[Recenzja] Zappa / Mothers - "Roxy & Elsewhere" (1974) + "Roxy by Proxy" (2014)



Albumy "Over-Nite Sensation" i "Apostrophe (')" były najlepiej sprzedającymi się wydawnictwami Franka Zappy, jakie ukazały się do tamtej pory. Był to efekt pewnych kompromisów artystycznych, zwrócenia się w stronę bardziej konwencjonalnego rocka. Tym samym nie w pełni wykorzystany został olbrzymi potencjał, tkwiący w ówczesnym składzie The Mothers. Nieco inaczej zespół prezentował się podczas występów. Można się o tym przekonać słuchając dwupłytowego, w wersji winylowej, "Roxy & Elsewhere". Trafił tu materiał zarejestrowany podczas różnych koncertów, przede wszystkim w trakcie kilkudniowej serii występów w hollywoodzkim Roxy Theater (8-10 grudnia 1973 roku), a także na pensylwańskim Edinboro State College oraz w chicagowskim Auditorium Theatre (odpowiednio 8 i 11 maja 1974 roku). Poszczególne nagrania czasem są miksem kilku wykonań, ponadto dokonano pewnych poprawek i dogrywek w studiu. Repertuar składa się z utworów wcześniej nie wydanych na żadnej płycie.

Można śmiało powiedzieć, że zespół w tych nagraniach znalazł złoty środek pomiędzy bardziej przystępną muzyką ze wspomnianych na wstępie płyt oraz ambitną fuzją rocka i jazzu znaną z takich dzieł, jak "Hot Rats" i "The Grand Wazoo". Dużo tutaj tego charakterystycznego zappowskiego humoru, szczególnie w pierwszych czterech, quasi-piosenkowych kawałkach oraz w najbardziej frywolnym "Cheepnis". Zdarzają się też trochę bardziej konwencjonalne momenty, jak "Son of Orange County" i "More Trouble Every Day". Choć trzeba dodać, że nawet w tych fragmentach instrumentaliści mają szansę zaprezentować swoje umiejętności w większym stopniu niż w znacznej części ówczesnych nagrań studyjnych. Najbardziej jednak cieszą mnie te nagrania, w których muzyków ogranicza jedynie wyobraźnia, a nie obecność partii wokalnych. Jak niespełna czterominutowy, ale bardzo treściwy i intensywny "Echidna's Arf (of You)" czy bardziej już rozbudowany "Don't You Ever Wash That Thing?", oba pełne rytmicznych łamańców oraz porywających solówek. Zresztą perkusyjny duet z tego drugiego nagrania tak bardzo spodobał się Philowi Collinsowi, że zaprosił Chestera Thompsona do koncertowego składu Genesis. Fantastyczne są też fragmenty najbardziej jazzowego, najdłuższego, ale w dużej części przegadanego "Be-Bop Tango (of the Old Jazzmen's Church)". Te liczne gadki Zappy, pojawiające się w trakcie utworów lub pomiędzy nimi, są kompletnie niepotrzebnym dodatkiem, który obniża moją ocenę tej koncertówki o co najmniej jeden punkt dziesięciostopniowej skali.

Równie ciekawie prezentuje się wydany dokładnie czterdzieści lat później "Roxy by Proxy". Na jednej płycie kompaktowej znalazły się utwory wybrane z dwóch występów w Roxy Theater, z 9 i 10 grudnia. W tym też wykonania powtarzające się z "Roxy & Elsewhere" - tym razem jednak cały materiał ma tutaj dokładnie taki sam kształt, jak podczas koncertów, nie dokonano żadnych dogrywek ani przeróbek. W repertuarze nie brakuje utworów wydanych też w studyjnych wersjach, w tym niesamowicie porywających wykonań "Inca Roads", połączonych tu "Dog Breath Variations" i "Uncle Meat", "RDNZL", a także splecionych ze sobą "King Kong", "Chunga's Revenge" i "Mr. Green Genes". Są też kolejne bardzo udane wersje "Echidna's Arf (of You)" i "Don't You Ever Wash That Thing?", jak i świetny popis Ruth Underwood, Ralpha Humphreya i Chestera Thompsona w "Cheepnis - Percussion". Warto też na pewno wyróżnić kilkunastominutową improwizację "Dupree's Paradise", w której również nie brakuje fantastycznych partii instrumentalnych. Niestety, na tej płycie także pojawiają się monologi Zappy, w tym trzy i pół minutowy "Carved in the Rock" - rzecz ewidentnie niepotrzebna. Niemniej jednak warto mieć oba wydawnictwa. A jeśli komuś wciąż mało, to jest jeszcze DVD "Roxy the Movie" z 2015 roku, zawierające filmową rejestrację fragmentów wszystkich trzech występów w Roxy Theater, w tym nagrania nie obecne ani na "Roxy & Elsewhere", ani na "Roxy & Proxy".

Ówczesny skład The Mothers był fenomenalny, choć nie wszystkie punkty jego występów były tak samo porywające, co doskonale słychać na obu koncertówkach - długimi fragmentami ocierających się o geniusz, krótkimi momentami trochę przynudzającymi, a czasem pozostawiającymi mnie całkiem obojętnym. Na pewno mogłyby być lepiej skompilowane. Wciąż jednak jest to kawał fantastycznej muzyki.

Ocena: 8/10



Zappa / Mothers - "Roxy & Elsewhere" (1974)

LP1: 1. Penguin in Bondage; 2. Pygmy Twylyte; 3. Dummy Up; 4. Village of the Sun; 5. Echidna's Arf (of You); 6. Don't You Ever Wash That Thing?
LP2: 1. Cheepnis; 2. Son of Orange County; 3. More Trouble Every Day; 4. Be-Bop Tango (of the Old Jazzmen's Church)

Zappa / Mothers - "Roxy by Proxy" (2014)

1. Carved in the Rock; 2. Inca Roads; 3. Penguin in Bondage; 4. T'Mershi Duween; 5. Dog Breath Variations / Uncle Meat; 6. RDNZL; 7. Village of the Sun; 8. Echidna's Arf (of You); 9. Don't You Ever Wash That Thing?; 10. Cheepnis - Percussion; 11. Cheepnis; 12. Dupree's Paradise; 13. King Kong / Chunga's Revenge / Mr. Green Genes

Skład: Frank Zappa - gitara, wokal; Jeff Simmons - gitara, wokal; Napoleon Murphy Brock - saksofon tenorowy, flet, wokal; Walt Fowler - trąbka, trąbka basowa; Bruce Fowler - puzon; George Duke - instr. klawiszowe, wokal; Don Preston - syntezator; Tom Fowler - gitara basowa; Ralph Humphrey - perkusja; Chester Thompson - perkusja; Ruth Underwood - instr. perkusyjne; Robert Camarena, Ruben Ladron de Guevara, Linda Sims, Debbie Wilson - dodatkowy wokal (LP2:1)
Producent: Frank Zappa


Komentarze

  1. Bardzo dobra koncertówka i bardzo dobry zespół, chociaż moim zdaniem Zappa nigdy nie złożył składu o takiej chemii między członkami, jak pierwsze wcielenie The Mothers. Albumy takie, jak Uncle Meat, Weasels Ripped Off My Flesh i Burnt Weeny Sandwich nie tylko udowadniają, że byli bardzo niezłymi instrumentalistami - pokazują też Zappę w najbardziej odważnym kompozytorsko etapie jego kariery.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam, Mothers to jeszcze bardzo amatorski zespół, bez sekcji rytmicznej z prawdziwego zdarzenia (w przypadku "We're Only in It for the Money" Zappazdecydował się nawet na ponowne nagranie pewnych partii).

      Usuń
  2. Imo pierwszy album ma genialne momenty, ale jako całość to 8/10, a drugi w zdecydowanej większości jest prześwietny i niezwykle porywający, no może poza tym pierwszym "utworem", ale w sumie nie traktuję go jako część tego krążka.

    Nie mówiąc już o tym, że subiektywnie uwielbiam dźwięk wibrafonu, który w obu płytach mnie tu kupił ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)