19 marca 2018

[Recenzja] Rage Against the Machine - "Rage Against the Machine" (1992)



Na przełomie lat 80. i 90. nastąpiło ostatnie wyraźne odrodzenie muzyki rockowej. Nagle pojawiło się mnóstwo nowych zespołów, które postanowiły zaprezentować alternatywę dla wszechobecnego w mainstreamie kiczu. Część z nich wprost odwoływała się do już wtedy klasycznych odmian rocka (za sprawą mediów wrzucono je wszystkie do worka z napisem "grunge"), inne postanowiły łączyć rock lub metal z elementami nowych gatunków. Cały ten zryw trwał ledwie kilka lat, główni przedstawiciele szybko się wypalili, a ich naśladowcy jeszcze szybciej sprowadzili te nowe odmiany rocka do poziomu dna. Po tym wszystkim pozostało jednak trochę interesujących albumów. Do nich z pewnością zalicza się debiutancki longplay rapmetalowej grupy Rage Against the Machine - jeden z największych klasyków lat 90.

Rage Against the Machine nie byli prekursorami łączenia metalowego ciężaru z rapowanymi partiami wokalnymi. Już wcześniej działały przecież takie zespoły, jak Faith No More czy Red Hot Chili Peppers. Nawet takie grupy, jak Aerosmith i Anthrax, nawiązywały współpracę z raperami. Jednak muzycy RAtM wypracowali swój własny, od razu rozpoznawalny styl. Składają się na niego:

  • charakterystyczne partie wokalne Zacka de la Rochy, bliższe punkowego skandowania, niż murzyńskiego rapowania, 
  • równie rozpoznawalna gra gitarzysty Toma Morello, który oprócz tworzenia świetnych riffów, wypracował własną technikę, polegającą na wydobywaniu z gitary dźwięków podobnych do DJ-skich skreczów
  • oraz ciężka, funkowa gra sekcji rytmicznej, składającej się z basisty Tima Commerforda i perkusisty Brada Wilka.

Równie rozpoznawalnym elementem były, niestety, infantylne teksty popierające komunizm. Najlepiej jednak całkowicie je zignorować i skupić się na samej muzyce. Ta wypada znacznie ciekawiej, choć nie jest pozbawiona wad. Ta najpoważniejsza, to zbyt mała różnorodność. Wszystkie utwory są zbudowane z tych samych patentów, co po pewnym czasie zaczyna nużyć. Przydałoby się więcej urozmaiceń - choćby takich, jak w "Know Your Enemy", w którym fragment tekstu gościnnie zaśpiewał Maynard James Keenan z Tool, bo słuchanie jednostajnych partii de la Rochy jest na dłuższą metę męczące. Podobnie ma się sprawa z warstwą muzyczną. Szkoda, ponieważ poszczególne utwory zwykle sprawiają dobre wrażenie - mnóstwo w nich energii, czasem naprawdę dobrych riffów Morello, oraz świetnej, wyrazistej gry sekcji rytmicznej. Wyróżniają się zwłaszcza takie kawałki, jak doskonale łączący agresję z przebojowością "Killing in the Name", mocno funkowe w warstwie rytmicznej "Take the Power Back", "Know Your Enemy" i "Wake Up" (w pierwszym z nich pojawiają się nawet dość tradycyjne gitarowe solówki), oraz dynamicznie zróżnicowany "Settle for Nothing". Całość można by jednak skrócić o kilkanaście minut, bo końcówka albumu (szczególnie kawałki "Fistful of Steel" i "Township Rebellion") nic już nie wnosi.

"Rage Against the Machine" to jeden z najważniejszych i, niestety, najbardziej wpływowych (niestety, ze względu na żenującą twórczość naśladowców w rodzaju Limp Bizkit i Linkin Park) rockowych albumów lat 90. Niepozbawiony co prawda wad, jednak w ogólnym rozrachunku wypadający całkiem dobrze. Czuć tu świeżość, jakiej od dawna brakuje muzyce rockowej.

Ocena: 7/10



Rage Against the Machine - "Rage Against the Machine" (1992)

1. Bombtrack; 2. Killing in the Name; 3. Take the Power Back; 4. Settle for Nothing; 5. Bullet in the Head; 6. Know Your Enemy; 7. Wake Up; 8. Fistful of Steel; 9. Township Rebellion; 10. Freedom

Skład: Zack de la Rocha - wokal; Tom Morello - gitara; Tim Commerford - bass, dodatkowy wokal; Brad Wilk - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Maynard James Keenan - dodatkowy wokal (6); Stephen Perkins - instr. perkusyjne (6)
Producent: Garth Richardson, Rage Against the Machine


20 komentarzy:

  1. Z dzisiejszej perspektywy - straszna płyta. Lewackie teksty, riffy czasem sztampowe do bólu. Trzeba jednak pamiętać, że w rzeczy samej był to jeden z pierwszych albumów tego typu. Pamiętam, jak katowaliśmy to w akademiku:) Dużo ciekawszy, o ile pamiętam, był album grupy Senser "Stack Up", który wyszedł 2 lata po debiucie RATM. Sentymentu jednak ni do jednego, ni do drugiego zespołu żadnego we mnie nie zostało. Ta muzyka miała swoich 5 minut i skurwiła się nadzwyczaj szybko. Nie dałbym 7/10, najwyżej 5. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Red hot chili peppers i Faith no more to duzo lepsze zespoły,przynajmniej w tamtym czasie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja ulubiona płyta. Nie jest różnorodna, bo taka nie miała być. Miała za to dawać porządnego kopa energii i takiego daje ;) Dla mnie 10/10!
    PS. Gdzieś czytałem, że członkowie RATM przeprosili, że przez nich powstały takie zespoły gówniane zespoły jak Limp Bizkit czy Linkin Park.

    OdpowiedzUsuń
  4. Spiritus Omnipraesens21 marca 2018 16:36

    Ale serio tak uważasz? Zacząłeś doceniać rap?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Nie. Przeczytaj recenzję, to się dowiesz za co doceniam ten album.

      Usuń
  5. 7/10 to zdecydowanie za niska ocena dla tego albumu. Kiedy można się spodziewać recenzji kolejnych płyt RATM?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdania są jak tyłki. Podzielone.

      Być może niedługo pojawią się kolejne recenzje.

      Usuń
    2. Coś mi się zdaję, że tę płytę winylową kupiłeś jakiś czas temu w Biedronce i tylko dlatego zrecenzowałeś ten album ;)

      Usuń
    3. Nie, nie kupiłem tej płyty. Podczas ostatniej wyprzedaży udało mi się znaleźć tylko "Some Girls" Stonesów, który jakimś cudem został pomiędzy jakimś badziewiem. Najbardziej zależało mi na "Blue Train" Coltrane'a, ale wyszło na dobre, bo jakiś czas później udało mi się kupić niewiele drożej wydanie z końca lat 70. lub początku 80.

      A zrecenzowałem ten album dlatego, żeby zamknąć usta malkontentom twierdzącym, że recenzje są słabo zróżnicowane (z czym się jednak nie zgadzam).

      Usuń
    4. "A zrecenzowałem ten album dlatego, żeby zamknąć usta malkontentom twierdzącym, że recenzje są słabo zróżnicowane"

      haha, wiedziałem :D

      Usuń
  6. A ja tam się z recenzją zgadzam. Uwielbiam początek płyty, ale pomimo krótkiego czasu trwania i tak robi się nużąca pod koniec. Na pewno jednak do teraz brzmi bardzo świeżo - udanych połączeń rapu i metalu faktycznie nie było w historii tak wiele. Może rodzimy Kazik na Żywo jeszcze (tu za to teksty są największym plusem).
    Od RATM, nieco bardziej różnorodnie brzmi ich trzecia płyta, "The Battle of Los Angeles". "Evil Empire" to za to typowy sekwel, chociaż widzę że u ciebie ma tę samą ocenę co debiut. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Evil Empire" wydaje mi się jednak nieco bardziej zróżnicowany.

      Usuń
    2. Spiritus Omnipraesens24 marca 2018 16:26

      Evil Empire jest po prostu wydumany i na przemian z brakiem pomysłów pojawiają się jakieś udziwnione koszmarki.

      Jak to kiedyś zostało świetnie ujęte "Kał przeciwko maszynie"

      Usuń
    3. Artur gdzie niby ma taką samą ocenę jak debiut? Na Evil Empire znajdują się jednak 2-3 średnie kawałki, a na debiucie takowego nie ma.

      Usuń
    4. Na moim RYM-ie ma taką samą ocenę. Na debiucie też są wyraźnie słabsze momenty.

      Usuń
    5. Na debiucie może tylko Fistful of Steel jest dość średni (choć wg mnie dużo nadrabia końcówką). Natomiast Township Rebelion ma świetną linię basu i również świetną końcówkę. A o Freedom nie ma co pisać, bo to jeden z ich najlepszych numerów.

      Usuń
  7. Spiritus Omnipraesens28 marca 2018 15:35

    Dlaczego słowem nie wspomniałeś, że Wake Up jest plagiatem Kashmiru?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo nie jest? Tylko początek jest podobny, ale w "Wake Up" w całości składa się z jednego powerchordu, a w "Kashmir" Page powoli schodzi w dół gryfu.

      Usuń
    2. Wake up grany jest na dwie gitary. Pierwsza to dwa powerchordy, a druga to podwyższanie i obniżanie stroju. Można to dostrzec na nagraniach z koncertów gdzie najpierw gra jedną gitarę, a pod koniec utworu tą gitarę z powerchordem.

      Usuń
  8. Średni album, wiadomo to była nowość ale do mnie nie przemawaia niekóre piosenki są fajne a np. ten beznadziejny Limp Bizkit ma taką piosenke jak "Rollin'" i do tej piosenki mam sentyment bo była w szybcy i wściekli takie klimaty były też w NFSach lata 2002-2007 Ale ogólnie ten rapmetal do mnie nie przemawia 6/10.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.