[Artykuł] Filmowe podsumowanie roku 2019
Pod koniec ubiegłego roku planowałem przygotowanie czterech podsumowań: trzech muzycznych (lat 2019 i 1969, dekady 2010-19) oraz jednego filmowego (rok 2019). Dwa pierwsze, tradycyjnie publikowane co roku, doszły do skutku. Na dwa dodatkowe zabrakło już czasu. W przypadku posumowania filmowego dość dużo czasu zajęło mi, zanim obejrzałem wszystkie zaplanowane filmy. Długo zastawiałem się też, czy powinienem wykraczać na tej stronie poza tematykę muzyczną - argumentem za tym, by to zrobić, jest jej nazwa, nie precyzująca o jakie chodzi recenzje, a także fakt, że tematyka filmowa wielokrotnie przewijała się w komentarzach. Pozostał więc tylko problem z brakiem czasu na napisanie większego tekstu. To się jednak zmieniło w związku z obecną sytuacją i akcją #zostańwdomu.
Nie mam pojęcia, czy to rok 2019 był wyjątkowo dobry dla kina, czy też miałem szczęście dowiedzieć się o istnieniu większej liczby udanych filmów, niż w latach poprzednich. Tak czy inaczej, nie miałem większych problemów z wyborem dziesięciu pozycji do swojego subiektywnego rankingu. Większym problemem było ułożenie ich we właściwej kolejności. W słabszym roku niemal każdy z tych filmów byłby kandydatem na podium. Większość z nich obejrzałem z pewnym opóźnieniem za pośrednictwem usługi VOD, tylko trzy widziałem w kinie (w tym "Irlandczyka", którego można było zobaczyć wyłącznie w kinach studyjnych). Na liście nie uwzględniłem czwartego filmu, który oglądałem w kinie - "Przemytnika" w reżyserii Clinta Eastwooda. Bardzo lubię Eastwooda, zarówno jako reżysera, jak i aktora, ale po pierwsze ten film światową premierę miał już w 2018 roku, a po drugie nie jest to jednak poziom "Bez przebaczenia", "Rzeki tajemnic" czy "Gran Torino" (ale też nie poziom tych najsłabszych).
Nie mam pojęcia, czy to rok 2019 był wyjątkowo dobry dla kina, czy też miałem szczęście dowiedzieć się o istnieniu większej liczby udanych filmów, niż w latach poprzednich. Tak czy inaczej, nie miałem większych problemów z wyborem dziesięciu pozycji do swojego subiektywnego rankingu. Większym problemem było ułożenie ich we właściwej kolejności. W słabszym roku niemal każdy z tych filmów byłby kandydatem na podium. Większość z nich obejrzałem z pewnym opóźnieniem za pośrednictwem usługi VOD, tylko trzy widziałem w kinie (w tym "Irlandczyka", którego można było zobaczyć wyłącznie w kinach studyjnych). Na liście nie uwzględniłem czwartego filmu, który oglądałem w kinie - "Przemytnika" w reżyserii Clinta Eastwooda. Bardzo lubię Eastwooda, zarówno jako reżysera, jak i aktora, ale po pierwsze ten film światową premierę miał już w 2018 roku, a po drugie nie jest to jednak poziom "Bez przebaczenia", "Rzeki tajemnic" czy "Gran Torino" (ale też nie poziom tych najsłabszych).
Przejdźmy jednak do najważniejszej części. Przypominam, ze wybór jest całkowicie subiektywny, a jeśli masz innych faworytów - daj znać w komentarzach. Tak naprawdę kolejność filmów na liście nie ma dużego znaczenia, bo moim zdaniem wszystkie prezentują zbliżony poziom, choć cenię je nie zawsze z tych samych powodów. Za jakiś czas mógłbym ułożyć zupełnie inny ranking, ale prawdopodobnie obejmujący te same tytuły. Chociaż pewnie nie widziałem wszystkich zeszłorocznych filmów zasługujących na uwagę.
Najlepsze filmy 2019 roku
10. "Osierocony Brooklyn" ["Motherless Brooklyn"]
reżyseria i scenariusz: Edward NortonDrugi film w reżyserii Edwarda Nortona to bardzo klasyczny kryminał w stylistyce neo-noir, z akcją osadzoną w latach 50. ubiegłego wieku. Nie jest to dzieło na miarę "Chinatown" Romana Polańskiego, ale ogląda się całkiem przyjemnie. Jest tu dość ciekawa intryga, dobre aktorstwo (oprócz grającego główną rolę Nortona warto wyróżnić Willema Dafoe, który jednak w tym roku miał jedną jeszcze lepszą rolę, o czym więcej później), sprawna realizacja i niezły scenariusz (na podstawie powieści Jonathana Lethema). Być może największą zaletą jest soundtrack, bo mamy tu i utwór Thoma Yorke'a i mnóstwo przyjemnego jazzu w stylu epoki, za którego skomponowanie odpowiada Wynton Marsalis. Jazz odgrywa zresztą dość istotną rolę w filmie - pojawia się tu fajny wątek z klubem jazzowym i postacią trębacza, wyraźnie inspirowaną Milesem Davisem.
9. "1917"
reżyseria: Sam Mendes | scenariusz: Sam Mendes i Krysty Wilson-CairnsMogłoby się wydawać, że kolejny film wojenny jest zupełnie niepotrzebny. Dzieło Sama Mendesa wnosi jednak do gatunku trochę świeżości. Po pierwsze, akcja nie dzieje się podczas II wojny światowej, lecz rzadziej inspirującej filmowców I wojny (do głowy przychodzi mi właściwie tylko jeden - "Ścieżki chwały" Stanleya Kubricka). Ale przede wszystkim mamy tutaj zupełnie nietypową dla filmów wojennych pracę kamery - cały film został zrealizowany w taki sposób, jakby nakręcono go w jednym ujęciu, bez cięć. Roger Deakins (zdjęcia) i Lee Smith (montaż) wykonali tutaj naprawdę kawał świetnej roboty. Wrażenie robią zwłaszcza nocne sceny, ale właściwie cały film nieustannie przyciąga uwagę. Sam scenariusz - ponoć oparty na prawdziwych zdarzeniach - jest bardzo prosty, ale historia jest ciekawa. Dobrze poradzili też sobie aktorzy - ci mniej znani, obsadzeni w głównych rolach (George MacKay i Dean-Charles Chapman), i ci bardziej znani, mający tylko krótkie epizody (m. in. Andrew Scott i Benedict Cumberbatch).
8. "Nieoszlifowane diamenty" ["Uncut Gems"]
reżyseria: Ben Safdie i Joshua Safdie | scenariusz: Ben Safdie, Joshua Safdie i Ronald BronsteinOpisy tego filmu w różnych bazach filmowych nie są zbyt zachęcające. Trudno byłoby zresztą ciekawie streścić jego fabułę. Sama historia jest prosta i dość typowa dla thrillerów czy kina gangsterskiego, powielająca znane motywy i schematy. Ale jak fantastycznie jest to opowiedziane. I to przede wszystkim za pomocą formy (w tym także muzyki). Ten film jest tak bardzo intensywny, momentami wręcz psychodeliczny, że cholernie wciąga niezależnie od treści. Co nie znaczy, że fabuła nie odgrywa tu istotnej roli, bo sama historia też jest całkiem ciekawa (jednak przy bardziej sztampowej realizacji film naprawdę mocno by stracił). Aktorsko też jest dobrze, choć to przede wszystkim popis występującego w głównej roli Adama Sandlera, który praktycznie nie schodzi z ekranu. I naprawdę świetnie się w tej roli odnajduje.
7. "Historia małżeńska" ["Marriage Story"]
reżyseria i scenariusz: Noah Baumbach
Nie spodziewałem się, że film tego typu autentycznie mnie zaciekawi i wciągnie, ale tak właśnie się stało. To zasługa kilku rzeczy. Po pierwsze, świetnie napisanego scenariusza (błyskotliwie balansującego między dramatem i humorem), postaci oraz dialogów. Po drugie, naprawdę dobrego aktorstwa - Adam Driver i Scarlett Johansson pokazali się tutaj od najlepszej strony (scena kłótni to prawdziwe mistrzostwo i kulminacyjny punkt filmu). Aż chciałoby się oglądać ich więcej w tego typu rolach, gdzie naprawdę mają co pograć, zamiast marnować się w seriach disneyowskich blockbusterów. Ciekawym rozwiązaniem jest na pewno pokazanie historii z dwóch perspektyw, bez sugerowania widzowi czyją stronę ma trzymać. Pod względem technicznym jest to solidna robota, ale forma jest tu bardzo konwencjonalna, gdyż w tym filmie chodzi przede wszystkim o fabułę.6. "The Lighthouse"
reżyseria: Robert Eggers | scenariusz: Robert Eggers i Max EggersJeden z tych filmów, w których nie bardzo wiadomo o co chodzi i które można interpretować na różne sposoby. Niezależnie od tego, sama forma jest niezwykle atrakcyjna i intrygująca: czarno-biały obraz, wykadrowany kwadratowo, ciekawe zdjęcia i coraz bardziej popaprana fabuła, zilustrowana odpowiednio dobraną muzyką (lub jej brakiem). Do tego ponownie pochwalić muszę fantastyczne aktorstwo. Willem Dafoe i Robert Pattinson są rewelacyjni w swoich rolach, a razem stworzyli naprawdę świetny duet. Naprawdę warto zobaczyć ten film nawet tylko ze względu na to, jak to zostało zrobione i jak zostało zagrane, bo cała reszta ma tu jednak drugorzędne znaczenie i zbyt wiele nie oferuje. Osobiście nie traktuję tego jako wadę, bo przecież nie ma nic złego w tym, że film zachwyca elementami, które właśnie dla tego medium są unikalne, a nie tymi, które można przekazać za pomocą pozostałych rodzajów sztuki.
5. "Irlandczyk" ["The Irishman"]
reżyseria: Martin Scorsese | scenariusz: Steven Zaillian
Klasyczne kino gangsterskie w stylu filmów kręconych niegdyś przez Coppolę ("Ojciec chrzestny" I i II), Leone ("Dawno temu w Ameryce"), De Palmę ("Człowiek z blizną", "Życie Carlita") oraz, oczywiście, samego Scorsese ("Taksówkarz", "Chłopcy z ferajny", "Kasyno"). Kino, jakiego ostatnio brakuje i chyba nie bardzo jest na nie miejsce we współczesnym, politycznie poprawnym świecie. Świetnie było zobaczyć znów Roberta DeNiro, Ala Pacino i Joego Pesci w tego typu rolach i w końcu - po latach chałturzenia przez pierwszą dwójkę oraz niebytu trzeciego - tak dobrze zagranych. Szczególnie Pacino i Pesci wrócili w pełnej chwale. Historia jest tutaj opowiedziana w sposób typowy dla filmów gangsterskich, nieco może przewlekle, ale bez tego nie udałoby się dobrze zbudować tej opowieści. Kilka scen spokojnie może przejść do kanonu gatunku (ta z rybą - genialna!). Całość jest bardzo dobrze, choć z oczywistych względów konwencjonalnie, zrealizowana.4. "Na noże" ["Knives Out"]
reżyseria i scenariusz: Rian JohnsonZ jednej strony jest to klasyczny kryminał w stylu Agathy Christie, z bardzo wyrazistymi postaciami i stopniowo odkrywaną intrygą, podkładając po drodze kilka mylnych tropów. A z drugiej strony, Rian Johnson dokonał tu swego rodzaju dekonstrukcji gatunku, prezentując go w mocno odświeżonej formie i wzbogacając go o elementy komediowe (i to raczej o czarny humor). A rezultat doskonale broni się zarówno jako kryminał, jak i jako komedia. Dodatkowym atutem jest świetna obsada i naprawdę dobre, zwłaszcza jak na kino o typowo rozrywkowym charakterze, aktorstwo - błyszczą przede wszystkim Daniel "James Bond" Craig, Chris "Kapitan Ameryka" Evans, Jamie Lee Curtis i Christopher Plummer. Craig stworzył zresztą na tyle interesującą postać, że planowane są kolejne filmy z jej udziałem. Jeśli w projekt będzie wciąż zaangażowany Johnson, to czekam z niecierpliwością.
3. "Parasite" ["기생충"]
reżyseria i scenariusz: Bong Joon-hoNajbardziej chyba nagradzany film zeszłego roku. Dzieło południowokoreańskiego reżysera Bong Joon-ho jest z jednej strony bardzo koreański, a z drugiej - uniwersalny. Film ponadgatunkowy (zdominowany przez elementy dramatu, czarnej komedii i satyry, ale też odrobiną thrillera), sprawnie łączący różne konwencje w bardzo spójną i dokładnie przemyślaną całość. Każda scena zdaje się być umieszczona we właściwym miejscu i coś wnosić, czy to dla rozwoju fabuły (czasem w dość niespodziewanym kierunku), czy też lepszego poznania bohaterów. Zarówno główne, jak i drugoplanowe role są tu zagrane naprawdę dobrze, co zapewne też jest zasługą dobrego poprowadzenia aktorów przez reżysera. Również pod względem technicznym, wszystko jest tutaj idealnie dopracowane. Sporym atutem filmu jest połączenie pewnych artystycznych ambicji ze znacznymi walorami komercyjnymi - i pewnie tutaj tkwi źródło jego sukcesu.
2. "Pewnego razu w Hollywood" ["Once Upon a Time in Hollywood"]
reżyseria i scenariusz: Quentin Tarantino
Dziewiąty film Tarantino jest zarówno dziełem bardzo w jego stylu, jak i czymś zupełnie dla niego nowym. Całość składa się z dwóch, nierównych części. Pierwsza, zdecydowanie dłuższa, to właściwie zbiór bardzo luźno powiązanych ze sobą scen, będących przede wszystkim hołdem dla Hollywood 1969 roku i ówczesnego kina (ale też w mniejszym stopniu muzyki, dzięki udanemu doborowi kawałków z epoki). Jednak te sceny same w sobie są naprawdę świetnie napisane, wyreżyserowane i sfilmowane, a główni aktorzy, Leonardo DiCaprio i Brad Pitt, grają tu jedne ze swoich życiowych ról. W drugiej części nieśpieszna dotąd akcja nabiera tempa i prowadzi już w konkretnym - choć niekoniecznie spodziewanym przez widzów - kierunku. Robi się też zdecydowanie bardziej tarantinowsko, przede wszystkim w pełnym przemocy i czarnego humoru punkcie kulminacyjnym.
1. "Joker"
reżyseria: Todd Phillips | scenariusz: Todd Phillips i Scott Silver
Nie spodziewałem się po tym filmie wiele. Okazuje się jednak, że film o postaciach z komiksu można zrobić inaczej, ciekawiej, niż ma to miejsce w typowym kinie superbohaterskim. Historia najsłynniejszego przeciwnika Batmana została przedstawiona jako dramat psychologiczny, wprost nawiązujący do takich klasyków kina, jak "Taksówkarz" i "Król komedii" Scorsesego - z pierwszego czerpie estetykę, silnie kojarzącą się z nurtem new hollywood, zaś oba wpłynęły na fabułę (dodatkowym smaczkiem jest udział Roberta DeNiro, który grał główne role w obu tamtych filmach). Jednak to, co w tym filmie najlepsze, to tytułowa postać. Bardzo dobrze napisana (przedstawiona przy tym w inny, bardziej ludzki sposób, niż w komiksach czy innych adaptacjach), ale przede wszystkim fenomenalnie zagrana przez Joaquina Phoenixa, który wspiął się tutaj na wyżyny aktorstwa i zasłużenie został nagrodzony za tę rolę Oscarem, Złotym Globem oraz innymi prestiżowymi nagrodami. Zasłużony jest także Oscar za muzykę, która doskonale podkreśla dramatyzm i klimat. Film nie jest co prawda pozbawiony wad (niektóre rzeczy niepotrzebnie są wyjaśniane w momencie, gdy widz już sam powinien się wszystkiego domyślić), co jednak nie zmienia faktu, że to właśnie "Joker" w zeszłym roku najbardziej mnie zaskoczył i zrobił na mnie największe wrażenie.
Nie spodziewałem się po tym filmie wiele. Okazuje się jednak, że film o postaciach z komiksu można zrobić inaczej, ciekawiej, niż ma to miejsce w typowym kinie superbohaterskim. Historia najsłynniejszego przeciwnika Batmana została przedstawiona jako dramat psychologiczny, wprost nawiązujący do takich klasyków kina, jak "Taksówkarz" i "Król komedii" Scorsesego - z pierwszego czerpie estetykę, silnie kojarzącą się z nurtem new hollywood, zaś oba wpłynęły na fabułę (dodatkowym smaczkiem jest udział Roberta DeNiro, który grał główne role w obu tamtych filmach). Jednak to, co w tym filmie najlepsze, to tytułowa postać. Bardzo dobrze napisana (przedstawiona przy tym w inny, bardziej ludzki sposób, niż w komiksach czy innych adaptacjach), ale przede wszystkim fenomenalnie zagrana przez Joaquina Phoenixa, który wspiął się tutaj na wyżyny aktorstwa i zasłużenie został nagrodzony za tę rolę Oscarem, Złotym Globem oraz innymi prestiżowymi nagrodami. Zasłużony jest także Oscar za muzykę, która doskonale podkreśla dramatyzm i klimat. Film nie jest co prawda pozbawiony wad (niektóre rzeczy niepotrzebnie są wyjaśniane w momencie, gdy widz już sam powinien się wszystkiego domyślić), co jednak nie zmienia faktu, że to właśnie "Joker" w zeszłym roku najbardziej mnie zaskoczył i zrobił na mnie największe wrażenie.









Jak dla mnie:
OdpowiedzUsuń1. The Lighthouse
2. Paraside
3. Historia Małżeńska
4. Knives Out
5. Nieoszlifowane diamenty
6. Joker
7. Klaus
8. Boże ciało
9. 1917
10. Le Mans '66
I za 10, wyróżnienia:
- Pewnego razu w Hollywood
- Toy Story 4
- Ad Astra
- Togo
Pozdrawiam ;)
Fajnie, że coś takiego dodałeś, nie spodziewałem się takiego urozmaicenia. Masz w planie pisać więcej o filmach? Zgadzam się ze składem twojego TOP 10. Ja od siebie dodam „Portret kobiety w ogniu” – piękny film, z bogatym portretem dawnej epoki i czymś, co we współczesnym kinie jest dość rzadkie, czyli dobrą, opowiedzianą bez zbędnej ckliwości historią miłosną.
OdpowiedzUsuńPozwolę sobie tutaj dokończyć myśl, którą chciałem zacząć w Q&A, mam nadzieję, że wybaczysz taki lekki off-top. Wiesz, co uważam za najbardziej kuriozalne? Kiedy takie filmy, jak „Avengers” krytykują wielbiciele takich „arcydzieł”, jak „Braveheart”, „Zielona Mila”, „Gladiator” i „Leon Zawodowiec”. Według mnie tutaj sprawa wygląda tak samo, jak z tym, co kiedyś pisałeś mi o GN’R i disco polo – te filmy to tak naprawdę ta sama kategoria, co „Avengers”. Wszystkie są (i/albo) obliczone na wywarcie na widzu emocji, łopatologicznie opowiedziane, patetyczne, efekciarskie, z klarownym podziałem na dobrych i złych i zakończeniem, podczas którego wszyscy mają się popłakać :) Przyznam, że sam mam słabość i sentyment do paru takich filmów, zwłaszcza „Forresta Gumpa” i „Thelmy i Louise”, choć uważam, że obiektywnie patrząc, też są trochę lepsze i głębsze.
Granicę między kinem artystycznym a masowym dość dobrze uwypukla różnica pomiędzy rankingami Filmwebu i IMDb a RYMem. Na pierwszych dwóch większość miejsc zajmują właśnie takie wydmuszki, za to na RYMie na tyle, na ile to jest możliwe na tak popularnej stronie, jest wręcz przeciwnie. Oczywiście, nie jest to aż tak proste, ranking RYM też ma swoje plamy na honorze (największe to „Skazani na Shawshank” i anime, choć w przypadku tego pierwszego miejsce poza TOP 70 to i tak dobry wynik, biorąc pod uwagę kult, jakim jest otaczany, poza tym uważam go za lepszy, od tych które wymieniłem, a w przypadku drugiego, może to po prostu wynikać z mojego niezrozumienia gatunku), a na Filmwebie i IMDb też są klasyki, które zasłużenie dorobiły się statusu legendy, choćby „Ojciec chrzestny”. Ale założę się, że gdyby Filmweb i IMDb miały sekcję muzyczną, to w TOP 100 byłby i debiut GN’R, i „Ramones”, i coś od Iron Maiden, i od AC/DC, i „Nevermind” (to z kolei jest wraz z „MBDTF” największa ujma muzycznej sekcji RYMu).
Nie chcę rzucać wysłużonymi nazwiskami i tytułami kina artystycznego, żeby nie wyjść na snoba, myślę, że wiadomo, o co i kogo chodzi. Filmy, które Ci kiedyś poleciłem („Siedmiu samurajów” i „Łowcę androidów”) uważam za jeszcze dość dalekie od poziomu największych arcydzieł kina, ale stanowiące dobry pomost między rozrywkowym kinem akcji, a sztuką. Mam nadzieję, że jeśli podejmiesz się recenzowania filmów, to weźmiesz to, co napisałem pod uwagę lub przynajmniej zmienisz gust, tak samo jak zrobiłeś to muzycznie. Przynajmniej nie masz żadnego takiego filmu ocenionego maksymalnie, to już dobry początek :)
PS. Widzę, że przy okazji śmierci jednego z wielkich polskich twórców, wziąłeś się też za muzykę poważną. Rozwijasz się, podziwiam. Penderecki był wybitnym kompozytorem, a „Tren Ofiarom Hiroszimy” to być może najlepsza polska kompozycja muzyki poważnej w historii.
PPS. Sorry, że znowu tak długo, no nie umiem się streszczać…
Być może pojawi się więcej tekstów o filmach, skoro już pierwszy taki tekst mam za sobą ;)
UsuńMoje Top 10 to przecież też kino rozrywkowe, co najwyżej z pewnymi artystycznymi ambicjami. No ewentualnie "Lighthouse" można uznać za kino artystyczne, ale tutaj mam wątpliwości, czy to rzeczywiście jest ambitne, czy tylko próbuje takie być. Szczególnie miałem je po pierwszym sensie, po drugim bardziej doceniłem formę. W każdym razie daleki jestem od potępiania kina rozrywkowego w całości, bo ono ma bardzo wiele odmian. Poza tym filmy można oceniać na bardzo wielu płaszczyznach. Przeciętny widz skupia się głównie na fabule, ale poza nią jest przecież jeszcze wiele innych elementów, które w powyższym tekście skrótowo opisuje jako realizację lub formę. I takiego "Leona zawodowca" będę bronił np. za aktorstwo, które stoi jednak na wyższym poziomie niż w typowym kinie superbohaterskim, gdzie grają dobrzy aktorzy, ale w sumie to nie za bardzo im tam się chce grać i nic ciekawego nie pokazują (tak, jak wspominałem przy "Historii małżeńskiej", Driver i Johansson tak rewelacyjnie zagrali - nie tylko w scenie kłótni, ale przede wszystkim w niej - że bardzo mocno wykreowane przez nich postaci i niektóre sceny utkwiły mi w pamięci, a z ich występów we franczyzach Star Wars i Marvel kompletnie nie pamiętam). I nie pamiętam, żeby tam efekciarstwo zastępowało fabułę, bo jednak film opiera się przede wszystkim na historii. Brak pozytywnego zakończenia raczej też jest plusem, bo mogło się to skończyć w znacznie bardziej ckliwy sposób. Oczywiście, nie twierdzę, że to jakieś wybitne kino, tylko rozrywka na pewnym poziomie, bez aspiracji do czegoś więcej.
Ten post to dobre miejsce na filmowy offtop, bo po zrezygnowaniu z "Q&A" nie ma już gdzie tego robić. Na pisanie o muzyce poważnej już nie tak dobre... A pojedynczych dzieł słuchałem już wcześniej na przestrzeni lat, sam Penderecki nie był mi całkiem obcy.
Te filmy, o których wspomniałeś, czyli „Braveheart”, „Zielona Mila”, „Gladiator” i „Leon Zawodowiec”, oraz „Skazani na Shawshank” to całkiem fajne kino, po prostu dobrze się je ogląda, ale czy arcydzieła? Nie wiem, nie znam się, raczej nie ,ale żeby od razu porównywać do disco polo?
UsuńRozumiem co Janusz ma na myśli krytykując te filmy. Celowe wywoływanie konkretnych emocji u odbiorcy to cecha sztuki niższej, użytkowej. Jednak nawet jeśli te filmy tracą na wartości przez taki zabieg, to przecież wciąż mają dużo do zaoferowania pod innymi względami.
UsuńDo disco polo należałoby raczej porównać polskie komedie romantyczne ;)
Oczywiście, w swoim komentarzu uprościłem sprawę, bo już i tak wyszedł długi i nie chciałem się jeszcze rozpisywać, co mi się w danym filmie podoba, a co nie.
UsuńTo nie tak, że uważam te filmy za jakieś gnioty, lepiej, że ludzie zachwycają się nimi, niż gdyby kultem miały być otaczane np. patetyczne okropieństwa Rolanda Emmericha.
Pod względem aktorskim akurat te filmy są bardzo dobre, bo zawierają aktorską śmietankę Hollywood i nie sądzę, że doszła ona na szczyt przypadkiem. Ale czasami nawet najlepsze aktorstwo nie uratuje słabo napisanej postaci. Na przykład we wspomnianym "Leonie Zawodowcu" czarny charakter jest grany przez Gary'ego Oldmana, który jest bardzo dobrym aktorem, jednak sama postać jest według mnie strasznie przerysowana i płaska. Z kolei w przypadku postaci tytułowej jest odwrotnie - jest sympatyczna i charakterystyczna, ale Reno według mnie nie jest wybitnym aktorem.
Co do zakończeń, rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić, żeby te filmy kończyły się inaczej, co nie zmienia faktu, że jak przypominam sobie np. ostatni monolog herosa w "Gladiatorze", to dostaję mdłości ;)
Widzisz, mnie też ubodło, jak porównałeś GN'R do disco polo :) Ale też rozumiem, co wtedy miałeś na myśli. To porównanie to była tylko taka analogia film-muzyka i odniesienie do tego, co wtedy napisałeś. Chyba bardziej uzasadnione byłoby porównanie filmów do tych albumów i wykonawców, które wymieniłem na końcu trzeciego akapitu.
Jeśli chodzi o współczesne kino artystyczne, to trudno jest mi znaleźć coś naprawdę wartościowego - starzy mistrzowie już umarli albo spuścili z tonu. Myślę, że warto poszukać w bardziej egzotycznych kierunkach - dlatego też cieszę się, że powstał taki film, jak "Parasite" i że został doceniony, nawet jeśli nie był najlepszy w tym roczniku. Warto też wspomnieć o polskim "Bożym ciele" - nie chcę wprowadzać zbyt sztywnego podziału na rozrywkę i sztukę, ale na pewno nie jest to film łatwy w odbiorze. Jest surowy, brutalny, ostry w przekazie, z ciekawą historią i wieloma dobrymi rolami. Jak przy "Zimnej Wojnie" miałem wątpliwości, tak tu jestem pewien, że nominacja do Oscara była zasłużona.
Moim zdaniem wybór aktorów i kreacje w "Leonie" są trafione. Przerysowany Oldman rozluźnia atmosferę i jasno daje do zrozumienia, że to nie jest poważne kino, natomiast kontrastujący z nim, powściągliwy Reno dobrze pasuje do postaci, która jest małomówna i niechętnie pokazuje emocje. Pozostałe filmy musiałbym sobie przypomnieć, żeby się szerzej wypowiedzieć (a w sumie nie bardzo mam ochotę). Pamiętam, że patosu faktycznie w nich nie brakuje i to jest na pewno minus. Ale za to w "Gladiatorze" jest Joaquin Phoenix, który już wtedy pokazał spory potencjał.
UsuńPorównanie tych filmów do GN'R jest zasadne, bo przecież ten zespół też często jest traktowany za coś bardziej ambitnego, niż w rzeczywistości. A te jego ballady są obliczone na wywoływanie konkretnych emocji. A wciąż jest to tylko muzyka o stricte użytkowym charakterze (stąd moje porównanie do disco polo).
"Bożego ciała" jeszcze nie udało mi się zobaczyć, ale pewnie to nadrobię.
Niedługo będziesz zamieszczał ranking okolicznych piekarni :)
OdpowiedzUsuńPosłużę pomocą z wykształcenia jestem piekarzem
UsuńMuzyka i film to dwie formy sztuki i/lub rozrywki, więc poszerzenie tematyki o to drugie, raczej nie powinno budzić obaw, że będę teraz pisał o wszystkim ;) Na tę chwilę nie wiem nawet, czy będzie więcej postów o filmach, bo jednak muzyka interesuje mnie dużo bardziej.
UsuńJa polecam piekarnię na Krzekowie. :) Bardzo dobry "zwykły" chleb.
UsuńWiadomo że piekarnia prywaciarza zawsze będzie lepsza jak jakaś masowa produkcja.
UsuńA znasz jakieś państwowe piekarnie ? bo ja nie
UsuńZapewne chodzi o małe piekarnie nie wchodzące w skład żadnej sieci. Ja w okolicy mam, niestety, same sieciówki.
UsuńZapewne tak choć sieciówki też są prywatne. Dziś wszystko jest prywatne i sklep pana Jasia i Mediamarkt czy Empik. W sumie to już niestety tak jest że sieciówki taniej produkują bo więcej i tak jak rodzinne apteki padają bo mają drożej w hurtowniach jak moja znajoma która była wrogiem sieciówek to jednak musiała swoją aptekę podłączyć do sieciowki bo wybór miała tylko taki albo likwidacja. No z piekarniami może jest trochę lepiej bo klient w aptece jeśli ma wybór to kupi ten sam lek tam gdzie taniej a jeśli pan Janek ma drożej w swojej rodzinnej piekarni ale bułki są inne i lepsze to mimo wszystko klientów może jeszcze mieć. Ale one padają z innego względu. U mnie jest taka "prywatna" piekarnia (już ponad 50 lat)i właścicielka która to odziedziczyła po matce wie że jak pójdzie na emeryturę (a będzie to niedługo)albo umrze to niestety dzieci to zlikwidują bo ich to nie interesuje. No to jednak pogadalimy o piekarni :))
Usuń"małe piekarnie nie wchodzące w skład żadnej sieci" Dokładnie.
UsuńA u mnie na wsi jest tylko najpodlejszy chleb jaki możesz znaleźć :/
UsuńW sumie się im nie dziwię, jedyne co się tam dobrze sprzedaje to piwo
Pozwolę sobie dorzucić właśnie obejrzany przeze mnie Jojo Rabbit - kawał czarnej komedii, pokazujący, że nawet w takiej tematyce, jak historia III Rzeszy jest miejsce na mocny humor. Sam Hitler nie odgrywa tu zbyt istotnej roli, ale jego kreacja będzie smaczkiem atrakcyjnym dla sympatyków "Bękartów Wojny" Tarantiny. Ten sam poziom absurdu.
OdpowiedzUsuńTo pewnie sprawdzę ;)
UsuńO, a dla mnie "Jojo Rabbit" to zupełnie nieśmieszna wydmuszka z niezłym aktorstwem. Ani jako komedia, ani jako dramat się nie sprawdza.
UsuńPrzyjemny film. Nie wywrócił mojej listy, ale nie żałuję poświęconego czasu. Nie wydał mi się jednak szczególnie absurdalny.
UsuńDla mnie:
OdpowiedzUsuń- "1917"
Piękne zdjęcia, uczta dla oczu.
- "Na noże"
Ciekawa intryga, fajnie zagrane postacie.
- "Pewnego razu w Hollywood"
Wiele ludzi gada "Nudny film", "to nie Tarantino", "Beznadziejne" a ja nwm jak można być tak ślepym. Ten film jest piękny wizualnie a kończy się wręcz genialnie.
- "Boże ciało"
Intrygująca historia chłopaka i jak dobrze zagrana.
Na "Hollywood" byłem w kinie i ludzie wychodzili w trakcie seansu, zapewne znudzeni. Z kolei po "Jokerze" słyszałem komentarz, że film był za mało pozytywny :p A na "Irlandczyku" ktoś za mną wydawał okrzyk przy każdej scenie zabójstwa.
UsuńWidać ludzie nie mają pojęcia na co poszli do kina.
O, dość niespodziewane podsumowanie. Ale bardzo spoko. Widziałem tylko miejsca 1 i 3. xD Zachęciłeś mnie do obejrzenia paru z nich, chociaż nadal niewiele mam porównania z klasyką.
OdpowiedzUsuńA z podsumowaniem dekady zatrzymałeś się chyba około 2012 roku ze słuchaniem? :P
W części opisów wspominam klasyczne tytuły i faktycznie lepiej byłoby obejrzeć je najpierw.
UsuńChyba tak, w 2012. Stwierdziłem, że nie ma to sensu, bo i tak wszystkiego nie przesłucham, a znaczną cześć przesłuchanych już zdążyłem zapomnieć. Tak więc nie będzie podsumowania lat 10. XXI wieku. Ale może w dalszej przyszłości pojawi się podsumowanie drugiej dekady XXI wieku (2011-2020), jednak na pewno nie w formie rankingu.
Joker tez mi się spodobał, znakomita rola Joaquina Phoenixa, świetna, klimatyczna, posępna muzyka, będę musiał przesłuchać soundtrack.
OdpowiedzUsuńPrawdę mówiąc, soundtrack zrobił na mnie dużo mniejsze wrażenie bez obrazu, niż w filmie.
UsuńCzasami tak jest, natomiast w druga stronę chyba się nie zdarza. A tak ogólnie mówiąc, słuchasz muzyki filmowej?
UsuńMasz jakieś swoje ulubione soundtracki?
Wracając do filmów, lubię kino wojenne, a film 1917 ogólnie oceniany dosyć wysoko, ale ostatnio widuję znacznie mniej przychylne komentarze, że wydmuszka, że bezpłciowy. Trzeba będzie samemu obadać.
Usuń"Jack Johnson" Milesa Davisa, "Nosferatu" Popol Vuh i "Blade Runner" Vangelisa ;) Raczej nie sięgam po płyty OST, nawet jeśli podobała mi się oprawa muzyczna w danym filmie.
Usuń"1917" warto zobaczyć dla świetnych zdjęć. W powszechnej świadomości utarło się powiedzenie "przerost formy nad treścią" i postrzeganie tego jako coś złego, a także utożsamianie "treści" z fabułą. Niekonwencjonalna forma jest tym samym często powodem krytyki, a jeśli idzie w parze ze zwyczajną fabułą, to już w ogóle. "1917" nie wyróżnia się pod względem fabuły. Ale sama forma jest wystarczającym powodem, żeby ten film zobaczyć.
10. "Irlandczyk"
OdpowiedzUsuń9. "Historia małżeńska"
8. "Parasite"
7. "Portret kobiety w ogniu"
6. "Nieoszlifowane diamenty"
5. "1917"
4. "Ból i blask"
3. "The Lighthouse"
2. "Kraina miodu"
1. "Joker"
Nigdy chyba nie słyszałem o filmie, który tak bardzo podzielił publiczność jak Joker. Widziałem chyba tyle samo osób nazywających go dobrym filmem co naiwnym śmieciem. Chyba sam w końcu obejrzę.
OdpowiedzUsuńJeżeli spojrzysz na ten film, jako opis historii postaci z komiksu to jest naprawdę ok.
UsuńJeżeli zaś podejdziesz do tematu zastanawiając się co świat robi z człowiekiem to lepiej obejrzeć 'Taxi Driver' i 'Krola Komedii'. Bo po prostu jest to współczesna kopia tych dwóch filmów. Nie zmienia to oczywiście faktu, że Joaqin Phoenix jest znakomity.
Dobrze obejrzeć te dwa filmy wcześniej, natomiast ich znajomość nie oznacza, że nie warto zobaczyć także "Jokera". Nie wszystko jest tu kopią. Film broni się jako samodzielne dzieło. Pokazuje, że kino oparte na komiksie może być czymś więcej, niż tylko najprostszą, infantylną rozrywką. Wcześniej coś takiego udało się chyba tylko Nolanowi w jego trylogii Batmana. W "Jokerze" udało się to jeszcze lepiej.
UsuńPlus oczywiście sama rola Phoenixa jest wystarczającym powodem, by film obejrzeć. Bez niego byłby to dużo gorszy film, ale ponieważ praktycznie nie schodzi z ekranu, to ratuje nawet te sceny z dość głupimi rozwiązaniami fabularnymi.
UsuńPoza tym, Joker to kompletnie inny typ postaci, niż choćby Travis Bickle. Arthur Fleck nie jest zgrywającym bohatera obserwatorem "zgniłego, podzielonego na klasy społeczeństwa", ale wręcz jego ofiarą. Ma inną motywację, inne czynniki popychają go do okrutnych rzeczy, inaczej kończy się jego historia. Jest kimś innym niż Bickle zarówno na początku, jak i na końcu. Zdecydowanie nie jest to kopia "Taksówkarza", choć oczywiście czerpie z niego nawet więcej niż całe garści. Ale perspektywa jest zupełnie inna.
UsuńJa liczę na to, że w kontynuacji (ma być) okaże się, że historia w tym filmie była tylko urojona opowieścią Artura opowiadaną pani doktor. A właściwie opowieścią Jokera opowiadaną z perspektywy zakładu Arkham.
UsuńTen film nie potrzebuje żadnej kontynuacji, tak jak nie potrzebowały jej "Taksówkarz" i "Król komedii". Albo jak nie potrzebował jej np. "Chinatown", który jednak doczekał się drugiej części, która chyba nikogo nie obchodzi i mało kto w ogóle wie o jej istnieniu (bo i poziomem znacznie odbiega od pierwowzoru).
UsuńTo Chinatown ma drugą część? Niespodzianka:)
UsuńTak, "Dwóch Jake'ów" z 1990 roku to kontynuacja "Chinatown". Reżyserował sam Jack Nicholson i widać, że nie zrobił tego reżyser z prawdziwego zdarzenia, jak Polański. Ale i nie bardzo było z czego zrobić wielkie dzieło, bo już na poziomie scenariusza było przeciętnie.
UsuńOdpaliłem dzisiaj "Uncut Gems" i czy tylko ja mam wrażenie, że Sandler w tym filmie usilnie naśladuje Ala Pacino z okolic "Carlito's Way" czy "And Justice For All..."? :D Sposób poruszania się, mimika, sposób mówienia (w tym charakterystyczne "nosowanie" i przeciąganie głosek), a nawet zachowanie, gdy łapie kurwice... podobieństwa są ewidentne :D
OdpowiedzUsuńNie tylko Ty - od pierwszych scen (tzn. gdy akcja już przeniosła się do NYC) miałem identyczne skojarzenie ;)
UsuńSkoro jest tu miejsce na filmowe Q&A, co sądzisz o aktorstwie Nicolasa Cage'a, Bena Afflecka i Christina Slatera ? Najlepiej każdego z osobna.
OdpowiedzUsuńA na liście brakuje mi zeszłorocznego " Endgame ". I mówi to osoba, która absolutnie nie jest fanboyem MCU.
Na liście niczego nie brakuje z jednego prostego powodu: to jest tylko i wyłącznie ranking 10 filmów, które mnie podobały się najbardziej z tych, które do tej pory widziałem ;) "Endgame" nie podobał mi się bardziej od żadnego z tych filmów, a wręcz średnio mi się podobał, choć i tak bardziej od wielu poprzednich z MCU. Przede wszystkim jest nierówny. Pierwszy, spokojniejszy akt to naprawdę fajny pomysł. Drugi, z mnóstwem nawiązań do poprzednich filmów do też świetny pomysł na zamknięcie dotychczasowego etapu serii. Te części filmu bazują przede wszystkim na sprawnie napisanym scenariuszu, można też popatrzeć na dobrych aktorów (których jednak stać na więcej - patrz Johansson w "Historii małżeńskiej" i Evansa w "Na noże", żeby tylko ograniczyć się do filmów z 2019). Ale ostatni akt to już praktycznie same efekty specjalne i miliard postaci, przez które robi się jeden wielki burdel (z tego powodu kompletnie odbiłem się od "Infinity War").
UsuńCo do pierwszego pytania, to raczej oczywiste jest, że nie są to za dobrzy aktorzy, a przede wszystkim grający raczej w kiepskich filmach. Ale jak dać im dobry scenariusz i/lub reżysera, który umie odpowiednio poprowadzić aktorami, to potrafią zagrać całkiem nieźle. Jako potwierdzenie, przypomnę tylko role Cage'a w "Dzikości serca" Lyncha, Slatera w "Prawdziwym romansie" Tony'ego Scotta (ze scenariuszem Tarantino) i Afflecka w "Zaginionej dziewczynie" Finchera. Ten ostatni zresztą sam nieźle sprawdził się w roli reżysera, bo "Gdzie jesteś, Amando" to jeden z moich ulubionych filmów XXI wieku. W roli głównej wystąpił tam młodszy z braci Afflecków, Casey, który jest lepszym aktorem, co pokazał przede wszystkim w "Manchester by the Sea".
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńDobre aktorstwo jest wtedy, kiedy aktor wcielając się w postać nadaje jej jakiegoś charakteru, sprawia, że nie jest papierowa, a przy tym angażuje się w to co robi, gra całym sobą, jest przy tym naturalny i wiarygodny. Może być nadekspresyjny albo powściągliwi, jeżeli pasuje to do danej postaci i jest w tym konsekwentny. Jeśli natomiast gra w sposób drewniany, ze znużeniem albo nie oddając emocji, które w danym momencie powinny się pojawić - jest to złe aktorstwo. Tak samo wtedy, gdy reaguje w sposób przerysowany, ale nie pasujący, bo grając złość lub smutek, budzi u widza śmiech - to też jest złe aktorstwo. Wrócę jeszcze raz do chyba mojej ulubionej zeszłorocznej sceny, czyli do kłótni z "Historii małżeńskie". Tam gra aktorska jest strasznie ekspresyjna, niesamowicie przerysowana, ale aktorzy są w tym bardzo naturalni i wiarygodni, bo takie zachowanie doskonale pasuje do tych postaci, które same są związane ze środowiskiem aktorskim (reżyser teatralny i aktorka).
UsuńNa resztę odpiszę później, bo teraz nie mam już czasu.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńRiver Phoenix zmarł prawie 30 lat temu i jakoś nie wydaje mi się, żeby ludzie szli do kina na "Jokera", bo tam gra młodszy brat R.P.. Zapewne Joaquin miał łatwiejszy start, ale w między czasie nie raz już pokazał, że jest dobrym aktorem (głównie w mniej znanych filmach), a wręcz coraz lepszym. I teraz po prostu wykorzystał to zbierane latami doświadczenie, bardzo też zaangażował się w tę rolę, długo się do niej przygotowując, dzięki czumu niemalże stał się graną postacią, a nie tylko odgrywał ją.
Usuń"Batman i Robin" to bodajże najgorsze gówno, jakie widziałem. Nie znajduję tu ani jednej zalety. A jeśli chodzi o wady, to jest ich tyle, że nie wiem od czego zacząć. Scenariusz jest idiotyczny, infantylny, pozbawiony jakiejkolwiek logiki. Wszystkie postaci bez wyjątku zachowują się jakby amputowano im znaczną część mózgu. Aktorstwo jest drewniane i widać, że jedyne na czym zależało aktorom, to gaża. Scenografia jest okropnie kiczowata i tandetnie wykonana. Do tego mamy jeszcze takie "drobiazgi', jak kompletne ignorowanie zasad fizyki, biologii i pewnie wszystkich pozostałych nauk. Niby część tych rzeczy można próbować usprawiedliwić komiksową konwencją, ale cóż z tego, skoro to jest tak bezdennie głupie i źle zrobione, że nie ogląda się tego dobrze nawet dla beki.
" Ale ostatni akt to już praktycznie same efekty specjalne i miliard postaci, przez które robi się jeden wielki burdel " - ja to odbieram tak, że z tym fragmentem jest jak z jazzem. Może sprawiać początkowo wrażenie chaosu, a jako że dużo się tu dzieje to przy każdym kolejnym uważnym obejrzeniu fragmentu można odkryć nowe szczegóły, które wcześniej umknęły.
UsuńJakie szczegóły? Przecież to tylko efekciarskie naparzanie się tych dobrych z tymi złymi. Jeśli już szukać analogii z muzyką, to przypomina mi to raczej jakiś pseudo-próg, gdzie jest nawrzucane mnóstwo wszystkiego, ale mało co jest tam z tego potrzebne ;)
UsuńSzczegóły, które wyłapie się jeśli obejrzy się film więcej niż raz :D Chodzi o to, że dzieje się tu wiele na drugim planie. Każdy bohater jaki przewinął się przez poprzednie filmy ma swój udział w akcji, nawet jeśli nie na pierwszym planie, to gdzieś w tle, więc można jednocześnie obserwować ich zmagania, przy czym za jednym razem zwracać uwagę na pierwszy plan a w innym na tło, gdzie czasem dzieją się równie ciekawe rzeczy. Nawet jeśli to tylko naparzanie się nie można powiedzieć, że jeśli obejrzysz ten film to wyłapiesz już wszystko co tam zawarto. 11 lat budowania uniwersum prowadziło do takiej ostatecznej konfrontacji, więc reżyserzy i tak dobrze sobie z tym poradzili. Można się czepić paru niekonsekwencji czy fragmentów - jak z dupy wzięty moment " girl power ", który faktycznie wypadł żenująco - ale choreografia wydaje się przemyślana.
UsuńParafrazując z recenzji " Ascension " Coltrane'a: Fragment przy pierwszym obejrzeniu może sprawiać wrażenie kompletnego chaosu. Przy bliższym poznaniu okazuje się jednak, że całość jest niezwykle spójna i konsekwentnie trzyma się pewnych wytycznych. To samo z całym " Infinity War ".
Tamte słowa dotyczyły konkretnego albumu. Tutaj mamy zupełnie inne środki (nic się nie powtarza, bo tam są to środki muzyczne, tu filmowe), używane do osiągnięcia innego celu i dające zupełnie inny rezultat. Wszystko sprowadza się do tego żeby było efektownie. Żadna postać nie jest wykorzystana w pełni, bo jest ich zbyt wiele i każda dostaje bardzo mało czasu. To zupełnie inaczej niż na "Ascension", gdzie każdy muzyk przez caly czas robi coś istotnego, co można cały czas śledzić.
UsuńOdnoszę wrażenie, że efektowność to coś złego co z góry zaniża poziom filmu. Efekciarskość może i tak, ale efektowność jest całkowicie dopuszczalna w kinie superbohaterskim. Jeśli taki film zostanie podparty ciekawymi relacjami między postaciami, wyraźnie zarysowanym konfliktem (w tym przoduje akurat Civil War), różnorodnymi charakterami, wyrazistym oponentem, pamiętnymi momentami (jak wejście Thora w finale IW, ostatnie ujęcie tego filmu czy " Hail Hydra ") i profesjonalnym wykonaniem (wszystko to jest w IW czy Endgame) to efektowność jest jak najbardziej na miejscu. A gdyby każda postać miała zostać wykorzystana w pełni taki film trwałby co najmniej 5 godzin. I tak reżyserom udało się rozsądnie ogarnąć tyle postaci i pozorny związany z tym nieład. Jeśli można się tu w czymś pogubić to ewentualnie w kwestiach związanych z liniami czasowymi.
UsuńEfektowność nie jest zła, jeśli dany film / sekwencja / scena nie opiera się wyłącznie na tym elemencie. W tym przypadku nagromadzenie postaci i akcji powoduje według mnie, że praktycznie nie ma tam żadnych relacji między bohaterami, a ich różnorodności po prostu już nie widać, bo udział większości z nich sprowadza się niemalże do roli statystów.
UsuńWrócę do porównania z "Acension". Gdyby Coltrane nie zaprosił na tę sesję kilkunastu muzyków, tylko kilkudziesięciu - wszystkich z którymi wcześniej grał i wszystkich, z którymi tamci grali - to też nie dałby rady nad tym wszystkim zapanować i udział większości z nich byłby na marne. Mogłoby dojść np. do tak kuriozalnej sytuacji, że wybitny saksofonista Ornette Coleman (sprowadzony przez Jimmy'ego Garrisona, który grał z Colemanem, zanim dołączył do kwartetu Trane'a) zagrałby tam tylko trzy dźwięki. To mogłyby być nawet trzy najbardziej zajebiste dźwięki, jakie kiedykolwiek zagrano na alcie, ale 1) łatwo byłoby je przeczyć przy pierwszym lub nawet drugim odsłuchu, 2) a gdy przy kolejnym by się je odkryło, to i tak nie wpłynęłyby na opinie o całym utworze, bo to tylko trzy dźwięki bez żadnego wpływu na całokształt. Ale gdy Ornette grał w mniejszych składach, miał do dyspozycji znacznie więcej miejsca i czasu, i wtedy grał same istotne rzeczy.
Może i porównanie do " Ascension " było chybione, ale chciałem za pomocą tego przykładu przekazać, że to co za 1. razem wydaje się chaotyczne, za kolejnym może wydać się dużo bardziej uporządkowane.
UsuńTo może i ja włączę się w dyskusję. Jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, przytaczany fragment opiera się na wykorzystaniu konkretnych mocy bohaterów dzięki którym mogą wspomóc drużynę (nawet Mantis pojawia się w pewnym momencie w tle akcji, a przecież nikt by nie podejrzewał, że umie się bić - przykład, że wprowadza to coś nowego do serii, co może być kontynuowane i wtedy zdziwienie będzie mniejsze po odnalezieniu tego fragmentu). A wiadomo, że każdy z nich ma inne. Nie jest też tak, że każdy robi swoje i tyle, niektóre fragmenty opierają się na współpracy bohaterów, dzięki którym bohater A nie zrobiłby czegoś bez bohatera B (choć też nie jestem fanem wspomnianego przez Krzysztofa momentu "girl power", wciśniętego ewidentnie na siłę ku uciesze żeńskiej części publiczności). Wiadomo, że można byłoby to inaczej poprowadzić, jednak w takim kształcie przykłady takiej kooperacji ogląda się po prostu przyjemnie. Nie sama efektowność odgrywa tu dużą rolę, bowiem w trakcie pojawia się kilka dialogów, jak umiejętne wplecione ponowne "pierwsze" spotkanie Quilla z Gamorą, czy wątków, jak pysznie kontynuowany motyw z "Czasu Ultrona" w kontekście młota Thora. Choć tu faktycznie można się czepiać, że bohaterowie czasem zamiast walczyć z całych sił, rozmawiają sobie w czasie starcia :)
UsuńChodzi też o pokazanie skali tego przedsięwzięcia. "Koniec gry" to po uwzględnieniu inflacji najdroższy film w historii kina i jeśli już tak jest, to oprócz pokaźnych gaż gdzieś ten budżet trzeba pokazać. Szczerze mówiąc wolę tak racjonalnie wykorzystany budżet niż sztucznie rozbuchany i niewidoczny. Na myśl zawsze przychodzi mi "Informator" Michaela Manna, który opiera się na rozmowach, a kosztuje... 90 mln (przełomowy w kontekście efektów specjalnych "Matrix" z tego samego roku miał o niecałe 30 mln mniej). Wiadomo, że w kontekście akcji czasem mniej znaczy więcej, jednak w przypadku dzieła braci Russo sprawa wygląda trochę inaczej. Thanos był niejednokrotnie przedstawiany w poprzednich filmach jako największy wróg ludzkości posiadający bardzo liczną armię. Ograniczenie takiej ekspozycji do początkowej potyczki 3vs1 byłoby rozczarowaniem. Dzięki umieszczeniu tylu bohaterów biorących czynny udział w akcji jest to kapitalne podsumowanie dotychczasowej filmografii MCU. Tym bardziej, że z niektórymi z tych postaci już się zapewne nie spotkamy (chyba że producenci sypną aktorom pokaźną ilością $). Jest to kumulacja tego, co wiele osób chciało od lat zobaczyć i co wreszcie mogą dostać (tyczy się to także dwóch poprzednich filmów Russo czy Whedona, gdzie stopniowo wprowadzano większe crossovery).
Choć w kwestii starcia na większą skalę dla mnie niepobita zostaje potyczka na lotnisku w "Wojnie bohaterów", gdzie mamy kilkunastu bohaterów, a wydaje się, że każdy odgrywa tak samo ważną rolę, a sam konflikt jest tak skonstruowany, że można i jednej i drugiej stronie przyznać rację - zupełnie odwrotnie niż w powstałym w tym samym roku "Batman v Superman", gdzie główny spór został tak rozpisany, że jako scenarzysta tego filmu schowałbym się ze wstydu pod ziemię. Do tego w najnowszym "Avengers" mamy wiele niespodzianek, jak (nie wnikając w spoilery) kondycja Thora, odstęp czasowy między wydarzeniami z początku a późniejszymi, nowe oblicze Hulka, totalnie nieprzewidywalne zakończenie wątku Kapitana Ameryki czy dziesiątki nawiązań do poprzednich filmów i wątków ciągnących się jeszcze od pierwszego "Iron Mana", niewciśniętych na siłę, lecz mających związek z główną akcją i układających się (przynajmniej w większości) w spójną całość. Dla mnie takie zabiegi odróżniają filmy Russo od wielu innych prób superbohaterskich z dawnych lat, a także wielu tych z lat ostatnich.
UsuńInnym zagadnieniem jest kwestia przywiązania do tego uniwersum. Dzięki temu, że MCU jest tak długo podbudowywane wiadomo wiele o postaciach, dzięki czemu stają się dla wielu widzów barwne, interesujące czy przyciągające, więc w trakcie seansu zależy im na nich (między innymi dlatego ostatni akt działa aż tak dobrze). Do tego poza czystą nawalanką przez filmy z tej serii przewijały się przecież nieco bardziej refleksyjne motywy: ojcowskiej miłości (Thanos-Gamora), przeludnienia świata (więcej niż wyrazista motywacja Thanosa) wybaczania (drama na linii Bucky-Stark), przezwyciężania własnych - wewnętrznych i zewnętrznych - słabości (wątek Thora w "Wojnie bez granic" i "Końcu gry"), otrzymania szansy na inne, lepsze życie (tu musiałbym wejść w spoilery) czy słuszności swoich działań w wypadku globalnej stawki ratowania świata (konflikt w "Wojnie bohaterów"). Dlatego też nie zgadzam się z osobami, które sądzą, że takie pocornowe kino nie może być wartościowe pod względem emocjonalnym. Może to zbyt wielkie uproszczenie, ale czasem wydaje mi się, że tylko zżyci z tymi bohaterami fani mogą naprawdę docenić 2 ostatnie filmy braci.
@Krzysztof: Może i ja źle sformułowałem swoje zarzuty, bo nie tyle chodzi mi o chaos, co o to, że nagromadzenie akcji i postaci powoduje, że wszystko inne staje się powierzchowne. Zapewne masz rację, że mogłem przeoczyć np. jakieś ciekawe rozwiązanie choreograficzne - jednak uważam, ze taki drobiazg nie wpływa na ogólny charakter tego fragmentu, a tym samym nie wpłynąłby na moją opinię o nim.
Usuń@Robert: Większość wymienionych przez Ciebie niespodzianek pojawia się w pierwszym i drugim akcie, które przecież oceniam pozytywnie. Moje zarzuty tyczą się tylko i wyłącznie aktu trzeciego. Sam przyznajesz, że ciekawiej wypada potyczka z "Wojny bohaterów" - jest tak właśnie dlatego, że tam postaci jest zdecydowanie mniej, a tym samym każdą z nich można było w pełni wykorzystać i ciekawiej to wszystko zaaranżować.
PS. Spodziewałem się, że wcześniej pojawisz się pod postem o filmach ;)
@Filip - Jeśli chcesz definicji dobrego aktorstwa, to obejrzyj "Jokera" (a jeśli oglądałeś, to polecam zrobić to drugi raz, bo to jeden z tych filmów, w których przypadku naprawdę warto) i zwróć dokładnie uwagę na KAŻDY jeden element odgrywania przez niego roli - jednostajny, nieco "upośledzony" sposób mówienia, koślawe akcentowanie głosek, sposób poruszania się, postawa i mowa ciała, mimika, zachowania związane ze schorzeniami dręczącymi bohatera. Wszystko jest tak idealnie spójne i perfekcyjnie dograne, że można uwierzyć iż to sam Phoenix, tak fizycznie jak i psychicznie, jest takim człowiekiem, którego gra w tym filmie. Często nawet najwybitniejszym aktorom w ich najwybitniejszych kreacjach zdarza się czasami "wypaść" z roli, zazwyczaj właśnie poprzez jakieś szczegóły, jak mowa ciała czy zachowania nie do końca spójne z tym, jak dana postać jest konstruowana (czasem jest to celowy zabieg). W "Jokerze" nie dopatrzyłem się ani jednego takiego momentu. Phoenix wsiąkł w tę postać chyba nawet bardziej, niż wcześniej Heath Ledger. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że to jedna z najlepszych kreacji aktorskich w dziejach kina.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńFilmu "Ona" nie widziałem, za to jako dobre pierwszoplanowe role Phoenixa mogę wymienić jego występy - abstrahując od jakości samych filmów - w np. w "Za wszelką cenę" (1995), "Mistrzu" (2012), "Wadzie ukrytej" (2014) i "Nigdy cię tu nie było" (2017). W rolach drugoplanowych, jak we wspomnianym "8mm" czy w "Drodze przez piekło" (1997), nie miał za dużego pola do popisu, ale wg mnie stworzył bardzo charakterystyczne postaci, które wciąż bardzo dobrze pamiętam, a filmy widziałem dość dawno temu. Jednak uważam, że w "Jokerze" wielokrotnie przebił wszystko, co zrobił wcześniej. Więc nawet jeśli masz rację, że wcześniej był niewyróżniającym się aktorem, to ta rola jest - jak już napisał drugi Paweł - jedną z najlepszych w historii kina.
UsuńZdecydowana większość filmów, które obecnie oglądam, nie powinna być ciężko stawna dla przeciętnego widza. Bo to wciąż kino rozrywkowe, choć przeważenie (ale niestety nie zawsze) z wyższej półki, niż filmy sensacyjne z TVN/Polsatu, do których ograniczałem się jako nastolatek. Wciąż jednak tak naprawdę jestem na wczesnym etapie rozwoju filmowego.
Recenzje wrócą jak przyjdzie na nie pora. I wtedy będzie też wyjaśnione, skąd niższe oceny.
Może to zbyt śmiałe stwierdzenie, ale zakładam, że wraz ze wzrostem Twojego rozwoju filmowego za parę lat żadna część 007 nie będzie miała wyższej oceny niż 6 ;)
UsuńP.S. wczoraj powtórzyłem sobie po paru latach "Licencję na zabijanie" i nawet po tak długim czasie od pierwszego obejrzenia ('05) ani trochę nie zmieniam o tym doskonałym filmie opinii.
Moje podejście jest takie, że jeżeli coś jest dobre w tym, czym jest, to... jest dobre ;) A Bondy to bardzo przyjemne kino stricte rozrywkowe. Dawno już nie oglądałem tych starszych części (a kiedyś wracałem do tej serii raz w roku), ale nie tak dawno przypomniałem sobie wszystkie części z Craigiem. W przypadku "Casino Royale" i "Skyfall" podtrzymuje dotychczasową, bardzo pozytywną opinię. Ten pierwszy to świetny reboot serii, zrezygnowano z wielu głupot (które kiedyś miały urok, ale za Brosnana stały się irytujące), a Bond stał się bardziej ludzką i nie tak jednowymiarową postacią. "Skyfall" natomiast jest z jednej strony świetnym rozwinięciem drogi obranej w "Casino Royale", z drugiej strony wprowadza do serii zupełnie nowe rzeczy, a z trzeciej zawiera dużo fajnych smaczków w postaci nawiązań do starszych filmów. Trochę polepszyła mi się opinia na temat "Quantum of Solance" - nie jest aż tak tragiczny, jak go dotąd odbierałem, choć sposób filmowania scen akcji, z ujęciami trwającymi po sekundę, jest przeokropny. Dobrze, że już minęła moda na taki sposób montażu. Natomiast "Spectre" oceniam teraz zdecydowanie niżej - on za bardzo próbuje być taki, jak te stare części, zamiast zaproponować coś nowego, lub ciekawie połączyć stare z nowym. Jest to bardzo duży krok wstecz dla tej serii. Z kolejną częścią może być podobnie, sądząc po zwiastunie.
UsuńWśród zdecydowanej większości odbiorców parzyste części Craiga odbierane są dużo lepiej od tych nieparzystych, i dużo z tym racji. "Casino Royale" stanowi znakomite odświeżenie serii, które było bardzo potrzebne po durnym (szczególnie w drugiej połowie) "Śmierć nadejdzie jutro". Campbell wyciągnął to co najlepsze z powieści i dodatkowo obdarował znakomitymi scenami akcji. Dla odmiany "Quantum of Solace" to niemalże porażka na całej linii. Nie chodzi nawet o mniej ciekawą intrygę i bezbarwny czarny charakter, ale o wspomniany przez Ciebie sposób kręcenia akcji. Po profesjonalnych i wspaniale czytelnych scen z CR Forster z ekipą zafundowali widzom męczącą dla oczu mielonkę, gdzie kamera lata jak popieprzona, a do montażu wzięto Speedy Gonzalesa - nawet w czasie zwykłej rozmowy wydaje mi się, że cięcia następują zbyt szybko, jakby chciano zrobić najkrótszy film, by widownia nie zanudziła się zbytnio w kinie (i rzeczywiście jest to najkrótsza część serii). Twórcy za wszelką cenę chcieli zrobić kino w stylu Bourne'a (już nawet tam było nieco lepiej pod względem akcji), ale jak widać nawet do robienia takich scen akcji trzeba mieć talent. "Skyfall" to rzeczywiście powrót na właściwe tory - mamy m.in. wyrazisty czarny charakter, powrót do bardziej psychologicznej fabuły czy fachowo nakręconą akcję (pod względem zdjęć to absolutnie najlepiej nakręcona odsłona). Z kolei "Spectre" to znów krok w tył, bo - dokładnie tak jak mówisz - chce być jak starsze części, ale różnie z tym wychodzi. Mi najbardziej wadzi tu zerowa chemia na linii Craig-Seydoux (choć to raczej wina dość mdłej gry aktorki) i scenariuszowo posklejane na ślinę powiązanie Blofelda z poprzednimi villainami, co wyszło nieprzekonująco i pozbawiło ich części tajemnicy. Ale to i tak całkiem dobra produkcja, dużo lepsza od QoS.
UsuńCo do cytatu "Bond stał się bardziej ludzką i nie tak jednowymiarową postacią", wydaje mi się, że koncepcja Craiga jest po prostu kontynuacją ścieżki obieranej przez Daltona (i po części Lazenby'ego), który zgodził się zagrać 007 tylko dlatego, że dostał zapewnienie od Brocolli'ego, że seria zrezygnuje z większej ilości humoru i powróci stylistycznie do źródła, czyli książek Fleminga. Jego 007 to taki nieco bardziej wypalony agent, z bagażem doświadczeń i po przejściach (m.in. wspomnienie o jego zmarłej żonie przez Leitera), który potrafi okazać uczucia i wypełnia swoją pracę profesjonalnie, ale nie bez refleksji, niejednokrotnie ignorując rozkazy przełożonych, ufając bardziej własnej intuicji. To wszystko dodało postaci wiele realizmu. Uwielbiam każdą minutę tych dwóch filmów z końcówki lat 80., łącznie z gunbarellem, czołówkami Bindera i napisami końcowymi, wypełnionymi świetnymi (tak!), popowymi piosenkami.
I jeszcze jedno - https://www.youtube.com/watch?v=zbpibPm7AVE To pokazuje, że o dziwo Craig (odbierany przez niektórych jako sztywny) sprawdziłby się doskonale w pełnoprawnej parodii serii :)
Zgadzam się, że już Dalton był takim Bondem (ale dopiero w "Licencji na zabijanie", bo poprzedni był jeszcze bardzo w stylu części z Moore'em). Jednak uważam, że Bond Craiga jest jeszcze bardziej wielowymiarowy i ludzki.
UsuńCraig talent komediowy pokazał w "Na noże", więc nie dziwi mnie ten filmik ;)
"W obliczu śmierci" to taki okres przejściowy między erą Moore'a a "Licencją" (gdyby od razu przeszli do filmu w stylu "Licencji" było to zbyt radykalne - a w 1989 i tak było), ale nie powiedziałbym, że to film bardzo w stylu części Rogera. Wiadomo, że ma parę scen "odziedziczonych" po tej erze, na czele ze zjazdem na wiolonczeli, ale ogólny ton jest bardziej poważny niż śmieszkowy (inaczej niż w "Moonrakerze", "Ośmiorniczce" czy "Żyj i pozwól umrzeć", gdzie często nawet poważniejsze sceny były często rozładowywane humorem), fabuła bardziej szpiegowska (może oprócz "Tylko dla twoich oczu"), a gra Daltona dużo bardziej skupiona i powściągliwa. Dużo tu za to z ery Connery'ego - np. pojawia się tu temat znanej z powieści Fleminga organizacja SMERSZ (wymieniana tylko w częściach Seana), a 007 znów zamawia martini, czego Bond Moore'a nigdy nie robił. Takie sceny, jak pierwsza rozmowa agenta z Puszkinem, celowe lekkie postrzelenie "snajpera", sekwencja w samolocie podczas pojmania Bonda czy końcowa potyczka z Whitakerem, mogłyby się znaleźć w "Licencji". Dalton już tu rzuca tekst, że jeśli M go wyleje, podziękuje mu za to (co w następnej części rozwinięto). Sam agent jest dużo poważniejszy od Moore'a i nie rzuca żarcikami przy niemalże każdej okazji, a całości w miarę blisko do thrillera szpiegowskiego. Na dowód powiem, że w poprzednich kilku filmach bankowo zachowano by tę scenę - https://www.youtube.com/watch?v=CiTL04ug7HE bo bardziej pasowałaby do przesadzonej konwencji Moore'a.
UsuńCraig miał jeszcze wcześniej przerysowaną, w miarę zabawną rolę w "Logan Lucky" Stevena Soderbergha. Całkiem fajny heist movie.
A propos Bonda, masz swojego ulubionego z całej serii? Chodzi mi o kreację danego aktora. W mniejszym stopniu jest to dedukcja, a w większym czysty strzał, ale stawiam na Rogera Moore'a ;)
UsuńTrudne pytanie ;) Najbardziej chyba podobała mi się kreacja Daltona w "Licencji na zabijanie". Ale Bondy Connery'ego, Moore'a, Craiga, a nawet Lazenby'ego też mają swoje zalety, za każdym razem inne, bo każdy z tych aktorów nadawał tej postaci innego charakteru. Moore'a bardzo lubię i jako Bonda, i jako Świętego, i jako lorda Sinclaira (świetny duet z Tonym Curtisem w "Partnerach"), i w ogóle jako aktora, ale nie jest to mój ulubiony odtwórca 007. Swoją drogą, dlaczego postawiłeś właśnie na niego?
UsuńPS. Brosnana kompletnie nie toleruję ;)
Brosnan był dobrym Bondem, bo od strony samego warsztatu spisywał się co najmniej porządnie (szczególnie w "Jutro nie umiera nigdy"), ale faktycznie w kreowaniu postaci dodał od siebie najmniej, łącząc brutalność Connery'ego, romantyzm Lazenby'ego, śmieszkowatość Moore'a i bezwzględność Daltona. Podejście każdego z reszty aktorów jest na pewno lepsze i ciekawsze, bo dodaje większej różnorodności, kolorytu czy bogactwa świata przedstawionego, jednak, o dziwo, z koncepcji Brosnana może z tego wyjść jedna, dość nieoczywista zaleta. Wcześniej każdy aktor odgrywał Bonda w inny sposób, przez co dość ciężko uwierzyć, że np. 007 Moore'a czy Daltona to ta sama osoba, z racji zupełnie innego podejścia do tematu. Z kolei łatwo uwierzyć, że agent kreowany przez Pierce'a z racji łączenia poszczególnych, wymienionych wcześniej cech to ten sam 007 co każdy z poprzedników. Podejście bezpieczne, pewne i sprawdzone, ale niepozbawione sensu. Mi nawet odpowiada, ale nie powoduje zachwytu. I tak bardzo żałuję, że Dalton zrezygnował w 1994 roku z udziału w "GoldenEye", który swoją drogą był pisany pod jego możliwości aktorskie.
UsuńZ perspektywy czasu okazało się, że podejście Timothy'ego lepiej zniosło próbę czasu, bo wyprzedzało epokę w jakiej powstało. Czytałem kiedyś recenzje "W obliczu śmierci", które wyszły po premierze filmu, i wiele recenzentów narzekało, że aktor wziął tę rolę zbyt poważnie. Gdy w 2006 roku to samo robił Daniel Craig, spływało w jego kierunku wiele zachwytów. Wniosek jest prosty.
Może i łączył cechy poprzednich Bondów, ale moim zdaniem robił to w drętwy i wymuszony sposób.
UsuńOgólnie w tych pierwszych dwudziestu częściach jest sporo nieścisłości. Dotyczy to przedewszystkim "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", który ignoruje wydarzenia z poprzedniej części, a wydarzenia z niego są ignorowane w kolejnych... do czasu gdy nagle w "Tylko dla twoich oczu" pewien wątek powraca i zostaje szybko zamknięty. Zresetowanie serii w "Casino Royale" było świetnym i słusznym posunięciem.
To wszystko przez to, że nie trzymali się książkowej chronologii. Bond Fleminga jest po wydarzeniach z "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości" jest w okropnym stanie psychicznym i niemalże nie nadaje się do pracy, tymczasem w filmie Connery nie tylko nadal jest efektywny, ale też rzuca żartami jak nigdy wcześniej :) Początek "Diamenty są wieczne" - choć nie podano tego wprost - stanowi wyraźne nawiązanie do końcówki poprzednika, gdyż 007 szukając zemsty stopniowo zbliża się do Blofelda. Oprócz tego faktycznie wydarzenia z wcześniejszego filmu są ignorowane. I czemu Blofeld nagle ma włosy? M.in. przez takie detale niespecjalnie lubię tę część. Z kolei we "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości" kwestię nierozpoznania Bonda przez Blofelda mieli rozwiązać wyjaśnieniem, że 007 przeszedł operację plastyczną, przez co wrogowie nie mogą go rozpoznać, jednak ostatecznie zaniechano tego pomysłu.
UsuńCo do Blofelda to gdzieś czytałem, że miał się on pojawić w którymś filmie z Moorem (chyba w jego trzecim, gdzie Stromberg jest czymś w rodzaju kopii Blofelda, tylko tym razem przebywa pod wodą), ale mieli spory prawne z Kevinem McClorym, mającego prawa do tej postaci, więc zamiast walczyć z wiatrakami, w odcinku "Tylko dla twoich oczu" zrobili mu psikusa, ukazując Blofelda w dość żenującym - jak na tę postać - wydaniu. Choć mi ta scena akurat nie przeszkadza.
Nie wiem czy znasz książkę "James Bond. Szpieg, którego kochamy" autorstwa Michała Grześka, ale jeśli nie, to polecam. Czytałem ją w momencie wydania, w 2012 roku, więc pewnie większość przytoczonych tu i ówdzie ciekawostek pochodzi stamtąd (pewny nie jestem, bo oprócz kilku fragmentów nie wracałem do niej w całości). Doskonale opisano tam przygotowania, kręcenie i postprodukcję każdej części do "Quantum of Solace".
Same "Diamenty..." też są trochę niespójne, bo faktycznie na początku Bond zawzięcie szuka Blofelda (nie wiadomo jednak czy faktycznie z przyczyn osobistych, czy to kolejna misja), ale już podczas kolejnego spotkania ma do niego bardzo chłodny stosunek i to mi tu nie pasuje.
UsuńKsiążki, o której piszesz, niestety nie znam.
Ciekawe, że w większości odcinków z Blofeldem udział w pisaniu miał scenarzysta Richard Maibaum, a i tak te nieścisłości się pojawiały. W książkowych "Diamentach..." Blofelda nawet nie było. Podoba mi się jak wraz z kolejnymi częściami w latach 60. przedstawiano postać Blofelda jako tajemniczą postać mającą słabość do białych kotów, ale w tym wypadku zawiodła chronologia kręcenia kolejnych części. Jednak ja czasem staram się przymykać oko na pewne nieścisłości (która większa seria takich nie ma?) i cieszyć się nieprzeciętną rozrywką jaką niewątpliwie te filmy oferują.
UsuńClive Owen mógłby być świetnym Bondem, przynajmniej jeśli zacząłby go grać od czasów powstawania "Casino Royale" - odpowiednia prezencja, warsztat, doświadczenie, a do tego Brytyjczyk. Ale do Craiga nie mam wielu zarzutów.
UsuńTeż chętnie bym zobaczył Neesona zamiast Brosnana. Natomiast o Craigu miałem podobne zdanie po dwóch pierwszych filmach, że w ogóle nie pasuje na Bonda, że to zupełnie inna postać. A potem w "Skyfall" całkowicie mnie przekonał, jego postać ciekawie się rozwinęła, zachowując cechy z poprzednich dwóch filmów, zyskując bardziej "bondowego" charakteru. I wtedy też bardziej doceniłem jego wcześniejsze występy. Natomiast w "Spectre" poszedł już za daleko w takie brosnanowe "bondowanie", trochę trochę już tracąc własny charakter (to jednak nie do końca wina Craiga, a wymuszającego coś takiego scenariusza). Podobała mi się ta część w kinie, ale z czasem jest coraz bardziej negatywnie do niej nastawiony. Obawiam się, że nowy film idzie jeszcze dalej w tę stronę.
UsuńNo i przypominam, że filmy z Craigiem to nie kontynuacja losów bohatera z poprzednich części. To zupełnie nowa seria, wyrzucająca do kosza poprzednie filmy. Tak więc kolejny odtwórca Bonda nie musi być staruszkiem, Choć najlepszym rozwiązaniem byłoby rozwiązanie typu inny agent zastępuje tamtego Bonda i przybiera jego nazwisko lub kolejny reboot serii. Inaczej znów pojawią się takie niekonsekwencje, jak dawniej.
Masz jakiś TOP 5-10-20 itp najlepszych Twoim zdaniem aktorów? Jeśli chodzi o mnie, to chyba wybrałbym taką opcję: De Niro, Pacino, Brando, Nicholson i Carrey.
OdpowiedzUsuńA jeśli chodzi o opisywanego w poście "Irlandczyka", to mam nadzieję, że Scorsese w przyszłości umieści tę scenę - https://www.youtube.com/watch?v=PfDoDWlSp1o - w ewentualnej wersji reżyserskiej filmu.
Dobrze ich naśladują ;) Właśnie DeNiro i Pacino umieściłbym na szczycie, a Nicholsom mógłby zamknąć podium. Z Brando niestety nie widziałem wielu filmów. Bardzo też lubię Eastwooda.
UsuńTalent Brando jest najbardziej widoczny w filmach Eli Kazana ("Na nabrzeżach", "Tramwaj zwany pożądaniem", "Viva Zapata"), Bernardo Bertolucciego ("Ostatnie tango w Paryżu") i Francisa Forda Coppoli (wiadomo o które chodzi). W "Przełomach Missouri" i "Hrabinie z Hongkongu" pokazał świetne wyczucie komediowe, zaś w "Herbaciarnii Pod Księżycem" kapitalnie grał Japończyka - na tyle, że ponoć wiele widzów chciało zwrot biletu za seans, bo ich zdaniem Marlon wcale tam nie występował.
UsuńEastwood (ew. DiCaprio) mógłby strącić kogoś u mnie z tej piątki, bo to rewelacyjny aktor, jednak mam wrażenie, że w porównaniu do każdego z wyżej wymienionych ciut mniej wszechstronny - tzn. chodzi o to, że większość ról jest odegrana za pomocą tych samych środków aktorskich, podczas gdy inni robią to bardziej różnorodnie. Jednak Clint robi to zawsze w profesjonalny sposób i nie widziałem go jeszcze w roli, którą uznałbym za słabszą niż dobra.
"Na nabrzeżach" przewija się na większości list najlepszych filmów, a że teraz dużo nadrabiam takich klasyków kina, to pewnie wkrótce po niego sięgnę.
UsuńOczywiście, Eastwood jest aktorem pasującym do konkretnego typu ról i bardzo rzadko był obsadzany w innych. Jednak moim zdaniem np.w "The Beguiled", gdzie grał trochę inną postać niż zwykle, też się bardzo dobrze sprawdził.
DiCaprio jest pewnie moim ulubionym aktorem z tego młodszego pokolenia. Choć ma silną konkurencję w osobach np. Bale'a, Nortona, Pitta.
Postacie Clint grał różne, jak w "Zagraj dla mnie Misty" czy "Co się wydarzyło w Madison County", gdzie był zwyczajnym facetem, a nie np. kowbojem, detektywem czy policjantem, ale wydaje mi się, że pierwszym w nich występował podobnie jak w innych obrazach (coś jak Connery w "Marnie" z 1964 roku, gdzie nadal było widać sporo z 007), ale w drugim przypadku zagrał jedną ze swoich najsubtelniejszych kreacji, i to właśnie jeden z takich nielicznych wyjątków. Choć wymienionego przez Ciebie tytułu akurat nie widziałem, więc muszę go sobie gdzieś zapisać.
UsuńZ młodszego pokolenia (tak powiedzmy od 1960 roku w kontekście urodzenia) najbardziej właśnie lubię DiCaprio czy Nortona, ale też np. Jamesa McAvoy'a, Nicolasa Cage'a bądź Jima Carrey'a. Pitta cenię przede wszystkim za mistrzowsko odegranego świra w "12 małpach" i spuszczanie łomotu hippisom przy dźwiękach Vanilla Fudge, ale nie jestem jakimś wielkim fanem.
Od pewnego czasu nurtuje mnie jeszcze zagadnienie w związku z Twoją oceną "Psów" Pasikowskiego. Wiem, że ocena jest subiektywna, w związku z tym mam pytanie co miało na nią wpływ (w myśl co nie przypadło do gustu)? Dla mnie to jeden z najlepszych polskich filmów, w fascynujący sposób pokazujący co mogło dziać się w rodzimych służbach po przemianach politycznych na przestrzeni dekad, z wyrazistymi bohaterami, rewelacyjnym aktorstwem czy rozsądnie rozpisanym scenariuszem (m.in. poprzez fakt, że już w pierwszej scenie wiemy o bohaterze wszystko co najważniejsze) z kilkoma dialogami, które przeszły do języka potocznego.
O właśnie, jeszcze "Zagraj dla mnie Misty", gdzie moim zdaniem nie był wcale typowym Eastwoodem (może poza końcówką). W dodatku to jego debiut reżyserski, a reżyserem jest może nawet lepszym niż aktorem.
UsuńO McAvoyu zapomniałem, podobnie jak o np. Phoenixie - i pewnie jeszcze o wielu innych aktorach - a Pitta raczej nie wymieniłbym, gdyby nie występ w "Pewnego razu w Hollywood". Ogólnie bardzo dużo jest / było dobrych aktorów, ale takich naprawdę wybitnych to już nie. DeNiro, Pacino czy Nicholson daleko wyprzedzają innych, przynajmniej pod względem ilości takich wybitnych ról.
Jeśli chodzi o "Psy" to na pewno poszczególne sceny są dobrze wyreżyserowane, a aktorstwo faktycznie dobre - przynajmniej w przypadku głównych ról męskich, bo reszta najwyżej przeciętnie wypadła, a i na napisanie ich postaci nie poświęcono wiele czasu. Co do dialogów, to miałem wrażenie, że niektóre kwestie zostały wrzucone wyłącznie jako takie chwytliwe one-linery, tak naprawdę zupełnie tam niepotrzebne. Ale mój główny problem z tym filmem polega na tym, że mam wrażenie, że ktoś powycinał pewne istotne dla fabuły sceny.
Myślę, że "The Beguiled" obejrzę jeszcze dziś albo jutro, bo strasznie mnie zaintrygował ten tytuł. Eastwood reżyserem jest fantastycznym, bo z powodzeniem potrafi się odnaleźć w różnych gatunkach filmowych. Według mnie stworzył 2 arcydzieła - "Bez przebaczenia" i "Rzeka tajemnic". "Gran Torino" wiele lat temu oceniałem maksymalnie, ale obecnie nieco mniej mnie przekonuje.
UsuńW sumie zapomniałem, że listę ulubionych aktorów wymieniałem już kiedyś u siebie na blogu, choć pewnie kogoś by tam jeszcze zabrakło. Jednak gdy myślę o tych, którzy nigdy nie zeszli poniżej dobrego poziomu, to często przychodzą mi do głowy nazwiska Nicholsona, Eastwooda, Mela Gibsona, Timothy'ego Daltona czy Daniela Day-Lewisa. Do tej puli mógłbym też dodać trzech komików - Petera Sellersa, Rowana Atkinsona i Louisa De Funesa. "Żandarm", "Różowa Pantera" (może oprócz tej pomyłki z Roberto Benignim) i "Jaś Fasola" (w tym serial) to jedne z fajniejszych serii komediowych. Z komików najbardziej bawi mnie Carrey, ale jednak on trochę irytował mnie w "Batman Forever". To również bardzo wszechstronny człowiek - w wielu komediach genialny, a w dramatach wcale nie słabszy. Dodatkowo z najbardziej bogatą mimiką wśród aktorów. Gorąco polecam film "Człowiek z księżyca" z 1999 roku, gdzie gra swoją życiową rolę (a dodatku postać autentyczną - Andy'ego Kaufmana). Fabuła jest połączeniem komedii i dramatu, a Jim doskonale się tam odnajduje, raz bawiąc do łez, a raz wzruszając. Na zachętę - https://www.youtube.com/watch?v=dLtXG4Y2h4g
Wracając do "Psów", scena przed lustrem to faktycznie festiwal one-linerów, ale poza tym nie uważam, by były wpychane jakoś na siłę. Takie chwytliwe teksty też trzeba umieć wymyślić, a ich powszechność jak wiadomo wzięła się stąd, że film stał się bardzo popularny. Co do kreacji, to wielu aktorów drugoplanowych (szczególnie Linde-Lubaszenko, Machulski czy Bednarz) również silnie zaznacza swoją obecność, mimo że w porównaniu do czwórki Linda-Kondrat-Pazura-Gajos są na ekranie przez niewielką ilość czasu. Warto też zwrócić uwagę, że Pasikowski jako pierwszy reżyser wniósł do polskich filmów pokaźną liczbę wulgaryzmów. Czy to dobrze czy nie, to temat na inną dyskusję. Jednak w jego filmach, czyli także i tu, język ten pasuje idealnie, bo dodaje autentyczności. "Chłopcy z ferajny" bez dosadnego słownictwa też nie byliby tak bardzo przekonujący.
Dobrze, to Ty oglądaj "Beguiled" (polski tytuł to chyba "Oszukany"), a ja włączę "Człowieka z księżyca" i może jeszcze "Na nabrzeżach" ;)
UsuńMasz jakieś ulubione sceny filmowe? Takie, które zdarza Ci się odpalać na YouTube albo specjalnie dla nich wręcz obejrzeć cały film? Wiem, że łatwo tu o spoilery, ale można zawsze użyć "kodu" np. tzw. włoska scena z "Bękartów Wojny", scena w restauracji z "Ojca Chrzestnego" czy scena z lustrem z "Taksówkarza" itp.
OdpowiedzUsuńMyślę, że takich ulubionych scen mam mnóstwo, więc nawet nie podejmę się ich wymienienia, bo na pewno o wielu bym zapomniał. Jednak takich, które chciałbym oglądać w oderwaniu od całego filmu nie ma prawie wcale. Fragmenty "Taksówkarza" i "Króla komedii" odświeżyłem sobie po zobaczeniu "Jokera" w celach porównawczych (wkrótce potem oba przypomniałem sobie w całości). A tak to chyba wracałem tylko do scen z filmów Tarantino - na pewno do "Bękartów wojny" (ale nie do tej, którą wymieniłeś, a do sceny w tawernie) i "Pewnego razu w Hollywood", gdzie jest mnóstwo takich scen, które powinny stać się kultowe. Jednak moja ulubiona scena z zeszłorocznych filmów to kłótnia z "Historii małżeńskiej". Jestem pełen podziwu, jak to jest napisane i zagrane. Zresztą nawet wczoraj miałem okazję prowadzić rozmowę o aktorstwie i scenariuszach, i wspomniałem o tej scenie.
UsuńW związku z ostatnimi wydarzeniami pragnę spytać co sądzisz o aktorstwie Seana Connery'ego? I czy wyróżniłbyś jakieś jego role?
OdpowiedzUsuńChyba nie zaliczyłbym go do najwybitniejszych aktorów, ale i tak bardzo lubię jego grę. Do roli 007 pasował idealnie. Gdy myślę "Bond" to widzę Connery'ego. Choć lepsze role miał później. W "The Offence" Lumeta, abstrahując od jakości samego filmu, zagrał wręcz oskarowo. Rola w "Nietykalnych" De Palmy, za którą faktycznie dostał Oskara, też chyba zasługuje na wyróżnienie, choć musiałbym przypomnieć sobie ten film. Świetny był też np. w "Imieniu róży" i jako ojciec Indiany Jonesa - w tym ostatnim chyba najlepiej objawił się jego talent komediowy. Niestety, zdarzało mu się też chałturzyć w różnych gniotach, jak "Nigdy nie mów nigdy".
UsuńBardzo trafny wybór, ja do tej puli dodałbym jeszcze role w "Twierdzy" (dla niektórych nieoficjalnego sequela Bondów) i "Polowaniu na Czerwony Październik" - Sean był tam aktorsko najmocniejszym punktem.
Usuń"The Offence" jest w ogóle bardzo niedocenionym filmem. Może przez bardzo wąską dystrybucję nie doczekał się zbyt wielu nominacji. Już sam pomysł z pomieszaniem chronologii uważam za bardzo ciekawy (szczególnie, że w tamtych latach nie było to normą), czyli pokazanie najważniejszej sceny, wokół której kręci się fabuła filmu, na samym końcu. Moim zdaniem nie były tam potrzebne większe niespodzianki, chodziło o dość wnikliwe zagłębienie się w umysł funkcjonariusza, który widział w swojej pracy wiele potwornych rzeczy i nie umie sobie z tym poradzić. Sean bardzo trafnie to wszystko oddał; to chyba najbardziej zwariowana kreacja w jego dorobku (oczywiście nie widziałem wszystkich) i zasługiwała przynajmniej na nominację do różnych nagród.
P.S. Ciekawe, że Connery umarł w tym samym wieku co jego bondowski kolega - Roger Moore. Mimo tego wypada cieszyć się, że obaj dożyli przynajmniej 90-tki. Dla odmiany wydaje się, że ich rówieśnik, jeden z naszych ulubieńców, Clint Eastwood, nadal ma się dobrze, a co więcej dalej kręci filmy :)
Taki sam zabieg, z niechronologicznym umieszczeniem najważniejszej sceny, wykorzystano też chociażby w kilka lat starszym "Z zimną krwią" Richarda Brooksa. Myślę jednak, że w obu przypadkach był to nie tyle zabieg artystyczny, co po prostu trudno byłoby czymś przebić te sceny, więc napięcie podczas filmu by malało, zamiast wzrastać.
UsuńConnery i Moore niestety byli już mocno schorowani w ostatnich latach - pierwszy przez ostatnią dekadę życia w ogóle nie grał, a drugi występował sporadycznie w małych rolach. Swoją drogą szkoda, że nigdy nie wystąpili razem w jednym filmie, bo byłoby to spotkanie na miarę duetu De Niro / Pacino w "Gorączce" ;) Eastwood faktycznie świetnie się trzyma. Wspomnieć też można Christophera Lee, który grał jeszcze po 90-ce, praktycznie do samego końca.
Na pewno takie zabiegi miały utrzymać widza w niepewności, by w trakcie seansu zastanawiał się co wydarzyło się w tych kluczowych scenach. Sam Hitchcock mówił, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć.
UsuńMyślę, że po 80-tce trudno utrzymywać dobrą kondycję, dlatego tym bardziej zadziwia przykład Clinta. Sean ponoć przestał grać, bo zniechęcił się na planie "Ligii Niezwykłych Dżentelmenów", gdzie popadł w konflikt z reżyserem Stephenem Norringtonem, który najwidoczniej nie radził sobie z produkcją o dość pokaźnym budżecie. Potem Connery nagrał jeszcze głos do gry "From Russia with Love", wydanej na PS2. Być może doszły do tego wszystkiego jeszcze jakieś problemy zdrowotne/osobiste, ale być może gdyby nie ten konflikt zagrałby jeszcze w paru produkcjach.
Przykłady Connery'ego i Moore'a pokazują też jak bardzo człowiek może wyglądać/nie wyglądać jak na swój wiek. Roger był od Seana 3 lata starszy, a w "Żyj i pozwól umrzeć" wyglądał dużo młodziej niż tamten w "Diamentach...", i ogólnie potem również lepiej się trzymał. Z tego co pamiętam Sean już ponoć od najmłodszych lat zacząć łysieć, i na planie Bondów musiał nosić perukę. Być może dzięki temu już na początku lat 70. nabrał bardziej dostojnego, dojrzałego wyglądu. Najciekawszym przykładem na tego typu kontrasty jest duet Ford-Connery w 3. części "Indiany Jonesa" - podczas kręcenia było między nimi zaledwie 12 lat różnicy, a naprawdę wyglądali jak ojciec i syn :)
Podobno wcale nie Hitchcock tak powiedział, a tylko niektóre z jego filmów faktycznie spełniają to założenie ;)
UsuńConnery szybko się postarzał, ale z drugiej strony - po roli w "Ostatniej Krucjacie" właściwie do końca kariery nie zmieniał się już bardzo i raczej trzymał równą formę, nawet jeśli same filmy były słabsze. Ale o jego problemach ze zdrowiem czytałem już parę lat temu, więc zapewne też zadecydowały o emeryturze.
Jaki masz stosunek do Stanisława Barei? np. filmy typu "Miś", serial "Alternatywy 4"? ten ostatni jest według mnie całkiem dobry, nie jest to głupi humor dla gawiedzi.
OdpowiedzUsuńNie mam stosunku, nie znam jego twórczości. Zresztą prawie w ogóle nie znam polskiego kina.
UsuńWidzę, że w miarę podszedł ci "Rocky Horror Picture Show". Takie filmy, jak ten, "Wielka draka w chińskiej dzielnicy" albo "Miłość, szmaragd i krokodyl" to takie moje guilty pleasure - są oczywiście dosć kiczowate i/lub głupawe, ale dają tyle "oldschoolowej" rozrywki, że nie potrafię ich nie lubić ;)
OdpowiedzUsuńTrochę więc się spodziewałem, że jeśli kiedyś go obejrzysz, to odrzuci cię właśnie ten kicz, ale 6/10 to chyba niezła ocena. Samą muzykę też byś tak ocenił? Ja lubię kawałek Meat Loafa, choć zdaję sobie sprawę, że obiektywnie jest jednym ze słabszych, bo to dość sztampowy rock 'n' roll.
Masz w planach jeszcze poznać jakieś musicale? Mi raczej ten gatunek nie podchodzi, sporo klasyków (na czele z "Deszczową piosenką" i "West Side Story") się moim zdaniem mocno zestarzało, ale jest w sumie jeden wyjątek - "Cały ten zgiełk", według mnie zdecydowanie najlepszy musical w historii, wyłamujący się nieco ze sztampowej konwencji gatunku.
Owszem, "The Rocky Horror Picture Show" to kicz straszny, ale przecież świadomy. To był mój pierwszy musical i raczej nie zostanę wielbicielem tego gatunku. Niemniej jednak doceniam próbę zrobienia czegoś tak szalonego, nawet jeśli estetycznie nie bardzo mi to podpasowało. Sama ścieżka dżwiękowa również jest świadomie kiczowata pastiszowa. Jako część filmu pasuje, ale nie chciałbym tego słuchać jako płyty. Wolę pastisz w wykonaniu Queen, Sparks, jeśli chodzi o podobną stylistykę, lub wykonawców w rodzaju Zappy, Gentle Giant.
UsuńCzemu tak nisko oceniasz Speed, Face Off i Batmany Burtona ?
OdpowiedzUsuńTo wszystko po prostu bardzo proste, efekciarskie kino czysto rozrywkowe. Batmany są do tego strasznie kiczowate (wiem, że to zamierzone konwencja, ale mi kompletnie nie podeszła), a "Bez twarzy" jest strasznie głupi.
UsuńJeśli porównać Batmany Burtona do serialu "Batman" z lat 60., filmu "Batman zbawia świat" (oba z udziałem Adama Westa) czy "Batman i Robin", to wcale nie wydają się takie kiczowate.
OdpowiedzUsuńP.S. Od lat marzę, żeby jakiś soundtrack w obecnym kinie akcji był równie charakterystyczny i zajebisty, jak w "Speedzie" :)
Powiedziałbym raczej, że w całej tamtej serii Batmanów z lat 80. i 90. ilość kiczu jest porównywalna, natomiast w "B&R" dochodzi do tego jeszcze głupszy, pełen intensywności, braku logiki i dziur fabularnych scenariusz, fatalne dialogi, okropne, drętwe aktorstwo itd. Trudno uwierzyć, że ten sam reżyser zrobił parę lat wcześniej całkiem niezły "Upadek".
UsuńNawet jeśli ten poziom jest porównywalny (choć moim zdaniem jest go u Burtona mniej), to był mimo wszystko lepiej zbalansowany i nie raził aż tak bardzo.
UsuńTeż dziwi mnie przypadek Schumachera, bo poza wymienionym wcześniej "Upadkiem" (który oceniam wyżej niż całkiem niezły) w latach 90. nakręcił jeszcze znakomity "Czas zabijania", a właśnie między nim durne Batmany. Wiem, że kręcił je według wytycznych studia, że ma być kiczowato, kolorowo, umownie i dziecinnie, ale jest to zrobione kompletnie bez wyczucia, a aktorstwo w tych częściach mogłoby być dużo lepsze ("Upadek" i "Czas zabijania" zdecydowanie nie mają tego problemu).
https://www.youtube.com/watch?v=k_B_n-Rbros to była wcześniej chyba jedyna wersja Batmana w aktorskiej formie, więc tym bardziej doceniam to co zrobił Burton z tą postacią.
UsuńBurton w całej swojej twórczości świadomie sięga po kicz, dlatego pewnie lepiej odnalazł się w tej komiksowej konwencji od Schumachera, który kręcił raczej konwencjonalnej filmy. Nawet mając tak zwariowany scenariusz, jak w "Upadku", zrobił trochę zbyt normalny - ale i tak super - film.
UsuńNo hey, widzę, że nowy film Scorsese przypadł do gustu. Nie dłużył się w kinie, mimo czasu 3,5h? I jak wypadli De Niro i DiCaprio?
OdpowiedzUsuńZ długością mam właśnie pewien problem, bo z jednej strony myśle, że spokojnie można było ten film trochę skrócić, a z drugiej - pewne rzeczy wydały mi się zbyt nagłe, jakby pewnych scen brakowało. To chyba kwestia tego, że akcja dzieje się na przestrzeni wielu lat, a często trudno zorientować się, że pomiędzy kolejnymi scenami nastąpił przeskok czasowy. Ale nie, nie czułem się znużony w kinie, cały czas oglądałem z zaciekawieniem. Natomiast odtwórcy głównych ról raczej trzymają poziom z ostatnich lat (De Niro z "Irlandczyka" czy "Jokera", nie z chałtur), szczególnie dobrze wypadają w interakcji ze sobą.
Usuń