[Recenzja] Het Pandorra Ensemble - "III" (1978)
Pomimo swojego tytułu, "III" jest pierwszym i jedynym wydawnictwem holenderskiego kwartetu Het Pandorra Ensemble. Równie myląca jest okładka tego albumu, sugerująca granie z okolic punku i nowej fali. Zawarta tu muzyka nie ma absolutnie nic wspólnego z taką stylistyką. Należałoby ją raczej zaklasyfikować jako rock progresywny z dużą domieszką jazzu, za to zupełnie bez symfonicznej pompy. Słyszę tu przede wszystkim dwie możliwe inspiracje. Pierwsza to scena Canterbury, z naciskiem na grupę National Health (która jednak zadebiutowała w tym samym roku). Takie skojarzenia wywołuje zwłaszcza brzmienie, ale też swobodne, bardziej jazzowe niż rockowe struktury utworów. Druga prawdopodobna inspiracja to King Crimson, szczególnie instrumentalne fragmenty "Larks' Tongues in Aspic", "Starless and Bible Black" i "Red". Tutaj należałoby wskazać podobny sposób gry instrumentalistów.
Album zawiera pięć całkowicie instrumentalnych, zapewne przynajmniej częściowo improwizowanych utworów, z których trzy trwają powyżej dziesięciu minut, a pozostałe dwa są już znacznie krótsze. Opierają się na dwóch elektrycznych gitarach, gitarze basowej (czasem bezprogowej) oraz bębnach i perkusjonaliach, którym tylko sporadycznie towarzyszą flet lub elektryczne organy. Nie jest to szczególnie odkrywcze granie, ale fantastycznie się tego słucha dzięki porywającej grze muzyków oraz doskonałej interakcji między nimi - ich partie misternie się przeplatają i dopełniają. Trudno napisać o tej muzyce coś więcej bez wchodzenia w szczegóły, a te najlepiej odkrywać samemu. Niewątpliwie jest to jednak jedno z najwspanialszych wydawnictw, jakie dała światu Holandia. Pomimo dość późnej, jak na granie tego typu, daty wydania, album broni się znakomicie. Nawet dziś nie brzmi archaicznie - instrumentaliści nie poszli za ówczesną modą i nie nadali mu syntetycznego brzmienia - więc tym bardziej w 1978 roku nie można było mu tego zarzucić. Owszem, zespół wyraźnie nawiązywał do muzyki sprzed tzw. punkowej rewolucji, jednak raczej na zasadzie twórczej inspiracji, zmieniając proporcje na swój własny sposób.
Oryginalne winylowe wydanie ukazało się wyłącznie w Holandii. W 2012 roku album doczekał się też edycji kompaktowej, opublikowanej w Stanach i Japonii. Podstawowy materiał został na nich uzupełniony ciekawymi bonusami ze studia (dwiema improwizacjami, bardziej eksperymentalną "Stille Willie" oraz melodyjną "Rockin' Rollie", a także niezwykle intensywną miniaturą "Kanonjam-Pedaal Kwijt") i z występu w holenderskim Beverwijku (pomimo bootlegowego brzmienia można stwierdzić, że na scenie zespół prezentował się równie porywająco). Dobrze, że "III" stał się łatwiej dostępny, bo to wydawnictwo, które nie powinno rozczarować żadnego wielbiciela ambitnego rocka.
Album zawiera pięć całkowicie instrumentalnych, zapewne przynajmniej częściowo improwizowanych utworów, z których trzy trwają powyżej dziesięciu minut, a pozostałe dwa są już znacznie krótsze. Opierają się na dwóch elektrycznych gitarach, gitarze basowej (czasem bezprogowej) oraz bębnach i perkusjonaliach, którym tylko sporadycznie towarzyszą flet lub elektryczne organy. Nie jest to szczególnie odkrywcze granie, ale fantastycznie się tego słucha dzięki porywającej grze muzyków oraz doskonałej interakcji między nimi - ich partie misternie się przeplatają i dopełniają. Trudno napisać o tej muzyce coś więcej bez wchodzenia w szczegóły, a te najlepiej odkrywać samemu. Niewątpliwie jest to jednak jedno z najwspanialszych wydawnictw, jakie dała światu Holandia. Pomimo dość późnej, jak na granie tego typu, daty wydania, album broni się znakomicie. Nawet dziś nie brzmi archaicznie - instrumentaliści nie poszli za ówczesną modą i nie nadali mu syntetycznego brzmienia - więc tym bardziej w 1978 roku nie można było mu tego zarzucić. Owszem, zespół wyraźnie nawiązywał do muzyki sprzed tzw. punkowej rewolucji, jednak raczej na zasadzie twórczej inspiracji, zmieniając proporcje na swój własny sposób.
Oryginalne winylowe wydanie ukazało się wyłącznie w Holandii. W 2012 roku album doczekał się też edycji kompaktowej, opublikowanej w Stanach i Japonii. Podstawowy materiał został na nich uzupełniony ciekawymi bonusami ze studia (dwiema improwizacjami, bardziej eksperymentalną "Stille Willie" oraz melodyjną "Rockin' Rollie", a także niezwykle intensywną miniaturą "Kanonjam-Pedaal Kwijt") i z występu w holenderskim Beverwijku (pomimo bootlegowego brzmienia można stwierdzić, że na scenie zespół prezentował się równie porywająco). Dobrze, że "III" stał się łatwiej dostępny, bo to wydawnictwo, które nie powinno rozczarować żadnego wielbiciela ambitnego rocka.
Ocena: 8/10
Het Pandorra Ensemble - "III" (1978)
1. Door Mekaar; 2. Kanon Pittoresk; 3. Ritme 7000; 4. Drei; 5. Karrotten
Skład: Dolf Planteijdt - gitara; Wouter Planteijdt - gitara; Gert-Jan Blom - gitara basowa; Wilfried Snellens - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Roland Brunt - flet; Kaspar Peterson - organy
Producent: Het Pandorra Ensemble i Kaspar Peterson
Het Pandorra Ensemble - "III" (1978)
1. Door Mekaar; 2. Kanon Pittoresk; 3. Ritme 7000; 4. Drei; 5. Karrotten
Skład: Dolf Planteijdt - gitara; Wouter Planteijdt - gitara; Gert-Jan Blom - gitara basowa; Wilfried Snellens - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Roland Brunt - flet; Kaspar Peterson - organy
Producent: Het Pandorra Ensemble i Kaspar Peterson

O, trzeba będzie przesłuchać. Akurat będzie pasowało, bo mieszkam w Holandii ;)
OdpowiedzUsuńCo do Holandii, to lubię płytę ''Song of the Marching Children'', zespołu Earth & Fire, przyjemna muzyka. Dawno jej nie słuchałem, teraz pewnie bym ją ocenił słabiej, ale często leciała u mnie z komputer. Oprócz tego, album zatytułowany ''Marks'', grupy Alquin daje radę. Kojarzysz te płyty? Nie jest to must have, ale, moim zdaniem, fajne granie.
OdpowiedzUsuńSłyszałem inne płyty tych wykonawców ;)
UsuńJeśli chodzi o holenderską scenę, to funkcjonowały tam też takie grupy, jak freejazzowo-fusionowy Association P.C., progowe Focus i Supersister, psychodeliczny Group 1850, neo-psychodeliczny The Legendary Pink Dots, darkwave'owy Clan of Xymox, czy hardrockowe Cargo i Golden Earring. Tyle że to wszystko - włącznie z recenzowanym wyżej Het Pandorra Ensemble - wykonawcy, których znajomość tak naprawdę nie jest niezbędna, o ile nie jest się wielbicielem danego stylu. Ja np. w ogóle nie znam Różowych Kropek, choć to pewnych kręgach zespół legendarny (słuchałem jednego albumu - i, sądząc po ocenie na RYMie, bardzo mi się nie podobał - ale to tyle co nic, biorąc pod uwagę obszerność dyskografii).
Zdecydowanie najbardziej cenionym przeze mnie Holendrem jest Dave Holland ;)
Association P.C. słuchałem dosyć dawno temu, kilku płyt, pamiętam, że mi się podobały. Focusa znam tylko z nazwy, jakoś umknął mi ten zespół, a teraz nie mam za bardzo ochoty na "symfoników" a z tego, co kojarzę, to grali właśnie symfonicznego proga. Supersister - słuchałem kiedyś czegoś z tej grupy,ale nic nie pamiętam, a że oceny na RYMie mają wysokie, to będę musiał to obadać, a poza tym, to klimaty Canterbury, czyli może być naprawdę fajne granie.
UsuńAssociation P.C. to wybitny zespół, chyba jednak znacznie ważniejszy niż ten, którego album jest recenzowany.
UsuńAle wciąż nie na tyle istotny, by polecać go komukolwiek, kto nie jest jest wielbicielem takiej stylistyki (co nie znaczy, że nie będzie tu kiedyś zrecenzowany).
UsuńTę ich koncertówkę to można polecić nie tylko wielbicielom jazz-rocka. Np. posłuchanie tej płyty przydałoby się wszystkim tym niekompetentynym krytykom rockowym, dla których Ian Anderson to wybitny instrumentalista, a którzy nie wiedzą kto to Jeremy Steig.
UsuńA co niby jest takiego złego w Ianie Andersonie, żeby podawać go jako przykład? Miał swój własny, rozpoznawalny styl gry na flecie i potrafił zrobić z tego instrumentu dobry użytek w stylistyce, w jakiej się poruszał. Nie grał jazzu, więc nie ma sensu porównywać go z muzykami startującymi w innej dyscyplinie.
UsuńWłasny? Parę trików podpatrzonych u Rolanda Kirka. On często podawany jako przykład niskiego poziomu techniki u muzyków rockowych, chyba nawet Berent w swojej popularnej książce zwraca uwagę na jego złe frazowanie (nie daję za to głowy, niestety nie mogę teraz tego sprawdzić, jak znajdę podam odpowiednią referencję).
UsuńKażdy kimś się inspiruje. Jego partie są na tyle charakterystyczne, że tylko po nich od razu można poznać wykonawcę. Nie bardzo rozumiem ten zarzut z frazowaniem. Przecież on gra swoje kompozycje - a jeśli cudze, to mocno przerobione - więc sam może zdecydować jak frazować.
UsuńNieco pomieszałem, ale we wspomnianej książce Berendta (oczywiście we wcześniejszym komentarzu literówka w nazwisku) rzeczywiście znajduje się krytyka techniki Andersona. Tu, str. 239 : https://archive.org/details/TheJAZZBook/page/n253/mode/2up. W późniejszych edycjach brak podobnych uwag.
UsuńW moich komentarzach zależało mi tylko na odniesieniu się do twojej lekceważącej uwagi o Association P.C., nie zamierzam tu hejtować Andersona. W mojej opinii to zespół bardzo niedoceniony, a wart poświęcenia mu uwagi. Zainteresowanym polecam recenzje ich płyt opublikowane w ramach wartościowego cyklu "Non omnis moriar" (https://esensja.pl/muzyka/publicystyka/?param=3450&rodzaj=cykle_teksty) publikowanego na portalu Esensja, w którym to omawiane są albumy z krautrocka i okolic (oczywiście te procentowe oceny autora za nieco zbyt entuzjastyczne).
Ta uwaga była raczej realistyczna, bo sam dobrze oceniam Association P.C., ale to nie jest zespół dla szerokiego grona odbiorców.
UsuńNo i przesłuchałem recenzowany album. Bardzo fajne granie, ładne melodie, zasłużona ósemka.
Usuń