23 sierpnia 2019

[Recenzja] Anthony Williams - "Spring" (1966)



Niemal równo rok po swojej pierwszej sesji w roli lidera, 12 sierpnia 1965 roku Tony Williams wrócił do Van Gelder Studio, by zarejestrować materiał na kolejny autorski album. Tym razem sesja zajęła tylko jeden dzień i wzięło w niej udział mniej muzyków. Perkusista ponownie skorzystał z pomocy Sama Riversa, Herbiego Hancocka i Gary'ego Peacocka, dodając do składu drugiego saksofonistę - w tej roli wystąpił nie kto inny, jak Wayne Shorter. Cały materiał został skomponowany przez Williamsa.

W porównaniu ze swobodnym i spontanicznym "Life Time", "Spring" sprawia wrażenie bardziej uporządkowanego, ale jednocześnie przez większość albumu można odnieść wrażenie, że muzycy starają się ten porządek zburzyć. To kolejna próba kreatywnego rozszerzenia bopowej formuły, odejścia od utartych schematów. Może i nieco bardziej zachowawcza, ale dzięki temu odrobinę przystępniejsza dla mniej osłuchanych z jazzową awangardą, a niekoniecznie mniej porywająca. Nie może być zresztą inaczej, skoro grają tu instrumentaliści tego kalibru w swoim najbardziej twórczym okresie lub tuż przed nim.

Początek do najłatwiejszych w odbiorze wcale nie należy. "Extras" charakteryzuje się brakiem tematu przewodniego i, dzięki zrezygnowaniu z pianina, harmonicznej podstawy. Jest za to duet saksofonów tenorowych o ostrym brzmieniu i niemal freejazzowej ekspresji, a także niebanalna, zróżnicowana gra sekcji rytmicznej, która mimo dużej swobody, narzuca pewną dyscyplinę. "Echo" to już całkowicie solowy popis Tony'ego. Zupełnie nie odczuwam tu jednak braku innych instrumentów. Intensywna i przede wszystkim pomysłowa gra lidera wystarcza tu w zupełności.

"From Before" zawiera już kompletny skład. Dotąd nieobecny Hancock wysuwa się na pierwszy plan, nadając utworowi kierunek, co nie jest jednak łatwym zadaniem, bo każdy muzyk zdaje się tu grać zupełnie niezależnie od pozostałych. A jednak zazębia się to wszystko w intrygującą całość. Jakże inaczej prezentuje się balladowy "Love Song" - muzycy (bez Shortera) grają wyjątkowo zgodnie, nie ciągnąć utworu w różnych kierunkach. Jest tu wyrazisty temat, grany wyjątkowo melodyjnie przez Riversa (który jednak w solówce pozwala sobie na trochę ostrzejszych dźwięków), są też melodyjne partie pianina, swingujący kontrabas i pozbawiona szaleństw, ale bardzo energetyczna gra Williamsa.  Wszystko wraca do normy w finałowym "Tee", niby utrzymanym w bopowym schemacie, ale ze swobodną, nierzadko dysonansową grą kwintetu.

"Spring" trochę jednak traci przez to, że ukazał się już po "Life Time", na którym większa różnorodność materiału zaowocowała większą ilością ciekawych pomysłów. Ale to wciąż solidna porcja naprawdę dobrej muzyki, granej przez niezwykle uzdolnionych, doskonale ze sobą współpracujących instrumentalistów. Z ciekawostek, warto dodać, że to ostatni album Williamsa, na którym został podpisany pełnym imieniem. A także, że kolejny studyjny longplay podpisany nazwiskiem perkusisty ukazał się dopiero w 1979 roku - w międzyczasie muzyk był jednak bardzo zajęty, przede wszystkim współpracą z Milesem Davisem, a później prowadzeniem własnej grupy fusion - Lifetime.

Ocena: 8/10



Anthony Williams - "Spring" (1966)

1. Extras; 2. Echo; 3. From Before; 4. Love Song; 5. Tee

Skład: Tony Williams - perkusja; Sam Rivers - saksofon tenorowy (1,3-5); Wayne Shorter - saksofon tenorowy (1,3,5); Herbie Hancock - pianino (3-5); Gary Peacock - kontrabas (1,3-5)
Producent: Alfred Lion


1 komentarz:

  1. Momenty we "From Before", w których Hancock i Peacock grają jednocześnie ten zajebisty mantrowy motyw, aż proszą się o jakąś długą, zadziorną solówę saksofonową do spółki. Czekałem i się nie doczekałem :(

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.