[Recenzja] Magma - "Félicité Thösz" (2012)
"Félicité Thösz", trzeci album Magmy wydany w XXI wieku, potwierdza, że Christian Vander powracając do tego szyldu nie miał zamiaru jedynie odcinać kuponów od dawnych dokonań. Mógłby przecież, będąc świadomym kultowego statusu swojej grupy, nagrywać nowe wersje "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh", starając się jak najbardziej zbliżyć do pierwowzoru. Jednak już albumy "K.A" i "Ëmëhntëhtt-Ré", choć bazowały na materiale napisanym jeszcze w latach 70., przyniosły parę nowych rozwiązań. "Félicité Thösz" to jeszcze bardziej zaawansowana próba odświeżenia zeuhlowej stylistyki. Po czterdziestu latach działalności Vander pozostał poszukującym muzykiem, nie obawiającym się eksperymentować. Jednocześnie cały czas słychać, że to Magma.
Longplay składa się w zasadzie z dwóch utworów: blisko półgodzinnej kompozycji tytułowej, podzielonej na dziesięć segmentów i ścieżek, a także nieznacznie przekraczającego cztery minuty "Les Hommes Sont Venus". Już rozpoczynająca utwór tytułowy część "Ëkmah" wyraźnie sugeruje zmiany. Pomimo podniosłych partii chóralnych, tak typowych dla grupy, uwagę zwraca bardziej oszczędny akompaniament. Tak jest też przez większość tej kompozycji, opartej głównie na partiach wokalnych (często naprawdę pięknie i misternie zaaranżowanych - vide "Ëlss", "Dzoï") oraz dźwiękach pianina, do których sporadycznie dołącza gitara, bas i perkusja. Zresztą zarówno Vander, jak i basista Philippe Bussonnet, grają przeważnie w niezbyt zeuhlowy sposób. Fragment "Tëha" wycięty z całości mógłby wręcz robić za popową piosenkę. Na ogół jest jednak bardzo subtelnie i wysmakowanie. A w pewnym momencie, na wysokości "Dühl", utwór nabiera na intensywności, zbliżając się do bardziej typowego zeuhlu - tylko po to, by już za chwilę skręcić w bardziej humorystyczne rejony ("Öhst"), tuż przed mroczniejszym finałem ("Zahrr"). Nie wchodzący w skład tytułowej kompozycji "Les Hommes Sont Venus" to powrót do delikatniejszego grania. Tym razem partii wokalnej (swoją drogą bardziej przypominającej Eskaton niż Magmę - może ze względu na tekst po francusku) towarzyszą jedynie dźwięki dzwonków - instrumentu, który nie wiedzieć czemu w naszym kraju powszechnie i błędnie nazywany jest cymbałkami.
Subtelne oblicze zespołu, jakie Christian Vander zaprezentował na "Félicité Thösz", wypada naprawdę udanie. Oszczędniejsze brzmienie wymusiło jeszcze większe przyłożenie się do aranżacji partii wokalnych oraz zróżnicowanie i uwypuklenie melodii, by całość nie nużyła. Te wszystkie zabiegi sprawiają, że zawarta tu muzyka wciąż brzmi jak Magma, a zarazem bardzo świeżo, inaczej niż na wcześniejszych płytach. Co prawda nie zaliczyłbym "Félicité Thösz" do ścisłej czołówki najbardziej udanych albumów zespołu. Jest to natomiast zdecydowanie jedno z najładniejszych wydawnictw grupy Vandera.
Longplay składa się w zasadzie z dwóch utworów: blisko półgodzinnej kompozycji tytułowej, podzielonej na dziesięć segmentów i ścieżek, a także nieznacznie przekraczającego cztery minuty "Les Hommes Sont Venus". Już rozpoczynająca utwór tytułowy część "Ëkmah" wyraźnie sugeruje zmiany. Pomimo podniosłych partii chóralnych, tak typowych dla grupy, uwagę zwraca bardziej oszczędny akompaniament. Tak jest też przez większość tej kompozycji, opartej głównie na partiach wokalnych (często naprawdę pięknie i misternie zaaranżowanych - vide "Ëlss", "Dzoï") oraz dźwiękach pianina, do których sporadycznie dołącza gitara, bas i perkusja. Zresztą zarówno Vander, jak i basista Philippe Bussonnet, grają przeważnie w niezbyt zeuhlowy sposób. Fragment "Tëha" wycięty z całości mógłby wręcz robić za popową piosenkę. Na ogół jest jednak bardzo subtelnie i wysmakowanie. A w pewnym momencie, na wysokości "Dühl", utwór nabiera na intensywności, zbliżając się do bardziej typowego zeuhlu - tylko po to, by już za chwilę skręcić w bardziej humorystyczne rejony ("Öhst"), tuż przed mroczniejszym finałem ("Zahrr"). Nie wchodzący w skład tytułowej kompozycji "Les Hommes Sont Venus" to powrót do delikatniejszego grania. Tym razem partii wokalnej (swoją drogą bardziej przypominającej Eskaton niż Magmę - może ze względu na tekst po francusku) towarzyszą jedynie dźwięki dzwonków - instrumentu, który nie wiedzieć czemu w naszym kraju powszechnie i błędnie nazywany jest cymbałkami.
Subtelne oblicze zespołu, jakie Christian Vander zaprezentował na "Félicité Thösz", wypada naprawdę udanie. Oszczędniejsze brzmienie wymusiło jeszcze większe przyłożenie się do aranżacji partii wokalnych oraz zróżnicowanie i uwypuklenie melodii, by całość nie nużyła. Te wszystkie zabiegi sprawiają, że zawarta tu muzyka wciąż brzmi jak Magma, a zarazem bardzo świeżo, inaczej niż na wcześniejszych płytach. Co prawda nie zaliczyłbym "Félicité Thösz" do ścisłej czołówki najbardziej udanych albumów zespołu. Jest to natomiast zdecydowanie jedno z najładniejszych wydawnictw grupy Vandera.
Ocena: 8/10
Magma - "Félicité Thösz" (2012)
1. Ëkmah; 2. Ëlss; 3. Dzoï; 4. Nüms; 5. Tëha; 6. Ẁaahrz; 7. Dühl; 8. Tsaï!; 9. Öhst; 10. Zahrr; 11. Les Hommes Sont Venus
Skład: Stella Vander - wokal, instr. perkusyjne; Isabelle Feuillebois - wokal, instr. perkusyjne; Hervé Aknin - wokal; Bruno Ruder - pianino; James Mac Gaw - gitara; Philippe Bussonnet - gitara basowa; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, wokal; Benoît Alziary - wibrafon
Gościnnie: Marcus Linon, Sandrine Destefanis, Sylvie Fisichella - dodatkowy wokal (11)
Magma - "Félicité Thösz" (2012)
1. Ëkmah; 2. Ëlss; 3. Dzoï; 4. Nüms; 5. Tëha; 6. Ẁaahrz; 7. Dühl; 8. Tsaï!; 9. Öhst; 10. Zahrr; 11. Les Hommes Sont Venus
Skład: Stella Vander - wokal, instr. perkusyjne; Isabelle Feuillebois - wokal, instr. perkusyjne; Hervé Aknin - wokal; Bruno Ruder - pianino; James Mac Gaw - gitara; Philippe Bussonnet - gitara basowa; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, wokal; Benoît Alziary - wibrafon
Gościnnie: Marcus Linon, Sandrine Destefanis, Sylvie Fisichella - dodatkowy wokal (11)
Producent: Magma

Są gdzieś kursy kobaïańskiego?
OdpowiedzUsuńPodobno trwają prace nad wprowadzeniem filologii kobaiańskiej na polskich uniwersytetach.
UsuńA tak naprawdę to nie ma czego się uczyć, bo ten cały "język" jest szczątkowy i pretekstowy. Poszczególne słowa powstały podczas improwizowania lub zostały tak dobrane, by umożliwić stosowanie głosu ludzkiego po prostu jako instrumentu, nie ograniczając jego możliwości poprzez konieczność śpiewania słów układających się w sensowną całość. Znaczenie tym kobaiańskim słowom nadano dopiero później, gdy już zostały zaśpiewane. W internecie można bez trudu znaleźć słownik kobaiańsko-angielski ;)
Szczerze to lepszy byłby Kobaïański niż nadmiar polskiego w szkole
Usuń