[Recenzja] Hawkwind - "Warrior on the Edge of Time" (1975)



To już tradycja: kolejny album i kolejna zmiana składu. Tym razem szeregi Hawkwind opuścił odpowiedzialny za brzmienia elektroniczne Del Dettmar. Nie szukano dla niego następcy, bo już wcześniej część partii klawiszowych wykonywali Dave Brock i Simon House. Do składu dodano za to drugiego perkusistę, Alana Powella. W tworzeniu "Warrior on the Edge of Time" gościnnie uczestniczył także Michael Moorcock, brytyjski autor powieści fantasy i science fiction, który napisał kilka tekstów, a część z nich także wyrecytował. Była to jednocześnie ostatnia sesja z udziałem Lemmy'ego. Basista został wyrzucony ze składu podczas trasy promującej ten album. Przesądziło o tym zatrzymanie go na kanadyjskiej granicy z proszkiem przypominającym heroinę (w rzeczywistości była to amfetamina - w tamtym czasie dozwolona w Kanadzie), przez co nie mógł uczestniczyć w części koncertów. Ale już wcześniej dochodziło do różnych konfliktów. Lemmy i Dettmar ćpali inne substancje niż reszta zespołu, przez co funkcjonowali w  nieco inny sposób. Dochodziło też do konfliktów na tle artystycznym. Jedyna nowa kompozycja basisty, "Motorhead", nie weszła na album, natomiast on sam odmówił zagrania w "Opa-Loka", który uważał za pieprzony śmieć.

Mimo tego, na "Warrior on the Edge of Time" udało się utrzymać wysoki poziom. Zawarte tu utwory są bardzo spójne pod względem klimatu i brzmienia, tworząc zwartą całość, a jednocześnie nie brakuje tu różnorodności. Jest kosmiczna psychodelia w wydaniu z chwytliwymi melodiami (połączone ze sobą "Assault and Battery" i "The Golden Void", "Magnu", "Dying Seas") lub o całkiem jamowym charakterze (instrumentalne "Opa-Loka" i "Spiral Galaxy 28948"), są elektroniczne miniaturki z przetworzonymi recytacjami ("The Wizard Blew His Horn", "Standing at the Edge", "Warriors"), a także trochę łagodniejszego grania z dużą ilością gitary akustycznej ("The Demented Man") oraz proto-punkowego czadu ("Kings of Speed" i dołączony na reedycjach "Motorhead"). Dwa ostatnie trochę za bardzo zbliżają się do rockowej sztampy, miniatury też mnie nie powalają, ale cala reszta to już materiał na najwyższym poziomie, jaki ten zespół był w stanie osiągnąć. Podobnie, jak na poprzednim "Hall of the Mountain Grill", uwagę zwraca bardzo bogate brzmienie, obejmujące różne instrumenty klawiszowe oraz skrzypce. Mam tylko wątpliwości, czy rzeczywiście potrzebny był drugi perkusista. Jednak moim zdecydowanym faworytem z tego longplaya - wbrew zdaniu Lemmy'ego - jest podpisany przez obu bębniarzy "Opa-Loka", oparty na motorycznym, krautrockowym rytmie (w stylu Neu! lub wczesnego Kraftwerk) i uwypuklonej, hipnotycznej linii basu, którym towarzyszy cichy melotron oraz różne efekty dźwiękowe.

"Warrior on the Edge of Time" zamyka pewien okres w twórczości tego aktywnego do dzisiaj zespołu. Kolejne albumy nie tylko nie powtórzyły komercyjnych sukcesów wydawnictw z lat 1971-75, ale i nie przynosiły już tak udanej muzyki, choć w większości są utrzymane w bardzo zbliżonej stylistyce. Taka formuła chyba po prostu się wyczerpała. Ale na tym albumie jeszcze nic tego nie zapowiada. To jedno z najlepszych, a może nawet najlepsze ze studyjnych dokonań Hawkwind. Bo nawet jeśli nie wszystkie fragmenty przekonują mnie tak samo, to w kontekście całości nawet one wydają się mieć sens i doskonale tu pasują, właśnie w tych miejscach, w których się pojawiają. Nie jest to bowiem tylko zbiór przypadkowych nagrań, ale bardzo spójny album.

Ocena: 8/10



Hawkwind - "Warrior on the Edge of Time" (1975)

1. Assault and Battery (Part 1); 2. The Golden Void (Part 2); 3. The Wizard Blew His Horn; 4. Opa-Loka; 5. The Demented Man; 6. Magnu; 7. Standing at the Edge; 8. Spiral Galaxy 28948; 9. Warriors; 10. Dying Seas; 11. Kings of Speed

Skład: Dave Brock - gitara, instr. klawiszowe, wokal, gitara basowa (4); Nik Turner - saksofon, flet, wokal (7,10); Simon House - skrzypce, instr. klawiszowe; Ian "Lemmy" Kilmister - gitara basowa; Simon King - perkusja i instr. perkusyjne; Alan Powell - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Michael Moorcock - głos (3,9)
Producent: Hawkwind


Komentarze

  1. 22-25 listopada przyjdzie mi vinyl "Sonic Attack"- wiem, nietypowo zaczynam jeśli chodzi o płyty tego zespołu, zakup z sentymentu raczej. Całkiem fajnie się słucha tego albumu mimo wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  2. W sumie to można by dorobić recenzję tego albumu (Sonic Attack)- pomijając okropny wstęp (kawałek tytułowy), jest to całkiem dobry album- fuzja ich stylu z New Vawe/Post- Punkiem

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)