21 czerwca 2019

[Recenzja] Magma - "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" (1973)



Jeden z najbardziej niezwykłych, oryginalnych, zwariowanych, a zarazem wyrafinowanych i ambitnych albumów w dziejach muzyki rockowej. Już oba wcześniejsze dzieła francuskiej Magmy, eponimiczny debiut i "1001° Centigrades", pokazały, że jest to zespół nietuzinkowy, niepowtarzalny. Ale dopiero na "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" jego styl całkowicie się wykrystalizował, wzbogacony o nowe elementy, które na stałe wpisały się zeuhlową estetykę. Nie wszystkim muzykom odpowiadał ten rozwój, dlatego z poprzedniego składu zostali tylko Christian Vander, Klaus Blasquiz i Teddy Lasry. W nowym wcieleniu zespołu dołączyli do nich: klarnecista basowy René Garber, klawiszowiec Jean-Luc Manderlier, gitarzysta Claude Olmos i basista Jannick Top, a także żeński chór złożony ze Stelli Vander, Muriel Streisfield, Evelyne Razymovski, Michele Saulnier i Doris Reinhardt.

Na trackliście "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" widnieje siedem ścieżek, jednak w rzeczywistości album zawiera jedną, niespełna czterdziestominutową kompozycję. Bardzo spójną, pozornie jednostajną, lecz ulegającą pewnym przetworzeniom, co uzasadnia podział na osobne utwory. Całość została skomponowana samodzielnie przez Vandera. Muzyk w bardzo inteligentny, przemyślany sposób czerpie tutaj z muzyki klasycznej, przede wszystkim z twórczości Carla Orffa (wyraźne podobieństwa do jego dzieła "Carmina Burana") i Igora Strawińskiego. I choć przenosi te inspiracje na rockowy grunt, to efekt wcale nie sprawia wrażenia strywializowanej kopii muzyki poważnej (choć nie mogło obyć się bez pewnych uproszczeń). Vander wykazał się prawdziwym kompozytorskim kunsztem. Udało mu się też dobrać wystarczająco utalentowanych współpracowników, by zrealizować swoje wielkie ambicje. Nowym elementem w twórczości zespołu są operowe wielogłosy, bardzo starannie, interesująco zaaranżowane. Towarzyszy im potężna gra sekcji rytmicznej, z transową, ale zmienną perkusją i wyrazistym basem, hipnotyzujący motyw grany na pianinie, a także typowo rockowe solówki gitary i jazzujące partie dęciaków, przypominające o fascynacji Vandera twórczością Johna Coltrane'a. Całość zachwyca niezwykłym - jak na muzykę będącą, mimo wszystko, rockiem - bogactwem i wyrafinowaniem.

Dość pretensjonalny termin rockowa opera, używany przez muzycznych dziennikarzy w stosunku do zbiorów zwyczajnych rockowych piosenek z wspólną warstwą tekstową, jak "Tommy" czy "The Wall", o wiele lepiej pasuje właśnie do zawartości "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh". Przy czym w przypadku Magmy całkowicie traci swój pretensjonalny wydźwięk - zespół posiadał wystarczające umiejętności, by zrealizować tak ambitny projekt. Nie ma tu ani odrobiny patosu lub kiczu, ani instrumentalnego onanizmu mającego ukryć instrumentalne i kompozytorskie niedostatki. Nie jest to oczywiście poziom muzyki poważnej, ale muzycy wcale nie udają, że grają muzykę poważną, nie ukrywają swoich rockowych korzeni. Jednocześnie prezentując dzieło znacznie bardziej przemyślane i dopracowane, niż zdecydowana większość rockowych albumów. Całość nie jest przy tym szczególnie trudna w odbiorze. Ale wymaga wielu przesłuchań w skupieniu, by się nią naprawdę zachwycić. Początkowo, zwłaszcza przy niezbyt uważnym słuchaniu, może wydawać się zbyt monotonna. Jednak przy dokładniejszym odsłuchu album odsłania mnóstwo rytmicznych i harmonicznych zmian, a także wiele innych aranżacyjnych smaczków. Dlatego nie należy się zniechęcać, tylko słuchać, słuchać, słuchać, a zachwyt w końcu sam przyjdzie.

Ocena: 10/10



Magma - "Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh" (1973)

1. Hortz Fur Dëhn Štekëhn Ẁešt; 2. Ïma Sürï Dondaï; 3. Kobaïa Iss Dëh Hündïn; 4. Da Zeuhl Ẁortz Mëkanïk; 5. Nëbëhr Gudahtt; 6. Mëkanïk Kömmandöh; 7. Kreühn Köhrmahn Ïss Dëh Hündin

Skład: Klaus Blasquiz - wokal, instr. perkusyjne; Stella Vander - wokal; Muriel Streisfield - wokal; Evelyne Razymovski - wokal; Michele Saulnier - wokal; Doris Reinhardt - wokal; René Garber - klarnet basowy, wokal; Teddy Lasry - saksofon, klarnet, flet; Jean-Luc Manderlier - instr. klawiszowe; Claude Olmos - gitara; Jannick Top - bass; Christian Vander - perkusja i instr. perkusyjne, organy, wokal
Producent: Giorgio Gomelsky


12 komentarzy:

  1. Świetny album, oryginalny, złożony, a przy tym uporządkowany. Te operalne chóralne wokale, połączone ze świetnymi partiami gitary i dęciaków, zmieniające się rytmy - czegoś takiego chyba jeszcze nie zdarzyło mi się słuchać. Nie miałem ani przez chwilę wrażena, że muzyka jest monotonna. Jedyne co mi przeszkadza to tekst - tworzenie własnego języka do swojej muzyki jest według mnie dość pretensjonalnym pomysłem, zwłaszcza, że przypomina okropnie brzmiący niemiecki. Muszę się w to jeszcze słuchać, bo to rzeczywiście nie jest muzyka "na raz". 9/10

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Należy jednak pamiętać, że ten język jest jednak w znacznym stopniu improwizowany - więc chodziło głównie o to, by wokaliści mieli więcej swobody, niż gdyby ograniczały ich zasady jakiegoś istniejącego języka, a dzięki temu mogli robić bardzo ciekawe rzeczy za pomocą partii wokalnych.

      Usuń
  2. Pamiętajmy jednak o tym, że ta "oryginalność" jest w niemałym stopniu ograniczona. Cały koncept zeuhl w dużym stopniu został oparty na pomysłach wypracowanych przez innych twórców. Co do pretensjonalności, to generalnie, nie jestem zwolennikiem szermowania tym słowem. W niemałym stopniu jest to takie "słowo maczuga" - jeśli chcesz komuś dowalić, sprawdza się doskonale. Widać to doskonale na przykładzie szeroko pojętego rocka progresywnego. Yes i ELP - a jakże, pretensjonalne. Magma? W żadnym wypadku! Tymczasem sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana i niejednoznaczna. Inny zarzut, którym, moim zdaniem, nadmiernie się szermuje to tzw. brak autentyzmu. Decydująca w tym względzie jest oczywiście subiektywna opinia krytykującego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, u Magmy słychać wyraźną inspirację chociażby wspomnianymi w recenzji kompozytorami, jednak przeniesienie ich pomysłów na grunt rocka jest już innowacją. Co do pretensjonalności, to według mnie swoboda i humor ją wykluczają, a obie te rzeczy słyszę w twórczości Magmy (choć nie w takim natężeniu, jak u Zappy, Gong, Gentle Giant czy wielu innych wykonawców). Tymczasem taki ELP popadał w dwie skrajności - albo był całkowicie poważny (co trwało większość czasu), albo grał w całkowicie żartobliwy sposób. Nie pamiętam natomiast, żeby w twórczości Yes były jakieś żartobliwe momenty (ale dawno nie słuchałem, a wcześniej też nie poświęcałem wiele uwagi temu zespołowi), przypominam sobie za to mnóstwo powagi. Więc choć taki zarzut w dużym stopniu zależy od subiektywnego odbioru, to jednak można taką opinię obronić.

      Usuń
    2. No, niedawno czytałem na forum RYM dość dziwną dyskusję, w której nie pamiętam o co chodziło, ale generalnie to założyciel dość nisko cenił jakiegoś wykonawcę i przeciwstawiał mu Magmę, i ktoś mu napisał, że Magma jest niesamowicie pretensjonalna. Generalnie co drugi wykonawca czegoś innego niż dance-pop i imprezowy rap choć raz zostaje nazwany "pretensjonalnym", więc nie dziwi mnie alergia na to słowo.

      Usuń
    3. @Paweł Pałasz - Co do Yes, pamięć Cię nie myli, największym "żartem" w ich wykonaniu (niezamierzonym, ale jednak) był drugi album studyjny ;)

      Usuń
  3. W „Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh” Magma w dużym stopniu (zbyt dużym!) inkorporowała istotne elementy składowe z „Wesela” Strawińskiego, zresztą nie tylko, bo kłaniają się również fragmenty „Symfonii psalmów”. Aby nie być gołosłownym, najlepiej powołać się na jedną z kanonicznych wersji „Wesela” z 1959 roku. Dyrygentem był sam kompozytor. Oto link do pierwszych trzech części kompozycji:

    https://www.youtube.com/watch?v=y0ls0lctOS4

    Warto zwrócić uwagę choćby na te fragmenty:

    0.25-1.15
    1.50-2.15
    7.35-8.30
    9.15-11.20

    Nazwanie tego „inspiracją” jest bardzo eleganckie, choć w gruncie rzeczy to eufemizm, bo jednak w niemałym stopniu mamy tu do czynienia z kopiowaniem pomysłów na szeroką skalę. W powyższych fragmentach „magmowatość” Wesela jest wprost uderzająca. Słychać w nich fundamentalne elementy składowe muzyki Magmy:
    - partie wokalne w niektórych swoich przejawach są łudząco podobne, a jest to przecież jeden z głównych wyróżników bandu Vandera
    - charakterystyczna faktura fortepianowa
    - bardzo podobne rozwiązania w sferze rytmicznej - generalnie sposób, w jaki został potraktowany rytm jest tu dość znamienny
    - specyficzna transowość

    Jeśli chodzi o ELP i wątek powaga-żart, to nie odbieram tego w tak czarno-biały sposób. Sprawa jest nieco bardziej zniuansowana.Słychać to praktycznie na każdym albumie, czasem nawet w obrębie jednej kompozycji. Wystarczy porównać warstwę słowno-muzyczną pierwszej i trzeciej impresji w „Karn Evil 9”. Niewątpliwie większość ma „poważny” charakter, ale w tym nie ma nic dziwnego, zważywszy na fakt, że grupa obracała się w obrębie estetyki tzw. rocka symfonicznego. Siłą rzeczy implikuje to przecież określone środki wyrazu i nastrojowość. Nie inaczej jest w przypadku Yes. Czy, gdyby ta muzyka miała bardziej lajtowy, żartobliwy charakter, byłaby ciekawsza? Tego nie wiemy, bo zależy to od wielu elementów muzycznego przekazu. Krytykowanie wykonawcy za to, że jego muzyka jest patetyczna jest w gruncie rzeczy absurdalne. Gdyby miała charakter knajpiany, wodewilowy czy też stricte „rockowy” byłaby ex definitione bardziej wartościowa? Moim zdaniem nie jest istotne, czy jest patetyczna czy jakakolwiek inna. Ważne jest to, jak poszczególne elementy muzycznej układanki zostały skonstruowane, czy są adekwatne do treści, czy nie mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią, czy dany podmiot wykonawczy w sposób właściwy i umiejętny operuje środkami wyrazu. Słowem, liczy się, jak określał to sam Chopin, artystyczne métier.

    Wracając do pretensjonalności, takie zarzuty są często wydumane, by nie napisać wprost, absurdalne. Gdyby ktoś chciał dokonać wartościującej gradacji kompozycji ELP, to okazałoby się, że te najmniej „pretensjonalne” znalazłyby się na samym dnie („Benny Bouncer, Jeremy Bender, Are You Ready Eddie?”, natomiast te skażone mityczną pretensjonalnością byłyby często na samym szczycie (vide „Tarkus”, „The Endless Enigma”, „Toccata”). Podsumowanie takiej analizy komparatystycznej w przypadku innych grup z kręgu rocka progresywnego wyglądałoby zresztą podobnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchałem już wcześniej "Wesela" pod kątem podobieństw z "MDK" i faktycznie są ewidentne. Jednak zespół nie nagrał przecież kopii 1:1, słychać też wpływy innych klasycznych dzieł, nie tylko Strawińskiego, ale i Orffa, Bartóka, a z innej beczki - coltrane'owskiego free jazzu, następnie całość została uproszczona i dostosowana do rockowych standardów, także pod względem instrumentarium, brzmienia. W rezultacie powstało jednak coś zupełnie innego, wnoszącego nową jakość i nowe elementy do muzyki rockowej. Bo nawet jeśli inni wykonawcy czerpali z wymienionych kompozytorów, to przecież w inny sposób i z innym efektem (np. ELP).

      W przypadku Yes kwestia nie dotyczy tego, czy ich muzyka byłaby ciekawsza, gdyby były tam elementy humorystyczne, tylko tego, że zarówno muzycy tego zespołu, jak i ELP, mieli skłonność do nadmiernego epatowania swoimi umiejętnościami, czy tworzenia czasem nadto rozbudowanych form o symfonicznym rozmachu, sprawiając przy tym wrażenie bardzo poważnych, jakby to co grają, było rzeczywiście sztuką porównywalną z muzyką poważną. A przecież nie mieli umiejętności kompozytorskich ani wykonawczych porównywalnych z muzykami klasycznymi, choć jak na rockmanów bardzo wysokie. Czyli dokładnie tak samo, jak członkowie Magmy czy np. Gentle Giant, tylko ci aż tak bardzo nie epatowali swoimi umiejętnościami, słychać też w ich twórczości więcej dystansu, więcej zabawy konwencją, nie próbowali konkurować z kompozytorami klasycznymi, tylko wzięli udział w innej dyscyplinie. Słuchając ELP czy Yes mam jednak często wrażenie przerostu formy nad treścią. Jednak nie skreślam tych zespołów, oba cenię i lubię niektóre ich albumy.

      Problem z żartobliwymi kawałkami ELP polega właśnie na tym, że muzycy całkowicie zapomnieli w nich o artystycznych walorach. A taki np. "Cat Food" pokazuje, że można połączyć humor z ambicją. I to jest utwór raczej bliżej szczytu niż dna w takiej gradacji utworów King Crimson.

      Usuń
  4. Vander chętnie formułuje zarzuty wobec innych, jeśli chodzi o kopiowanie pomysłów – kłania się głośna sprawa związana z jego zarzutami wobec Mike'a Oldfielda. Moim zdaniem trudna do rozstrzygnięcia. Nie dziwię się, że perkusista nie poszedł do sądu, bo z pewnością by nie wygrał, biorąc pod uwagę obowiązujące przepisy w tej materii. Z drugiej strony, gdy ktoś pyta go o ewidentne wpływy, odpowiada, że nie słyszał tej kompozycji, ponoć poznał ją wkrótce po wydaniu „Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh” (chodziło o wpływy Orffa). Ciekaw jestem, co powiedziałby na temat „Wesela”. ;)

    Yes i ELP a epatowanie wirtuozerią.
    To generalnie stary problem, który powraca od dawna. Wystarczy przywołać głośne spory z lat 20. i 30. XIX wieku w związku z muzyką brillant (nawet Chopin w kilku swoich kompozycjach poszedł w tym kierunku). Czy wirtuozeria ma destrukcyjny wpływ na jakość utworów? Doświadczenie uczy, że problem należy rozpatrywać indywidualnie. W obrębie wspomnianego brillant, którego konstytutywną cechą była wirtuozeria, możemy wskazać przykłady pozytywne (Liszt), jak i negatywne (Thalberg). W rockowym światku ELP i Yes, moim zdaniem, grawitują w stronę modelu lisztowskiego, ten patologiczny reprezentują wykonawcy w rodzaju Dream Theater. Dlaczego ELP i Yes nie umieściłem po ciemnej stronie mocy? Owszem, tak jak wspomniałeś, mają oni takie skłonności , jednak na płytach studyjnych nie przybiera to postaci czystego, niczym nie uzasadnionego popisu. Muzycy ELP i Yes, jak na standardy rocka, byli bardzo dobrymi kompozytorami, dlatego ekwilibrystycznymi popisami nie musieli maskować swoich niedomagań. Partie solowe nie są przegadane, nie odnoszę również wrażenia, aby były przerostem formy nad treścią, ponieważ w logiczny sposób wpisują się w strukturę kompozycji i, co istotne, są treściwe (zapewne znalazłyby się różne fragmenty, do których możemy mieć zastrzeżenia, jednak w tym przypadku należałoby już rozmawiać o konkretach). Warto zwrócić uwagę na bogactwo motywiczne, zróżnicowane aranżacje, umiejętne operowanie formą, w przypadku ELP ogromną inwencje brzmieniową (Emerson, Palmer). Oczywiście, w niektórych miejscach możemy doszukać się przerysowań, ale nie demonizowałbym specjalnie tego procederu. Band Emersona miał swoje różne grzeszki w wydaniu koncertowym. Kilka utworów budzi poważne kontrowersje (np. fragmenty „Pictures At An Exhibition”, „Fanfare For The Common Man”, czy „podniebne” partie fortepianu z trasy „Brain Salad Surgery”). Artyści bronili się w ten sposób, że starali się wykazać, że koncert rockowy ma swoją specyfikę, te różne ekstrawaganckie bajery miały więc być elementem spektaklu, aby publika miała jakieś wizualne atrakcje. Nie zamierzam tego bronić, ponieważ właśnie niektóre elementy owego spektaklu oraz kiczowaty image Emersona (choćby w czasie trasy koncertowej w 1971 roku) w pewnym stopniu sprawiły, że zespołowi, słusznie czy też nie, przyprawiono gębę. Trudno nawet sprowadzić ten zarzut do wspólnego mianownika, bo przecież na początku lat 70. mieliśmy do czynienia z prawdziwą wojną na linii dziennikarze muzyczni – ELP. To właśnie wtedy wytoczono przeciwko triu ciężkie działa, posypały się zarzuty, kalumnie. Niektóre z tych wydumanych, czasami zupełnie absurdalnych, zarzutów żyją do dzisiaj swoim życiem, pomimo tego, że nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Przyczyny oraz przebieg tej kampanii nienawiści nie pokazują niestety w dobrym świetle rockowego show biznesu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Długie i „poważne” utwory to nie tylko domena Yes i ELP, zdecydowanie dopisałbym do tego grona Magmę. Ich utwory były nawet jeszcze dłuższe („Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh”, „Köhntarkösz”). Wszystkie podmioty wykonawcze odwoływały się choćby do klasycznych wzorców formalnych (najczęściej ELP). Yes wykorzystywał allegro sonatowe („Close To The Edge”), solowy Emerson na „Works” koncert fortepianowy, natomiast band Vandera w „Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh” w dużym stopniu oparł się na wzorcu kantaty. A propos wirtuozerii. Muzycy francuskiego zespołu bynajmniej nie unikali eksponowania swoich walorów instrumentalnych. Nie była to tak obezwładniająca wirtuozeria, jak w przypadku ELP, tyle że warto zwrócić uwagę na fakt, że, zarówno Vander, jak i jego klawiszowcy nie byli tak zaawansowani technicznie, jak Palmer i Emerson. W przypadku tych ostatnich, w obrębie rocka, był to absolutnie najwyższy level. Z takimi umiejętnościami mogliby spokojnie grać muzykę jazzową. Jestem przekonany, że gdyby Francuzi byli większymi wirtuozami nie omieszkaliby z tego skorzystać. Przedmiotem dyskusji może być tylko zakres tej zmiany. Nie inaczej byłoby w przypadku Gentle Giant, wszak oni także chętnie prezentowali swój kunszt wykonawczy (vide „Knots”, „The Runaway”). Trzeba jednak przyznać, że w niejednym względzie zespół miał gen samoograniczania się, co zapewne sprawiłoby, że byłby bardziej powściągliwy w tej materii. Generalnie, twórcy z kręgu rocka progresywnego mieli silne predylekcje do eksponowania swoich walorów instrumentalnych. Często grali na granicy swoich możliwości, co niejednokrotnie bywało zwodnicze. Na przykład - Tony Banks w czasie koncertów miewał problemy z bezbłędnym zagraniem trudnych partii ze wstępu do „Firth Of Fifth”. Aby uniknąć problemów, zespól zrezygnował z klawiszowego preludium i postludium.

    Odniosę się jeszcze do dwóch Twoich stwierdzeń:
    „ próbowali konkurować z kompozytorami klasycznymi”
    „sprawiając przy tym wrażenie bardzo poważnych, jakby to co grają, było rzeczywiście sztuką porównywalną z muzyką poważną”

    Nie warto iść drogą osób, które tego typu zarzuty formułowały, natomiast warto poczytać ich teksty z prasy brytyjskiej i amerykańskiej, bo są naprawdę bardzo instruktywne (np. Roberta Christgaua, Lestera Bangsa). Niektóre „mądrości”, którymi raczyli swoich czytelników, były później bezrefleksyjnie powtarzane. „Konkurowanie z kompozytorami klasycznymi” to właśnie jedna z takich legend wyssana z suchego palca. Jak było naprawdę? Najlepiej sięgnąć do źródła, czyli zapoznać się z wypowiedziami artystów na ten kontrowersyjny temat. Był to jeden z najczęściej wałkowanych wątków w wywiadach. Zarówno Emerson, jak i Palmer (to oni nadawali ton tym klasycyzującym ciągotkom), odnosili się z dużą pokorą do twórców z kręgu muzyki poważnej. Żadną miarą nie uważali się za „klasycznych” kompozytorów, czy też kogokolwiek w tym rodzaju. Konstatowali, że są muzykami rockowymi, którym bardzo bliskie jest dziedzictwo muzyki klasycznej, dlatego jednym z ich fundamentalnych celów w strategii artystycznej było twórcze inkorporowanie wybranych elementów ze świata klasyki (np. środków wyrazu, rozwiązań formalnych). Słowem – chodziło o poszerzenie granic estetycznych rocka, otwarcie go na gatunki bardziej szlachetne i wyrafinowane. Populistyczny nurt krytyki rockowej zdecydowanie kontestował takie podejście do tematu. Z perspektywy czasu sami możemy ocenić kto miał rację w tym sporze. Czy dla muzyki rockowej faktycznie byłoby lepiej, gdyby tylko trzymała się kurczowo swoich rock'n'rollowych korzeni?

    OdpowiedzUsuń
  6. ELP nie kojarzy mi się ze śmiertelną powagą. Przynajmniej z czterech powodów. Na ich płytach studyjnych odnajduję niejednokrotnie, jak to ująłeś, „dystans i zabawę konwencjami”, to wszystko jest zresztą dość skomplikowane i niejednoznaczne, bo można wskazać fragmenty zarówno bardzo seriozne, jak i całą gamę różnych odcieni w podejściu do tematu (vide „Karn Evil 9”). Drugim jest lektura wywiadów, dzięki którym również w jakimś stopniu mogłem wyrobić sobie zdanie na ich temat, choćby w kwestii podejścia do muzyki. Trzeci jest związany z ich zachowaniem na scenie, typowym dla muzyków rockowych – to nie byli poważni intelektualiści w rodzaju Frippa. Czwarty dotyczy osobistych doświadczeń. Bodajże w 1996 roku byłem na kameralnym spotkaniu z Carlem Palmerem. Wyluzowany gość, żadnego gwiazdorzenia i bufonady, obdarzony poczuciem humoru, otwarty na kontakty z ludźmi. O czasach, gdy grał w ELP opowiadał, jakby był muzykiem w zwykłym zespole rockowym, żadnej megalomanii. Widać było, że jest profesjonalistą, jednocześnie ma dystans do tego, co robi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za te komentarze, bo przyjemnie w końcu poczytać coś tak merytorycznego i profesjonalnego, dającego szansę do ciekawej polemiki. Tylko obawiam się, że sam już nie mam nic do dodania. W zasadzie zgadzam się z tym wszystkim, co teraz napisałeś.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem nie będą publikowane, ale jeśli uznam je za ciekawe, umieszczę odpowiedzi na nie na stronie "FAQ / Q&A".