26 sierpnia 2018

[Recenzja] Alice in Chains - "Rainier Fog" (2018)



Popełniłem cholerny błąd, sięgając po nowe wydawnictwo Alice in Chains. Ciekawość, ale przede wszystkim pewien obowiązek, w związku z prowadzeniem tej strony, zwyciężyły z rozsądkiem. Pamiętając jak bardzo przeciętny jest poprzedni album zespołu, "The Devil Put Dinosaurs Here", i wiedząc, jak kiepskie zwykle bywają nowe wydawnictwa rockmanów w tym wieku i tak straciłem kilkadziesiąt minut życia na przesłuchanie najnowszego dzieła Alice in Chains. Czemu w takim razie tracę kolejne minuty na opisywanie tego materiału? Bo mam nadzieję, że uda mi się uchronić innych przed traceniem czasu na niego i inne wydawnictwa podstarzałych, dawno wypalonych twórczo grup rockowych. Istnieje zbyt wiele różnorodnej, wartościowej muzyki, by zajmować się takimi pierdołami.

"Rainier Fog" to dopiero szósty pełnowymiarowy album Alice in Chains (a trzeci z udziałem Williama DuValla, który zajął miejsce nieżyjącego Layne'a Staleya). Zespół trzyma się wypracowanego przed laty stylu, w najnudniejszy możliwy sposób. O ile na wydanym prawie dekadę temu "Black Gives Way to Blue" (pierwszym nagranym z DuVallem) muzycy odważyli się na parę eksperymentów i zadbali o rozpoznawalne kompozycje, tak "The Devil Put Dinosaurs Here" jest już dużo bardziej zachowawczy, a kompozycje mniej udane. Tendencja ta utrzymuje się na "Rainier Fog". Mam wrażenie, że zespół tworzył te kawałki skupiając się wyłącznie na tym, żeby brzmiały jak Alice in Chains, nie mając na nie żadnego pomysłu. Wystarczą przecież charakterystyczne dla grupy wokalne dwugłosy, za akompaniament może posłużyć parę topornych riffów, a fani będą zachwyceni.

Tylko, że tu nic nie ma prawa zachwycić. Melodie są słabe i wymęczone (np. "The One You Know", "Red Giant", "So Far Under") lub banalne (szczególnie "Never Fade" z naprawdę obrzydliwym, miałkim refrenem). Riffy i solówki są kompletnie nijakie. A budowa utworów jest bardzo schematyczna i przewidywalna. Jedyne urozmaicenie całości to parę łagodniejszych, mdłych kawałków w sam raz do radia ("Fly", "Maybe") i dość typowa ballada na zakończenie ("All I Am" - w sumie nie najgorsza, ale zbyt rozwleczona). Oddając jednak grupie sprawiedliwość, muszę przyznać, że znalazł się tu jeden całkiem udany utwór - intrygująco zatytułowany "Drone". Oparty na riffie, który mógłby się znaleźć na sabbathowej "Trzynastce", z przyzwoitą melodią i nieco mniej schematyczną budową. Ten jeden jedyny kawałek mógłby znaleźć się na dowolnym albumie zespołu i nie byłby tam wypełniaczem, choć tylko na poprzednim wydawnictwie należałby do najlepszych momentów.

Dawno już nie słyszałem tak bardzo nudnego, odtwórczego, wymęczonego i nieinspirującego wydawnictwa, jak "Rainier Fog". Zespół kompletnie nie ma pomysłu na granie w dotychczasowym stylu, a boi się zrobić krok do przodu i w jakikolwiek sposób odświeżyć swoją muzykę. To jednak ryzyko, na jakie rockowi wykonawcy z takim stażem sobie nie pozwalają. "Rainier Fog" to typowe wydawnictwo mające jedynie przypomnieć o zespole i być pretekstem do kolejnej trasy. Ja jednak wolę pamiętać o Alice in Chains jako o zespole, który stworzył "Dirt", niż o nudnym zespoliku odcinającym kupony od dawnej sławy i wydającym takie chałtury, jak "The Devil Put Dinosaurs Here" i "Rainier Fog". Mam nadzieję, że nie popełnię już więcej błędu, polegającego na słuchaniu nowych wypocin rockowych dinozaurów.

Ocena: 3/10



Alice in Chains - "Rainier Fog" (2018)

1. The One You Know; 2. Rainier Fog; 3. Red Giant; 4. Fly; 5. Drone; 6. Deaf Ears Blind Eyes; 7. Maybe; 8. So Far Under; 9. Never Fade; 10. All I Am

Skład: Jerry Cantrell - wokal i gitara; William DuVall - wokal i gitara; Mike Inez - bass; Sean Kinney - perkusja
Gościnnie: Chris DeGarmo - gitara akustyczna (5)
Producent: Nick Raskulinecz


18 komentarzy:

  1. znaczy nie wszystkie dinozaury nagrywają wypociny, bo taki Nick Cave, Neil Young, Strawbs, Thurstoon Moore, Paul Westenberg, Paul McCartney i paru innych, wciąż trzyma poziom, pomimo bycia na scenach pomiędzy 40 a 50 lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wyjątki, nie reguła. A ryzyko, ze ich kolejny album będzie porażką, rośnie. Zresztą weźmy takiego Younga - jego ostatni album nie jest zły, słucha się go nieporównywalnie lepiej od tego czegoś z powyższej recenzji, ale też żadne wielkie dzieło to nie jest i niczego nowego nie wnosi. Ot, przyzwoity album faceta, który kiedyś potrafił stworzyć coś znacznie lepszego, co wciąż zachwyca po 40 latach od premiery.

      Usuń
    2. Właśnie usłyszałem nowy singiel Paula McCartneya, "Fuh You". Dawno już nie słyszałem gorszego gówna. Już wolę te nudne popłuczyny AiC, niż starego dziada próbującego wkraść się w łaski nastolatków słuchających współczesnego mainstreamu.

      Usuń
    3. Dobrze, że Bitlesi rozpadli się po "Abbey Road" (po co jeszcze wydawali "Let it Be"?), bo dzisiaj mniemam, że byliby takim samym pośmiewiskiem (oczywiście nie wśród typowych konsumentów muzyki rozrywkowej) jak Scorpions czy Deep Purple. A Lennon - cytując internetowy mem - dobrze że z dech (Harrison też).

      Trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie stop i przyznać się przed sobą, że nie nagra się już niczego lepszego, a przyszłość to będą albo żałosne poszukiwania i próby płynięcia z prądem, albo impotenckie starania zrobienia tego samego co przyniosło sukces tylko lepiej - albo nawet nie lepiej, tylko na tyle zjadliwie by się sprzedało.

      Usuń
    4. Akurat poprzednia płyta McCartneya, "New", była naprawdę fajna, zwłaszcza takie utwory jak "Queenie Eye" czy tytułowy miały piękne, prawdziwie beatlesowskie melodie. Słyszałem też płytę z 2005 roku, dość wysoko cenioną przez RYM, i nawet była jeszcze lepsza. Dobrze, że Beatlesi się rozpadli, ale i dobrze, że każdy z nich potem jeszcze długo tworzył nową muzykę, bo im to wychodziło. :)

      Usuń
  2. Uwielbiam takie recenzje w twoim wykonaniu. Pełne są one furii i wkurwienia spowodowanego zrecenzowanym albumem. Czyta się to jak genialną poezję. Podoba mi się rola jaką w nich odgrywasz (chociaż, może to twoje prawdziwe "ja") - wiecznie oburzonego, bucowatego krytyka który lubi się przechwalać jakiej to on mega zajebiście ambitnej muzyki słucha i nie ma czasu na muzykę której nie przystoi słuchać takiemu "patrycjuszowi kultury", który nie ma zamiaru upodabniać swojego gustu muzycznego do tego który odpowiada plebejuszom, oraz uważającego że nic, absolutnie NIC wartościowego nie zostało wydane po 1975 roku. Po prostu piękna robota :D

    Jednakże, poziomem agresji ta recenzja nie dorasta do recenzji debiutu Ramones. Tam to były dopiero koncert furii. Delektowałem się każdą linijką tekstu który przeczytałem, każdym pojedynczym wyrazem itd. Niestety w tej negatywnej recenzji, tego elementu trochę zabrakło. Ale rozumiem, każdy pisarz, dziennikarz czy inna istota żywa na tej planecie ma swoje lepsze i gorsze dni. Ale muszę ci przyznać jeszcze jedną rzecz. Masz chłopie komediowy potencjał. Oby tak dalej.

    Pozdrawiam cieplutko :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha pięknie pocisnąłeś :)

      Usuń
    2. Kłaniam się nisko. Jetem genialny :)

      Usuń
  3. Tak, jest to album słaby (jak na dzisiejsze standardy - przeciętny), ale dla mnie raczej na 5. Co do Drone się zgodzę, Fly kojarzy mi się z Metallicą w czasach (Re)Loadu i też jest raczej robiący pozytywne wrażenie. Cała reszta zlewa się i brzmi jak próba odfajkowania oczekiwań fanów, żeby dostali nowe AiC, ale odfajkowania go po linii najmniejszego oporu - poprzez danie im harmonii wokalnych, gnijąco brzmiących gitar, i jakichś tam riffów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie ten album jest przede wszystkim cholernie nudny. A ocena 3/10 w nowej skali oznacza właśnie "nudny".

      Z "Fly" miałem takie samo skojarzenie, ale na tamtych albumach Metalliki takie kawałki jakoś lepiej pasowały do całości, zaś tutaj mają (dotyczy to także "Maybe") się nijak do reszty.

      Usuń
    2. Czyli można powiedzieć, że wg nowej skali powracasz wyłącznie do albumów od oceny 6 w górę czy granica jest inna?

      Usuń
    3. Raczej do tych z ocenami od 8 w górę i to też nie do wszystkich.

      Usuń
  4. To był błąd, przepraszam że przypomniałem ci o tym albumie ale muszę przyznać że na recenzję wyczekiwałem z wypiekami spodziewałem się takiej opinii moja jest podobna ale nie aż tak surowa a "All I Am" jest dla mnie za długi i tandetny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Do recenzenta:
    Chłopie, po co bierzesz się za recenzję plyty zespołu, którego muzyka Ci nie odpowiada? Rozumiem,że kiedyś ich muzyka Ci odpowiadała, ale skoro teraz Ci jest w aż taki nie smak to daruj sobie takie wypociny. Zastanów się, może już takie melancholijne klimaty już nie są dla Ciebie. Moim zdaniem ta recenzja jest kompletnie nieobiektywna. Bez konkretnych argumentów. Ja natomiast myślę, że ta płyta miała jeszcze większy potencjał w czasie jej powstawania. Nie do końca wykorzystany. Ale jest bardzo dobra. Daje 7/10.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do komentującego:
      Chłopie/Babo, recenzja z definicji jest subiektywnym opisem wrażeń recenzenta. W przeciwnym razie nie byłaby recenzją, tylko zwykłym opisem. Jeśli chcesz czytać "kompletnie obiektywne" opisy, to polecam artykuły na Wikipedii. Sam co prawda nie jestem specjalnie zadowolony z tej recenzji (choć i tak uważam ją za lepszą niż opisywany w niej album), bo ogólnie nie lubię pisać takich negatywnych tekstów, ale gdybyś czytał(a) uważnie, wiedział(a)byś jaki jest jej cel. Argumentów to brakuje w Twoim komentarzu. Natomiast faktycznie coraz bardziej oddalam się od słuchania muzyki rockowej. Co nie zmienia faktu, że wciąż lubię wczesne albumy Alice in Chains, a "Dirt" wciąż należy do czołówki moich ulubionych albumów z lat 90. "Rainier Fog" to marne popłuczyny po tamtym AiC.

      Usuń
  6. Z tekstem zgodziłem się bardzo szybko, z oceną nieco wolniej(początkowo dawałem 5/10 - z coraz większym naciągiem). A co do oddalania się od muzyki rockowej - przed chwilą trafiłem na YT na Laboratorium - Diver. Już chciałem Ci to linkować jako nowość, ale przezornie sprawdziłem, że masz to na rymie. Tak więc linkuję nie jako nowośc, a jako coś co może zainteresuje jakiegoś odwiedzającego https://www.youtube.com/watch?v=R3gO8gAzzPI . A z rzeczy które Tobie polecę podsuwam Primusa (płyty z okresu 1989-1993 uchodzą za najlepsze) Przypomniałem sobie o nim czytając wczorajszą recenzję Ashratempel - to muzyka do chodzenia po ścianach i suficie, ale zdecydowanie bardziej muzyczna niż Stalaggh - Pure Misantrophy. Nie bój się, nie wpuszczam Cię w maliny, chłopie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! widzę podobne efekty poszukiwań. Z "Labiryntu absolutnie fenomenalny jest koncert z chyba 1979 roku. Aż trudno uwierzyć, że tak znakomite brzmienie dawało się uzyskać w tamtych czasach.
      Przy okazji podzielę się drugim znaleziskiem z "Polish Jazz" - Extra Ball. Podobne pop-jazzowe klimaty. Wszystko ugrane perfekcyjnie i z "feelingiem".

      Usuń
  7. Płyta nie jest az tak zła i nudna po głebszym wsłuchaniu sie. Paradoksalnie 3 pierwsze single to najgorsze kawałki na tej płycie, zgadzam się sa banalne i meczące. Drone, all I am, fly, maybe i moja perełka Deaf ears blind eyes z wyczesaną frazą melodyczną to bardzo solidne numery. Sa bardzo ,,Alicjowe" i charakterystyczne dla zespołu po reaktywacji. Kamyczek do ogródka dla recenzenta. Czasy Dirt juz nie wrócą, Pearl Jam nie nagra drugiego Ten, Tiamat drugiego Wildhoney itd. Nie wymagajmy od ,,starszych Panów" fantazji młodych chłopaków nabuzowanych hormonami. Epilog: Black Gives Way to Blue jest dla mnie znakomita płyta. Kolejne dwie byłyby równie dobre jakby z nich wybrac najlepsze kawałki i scalic w jedna.. Niestety na 9 lat które upłynęło to stanowczo za mało, choiaż nadal jestem fanem ich stylu i chetnie sięgne po nast. wydawnictwo.Oczywiście nie spodziewam sie po nim przełomu ale rockowego grania na dobrym poziomie.6/10

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.