9 marca 2018

[Recenzja] Kawaida - "Kawaida" (1970)



W grudniu 1969 roku doszło do spotkania kilku wybitnych jazzmanów: Herbiego Hancocka, trębacza Dona Cherry'ego, basisty Bustera Williamsa, flecisty Billy'ego Bonnera, perkusjonalisty Eda Blackwella, oraz trzech przedstawicieli rodziny Heathów - perkusisty Alberta, jego brata, saksofonisty Jimmy'ego, a także syna tego drugiego, perkusjonalisty Jamesa Mtume'a. W ciągu jednego dnia zarejestrowali materiał wydany w następnym roku pod tytułem "Kawaida".

Ciekawa jest jego historia fonograficzna. Oryginalne, amerykańskie wydanie nie zawiera żadnej informacji o wykonawcy (poza spisem muzyków biorących udział w sesji), co sugeruje, że tytuł "Kawaida" jest także nazwą tego projektu. Jednak japońskie wydanie z 1975 roku sygnowane jest nazwiskiem Alberta Heatha, a ściślej mówiąc pseudonimem Kuumba-Toudie Heath (być może dlatego, że jego nazwisko wymienione jest jest jako pierwsze na oryginalnej okładce). Co ciekawe, w tym samym roku album został wydany w Wielkiej Brytanii z zupełnie inną okładką, na której froncie wielkimi literami napisano nazwiska Hancocka i Cherry'ego, a pozostałych muzyków mniejszą czcionką. Późniejsze wznowienia są natomiast sygnowane wyłącznie nazwiskiem Herbiego - wszystkie mają zmienione okładki i tytuły (na "The Jazz Masters", "Baraka", itd.*). Paradoksalnie, najbardziej adekwatne byłoby uznanie "Kawaida" za album Mtume'a, który jest autorem i aranżerem zdecydowanej większości zawartych na nim utworów.

"Kawaida" jest w pewnym sensie zapowiedzią zespołu Mwandishi - nie tylko ze względu na udział Hancocka i Williamsa (którzy współpracowali ze sobą już wcześniej, chociażby na albumie "Fat Albert Rotunda"), ale także na fakt, że wszyscy muzycy przybrali pseudonimy w języku swahili, a sama muzyka wyraźnie zdradza wpływy afrykańskie. Tutaj jednak ostateczny efekt jest zupełnie inny - zamiast mocno opartego na elektrycznych i elektronicznych brzmieniach fusion, otrzymujemy stuprocentowo akustyczny spiritual jazz. Często brzmiący bardzo korzennie. Szczególnie utwór tytułowy jest przepełniony klimatem Czarnego Lądu. Polirytmiczne partie perkusyjne, wszechobecny flet, oraz mówiony (niestety, nie wiadomo przez kogo) tekst, tworzą prawdziwie mistyczny, może wręcz rytualny nastrój. Ale ten afrykański klimat słychać także w bardziej jazzowych momentach, jak w melodyjnych "Baraka", "Maulana" i "Kamili", opartych na hipnotyzujących partiach basu i pianina, czy w niemal freejazzowym, zdominowanym przez ekspresyjne popisy sekcji dętej "Duni". W każdym utworze muzycy grają jak natchnieni, pokazując niezwykłą umiejętność zespołowej improwizacji z wzajemną interakcją niemal na poziomie telepatii.

Nie jest to może ten poziom natchnienia, co u Coltrane'ów czy Pharoaha Sandersa, jednak bez wątpienia jest to jeden z najbardziej klimatycznych i najpiękniejszych albumów w tym nurcie. Dla wielbicieli takiej stylistyki jest to obowiązkowa pozycja, dla całej reszty - zdecydowanie warta poznania. 

Ocena: 9/10

* Ukazał się też bootleg pod tytułem "Traces", którego należy unikać ze względu na brak dwóch utworów ("Baraka" i "Kawaida"), oraz fatalną jakość dźwięku.



Kawaida - "Kawaida" (1970)

1. Baraka; 2. Maulana; 3. Kawaida; 4. Dunia; 5. Kamili

Skład: Herbie "Mwandishi" Hancock - pianino; Don "Msafari" Cherry - trąbka; Jimmy "Tayari" Heath - saksofon; Billy "Fundi" Bonner - flet, instr. perkusyjne (3); Buster "Mchezaji" Williams - bass; Albert "Kuumba" Heath - perkusja; James "Mtume" Foreman - kongi; Ed Blackwell - instr. perkusyjne
Producent: -


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.