rzeczy dzieją się w drugiej połowie albumu. To już materiał całkowicie odchodzący od piosenkowości: cztery, w większości instrumentalne utwory, bliskie ambientu oraz tych bardziej elektronicznych odmian krautrocka. Bowie, Eno i Visconti stworzyli je z niewielką pomocą innych muzyków. Szczególnie ceniona w naszym kraju "Warszawa" powstała pod wpływem krótkiego, nieplanowanego pobytu lidera w polskiej stolicy w kwietniu 1976 roku, gdyż właśnie tam wypadł dwugodzinny postój jego pociągu. Bowie postanowił oddać w tym nagraniu zaobserwowany przez niego obraz ponurego, wyludniałego miasta. Dominują tutaj przejmujące partie klawiszowe Eno, do których w dalszej części dołączają dość swojskie zaśpiewy lidera. Wielu krytyków wskazuje na ich podobieństwo do utworu "Helokanie" polskiego chóru Śląsk, którego płyta mogła być jedną z kilku, jakie ponoć Bowie kupił podczas spaceru po Warszawie. Jako ciekawostkę warto dodać, że to właśnie ten utwór był inspiracją dla muzyków Joy Division, którzy początkowo używali nazwy Warsaw, a w swoich nagraniach nierzadko kreowali podobny, ponury i wyobcowany klimat.

Zupełnie niesłusznie nieco mniejszą wagę przykłada się często do kolejnych utworów. "Art Decade", który z kolei zainspirowała nosząca identyczną nazwę ulica w Berlinie, to już nieco cieplejsze nagranie. Dominującą rolę wciąż odgrywają elektroniczne brzmienia Eno, jednak pojawiają się też dźwięki gitary lidera oraz wiolonczeli, na której zagrał inżynier dźwięku z Hansy, Eduard Meyer. Prawdziwą perłą okazuje się natomiast "Weeping Wall", odnoszący się oczywiście do Muru Berlińskiego. To fantastyczne połączenie minimalizmu (wyraźnie słychać inspirację "Music for 18 Musicians" Steve'a Reicha) oraz progresywnej elektroniki. Partie syntezatora i gitary kojarzą się z dokonaniami Tangerine Dream, natomiast zapętlone perkusjonalia, nadające nieco egzotycznego klimatu, zostały bezpośrednio zainspirowane przez słynne dzieło Steve'a Reicha, "Music for 18 Musicians". Najpiękniejszym utworem, może nawet w całej dyskografii Bowiego, jest jednak finałowy "Subterraneans". Dźwięki syntezatorów brzmią tutaj jeszcze bardziej przejmująco, niż w "Warszawie", nie mówiąc już o emocjonalnej solówce lidera na saksofonie. Choć prace nad tym utworem zaczęły się jeszcze przed przybiciem artysty do tej smutniejszej części Europy, doskonale pasuje do klimatu całości.

"Low" to zdecydowanie najambitniejsze przedsięwzięcie Davida Bowie do tamtej pory. Muzyk, który wcześniej celował raczej w przystępne, komunikatywne granie, tutaj objawił się jako prawdziwy artysta, czerpiący inspiracje z wartościowych źródeł i poszukujący własnych rozwiązań. Szczególnie w drugiej połowie jest to dzieło wybitne, choć właśnie nieco nierówne przez tą dychotomię. Być może cały album utrzymany w stylistyce drugiej strony płyty winylowej - niczego nie ujmując pierwszej, bliskiej ideału w kategorii pop rocka - byłby jeszcze lepszym wydawnictwem, jednak wtedy sięgałoby po niego mniej słuchaczy. Dzięki takiemu połączeniu quasi-piosenkowych kawałków i ambitniejszych utworów jest to dzieło bardziej uniwersalne, łączące wysokie walory użytkowe z naprawdę niewiele przez to mniejszymi wartościami artystycznymi. Tak więc pewnie zestawienie tych dwóch oblicz było najlepszym możliwym rozwiązaniem. Bo zdecydowanie jest to album, którego nie wypada nie znać.

Ocena: 9/10



David Bowie - "Low" (1977)

1. Speed of Life; 2. Breaking Glass; 3. What in the World; 4. Sound and Vision; 5. Always Crashing in the Same Car; 6. Be My Wife; 7. A New Career in a New Town; 8. Warszawa; 9. Art Decade; 10. Weeping Wall; 11. Subterraneans

Skład: David Bowie - wokal, instr. klawiszowe (1,7,9-11), saksofon (4,11), gitara (6,9-11), harmonijka (7), instr. perkusyjne (9,10), efekty; Brian Eno - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal (4); Roy Young - pianino (1,3-7), organy (3,5); Carlos Alomar - gitara (1-7); Ricky Gardiner - gitara (2-7); George Murray - gitara basowa (1-7,11); Dennis Davis - perkusja i instr. perkusyjne (1-7)
Gościnnie: Iggy Pop - dodatkowy wokal (3); Mary Visconti - dodatkowy wokal (4); Eduard Meyer  - wiolonczela (9); Paul Buckmaster - instr. klawiszowe (11); John Peter Robinson - instr. klawiszowe (11)
Producent: David Bowie i Tony Visconti


Komentarze

  1. Wow, nie spodziewałem się tu aż tak wysokiej oceny! :D Low to doprawdy wspaniały i unikatowy dla Bowiego album. W 2002 roku, podczas Heathen Tour (swoją drogą inna świetna płyta), zagrał na jednym z koncertów prawie wszystkie utwory.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja polecam jeszcze kawałki All Saints I Some Are wydane na reedycjach

    OdpowiedzUsuń
  3. Długo się nie mogłem przekonać do tego albumu ale w końcu zaskoczyło i przyznaje ze to wielki album. Sam Bowie o tym albumie powiedział ze brak tekstów na albumie świadczy o tym, źe brakowało mu słów i niewiele miał wtedy do powiedzenia. Chyba wyszło na dobre. Dziwne że Be My Wife nie wydał na singlu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Be My Wife" został wydany na singlu w krajach Europy Zachodniej, w Stanach Zjednoczonych, Japonii oraz Australii i Nowej Zelandii, tylko o dziwo nigdzie nie trafił do notowań.

      Usuń
  4. To faktycznie dziwne bo to bardzo dobry kawałek. Sam Bowie zapowiadał go na koncertach jako jeden ze swych ulubionych.

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie w myślach mi czytasz, otwieram spotify a tam "Low" w ostatnio słuchanych. Otwieram bloga w tym samym czasie a tu "Low". Świetna płyta.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja również długo nie mogłem się przekonać do Bowiego. Gdy pierwszy raz usłyszałem "Station to Station", w ogóle mi nie podszedł, komentowałem to tutaj- spodobały mi się wówczas tylko wokale, i, o dziwo, "Golden years". Tak samo było z resztą albumów, w tym i z tym. DO Bowiego po prostu trzeba dojrzeć muzycznie, poznać inne gatunki, a nie siedzieć w jednym (np. w rocku), łączy on w swojej twórczości wiele z nich i trzeba go zrozumieć.

    OdpowiedzUsuń
  7. Podoba mi sie, jak to sie wszystko ze sobą przenika i układa, jak bohaterowie wcześniejszych recenzji okazują sie uczestniczyć w płyach recenzowanych później. Na przykład, nie miałem pojęcia, że u Bowiego grał ktoś z Magmy (a jeszcze kiedyś bym nie wiedział, co to Magma). :p

    A co do płyty - przypomnę ją sobie przy kolejnym plebiscycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym miał dopiero teraz zacząć pisać o muzyce, to chyba recenzowałbym wszystko chronologicznie. Wtedy jeszcze lepiej byłoby widać to przenikanie. Choć z drugiej strony, wciąż mnóstwa płyt nie znam lub jeszcze nie doceniłem, więc nie miałoby to sensu.

      Usuń
    2. Myślę, że lepszy start dla bloga, niż otwierające riffy tytułowej piosenki na debiucie Black Sabbath, nie byłby możliwy. :D

      Usuń
  8. Szukam płyt podobnych do/w klimacie "Low" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbliższe są pewnie inny albumy nagrane przez ludzi zaangażowanych w powstanie "Low":
      David Bowie - "Heroes"
      David Bowie - Lodger
      Iggy Pop - The Idiot
      Eno - Here Come the Warm Jets
      Eno - Taking Tiger Mountain (By Strategy)
      Eno - Another Green World
      Eno - Before and After Science
      Fripp & Eno - (No Pussyfooting)
      Fripp & Eno - Evening Star
      Cluster & Eno - Cluster & Eno
      Eno Moebius Roedelius - After the Heat

      Plus to, czym się wówczas inspirowali:
      Kraftwerk - Autobahn
      Kraftwerk - Radio-Aktivität
      Kraftwerk - Trans Europa Express
      Kraftwerk - Die Mensch-Maschine
      Neu! - Neu!
      Neu! - Neu! '75
      Steve Reich - Music for 18 Musicians

      Usuń
    2. Dzięki. Właśnie po przesłuchaniu "Low" zainteresowało mnie nazwisko Briana Eno i myślę, że kiedyś sprawdzę coś z jego twórczości. Podobnie jak Iggy'ego, i wcześniej The Stooges (do których przymierzam się nie pamiętam od kiedy). Ciekawe, że współpraca Eno z Frippem (a także inne solowe płyty Roberta) nie przyniosła tylu (aż tak) cenionych albumów, jak w twórczości King Crimson.

      Usuń
    3. King Crimson to mimo wszystko muzyka ocierająca się o mainstream, a Fripp & Eno to czysty ambient, jeszcze mniej komercyjny od drugiej strony "Low". Natomiast solowa twórczość Frippa chyba po prostu nie jest zbyt ciekawa - raczej nie spotkałem się z tym, żeby ktoś ją gdzieś polecał. A nie wiem czy wiesz, ale gitarzysta KC zagrał też na "Heroes".

      Usuń
    4. Czytałem o tym, że Fripp tam gra, ale nawet teraz w trakcie słuchania "Heroes" chwilowo umknęła mi ta informacja. Dodam jeszcze, że o ile nie rozumiem fenomenu niektórych albumów Bowiego (z "The Rise and Fall..." na czele), tak w przypadku "Low" jest to dla mnie w pełni zrozumiałe, ponieważ jako jeden z niewielu (jak sądzę) albumów potrafi doskonale połączyć przystępność z eksperymentowaniem, dostarczając przy tym ponadczasowe kompozycje.

      Usuń
    5. "Ziggy Stardust" to chyba faktycznie jeden z najbardziej przecenionych albumów w dziejach fonografii, chociaż jeszcze mniej rozumiem popularność "Aladdin Sane", a widzę, że Ty go oceniłeś wyżej od poprzednika.

      Usuń
    6. Tak, "Alladin Sane" bardziej przypadł mi do gustu. Choć głównie za sprawą genialnej kompozycji tytułowej, na której braku album sporo by stracił i bez której prawdopodobnie dałbym taką samą ocenę jak "The Rise and Fall...".

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)