12 grudnia 2017

[Recenzja] Greta Van Fleet - "From the Fires" (2017)



Kiepsko jest z kondycją rockowej sceny, jeśli jej objawieniem i nadzieją zostaje ogłoszony bodajże najbardziej wtórny i pozbawiony własnej tożsamości zespół, jaki dane było mi słyszeć. Muzycy amerykańskiej grupy Greta Van Fleet (naprawdę nie da się już wymyślić lepszej nazwy?) postanowili zostać jak najwierniejszym sobowtórem Led Zeppelin. I muszę przyznać, że to imitowanie wychodzi im naprawdę doskonale. Parę miesięcy temu przypadkiem słuchałem radia (celowo nie robię tego od lat) i akurat był odtwarzany jeden z ich utworów, a ja zastanawiałem się, czy nie przegapiłem informacji o opublikowaniu jakiegoś niewydanego wcześniej utworu Led Zeppelin. Stylizowane na lata 70. brzmienie to norma u retro-rockowych grup, ale ten zespół prócz tego posiada wokalistę, który potrafi śpiewać dokładnie tak, jak młody Robert Plant i bynajmniej nie ustępuje mu możliwościami.

Szkoda tylko, że swoje umiejętności i naturalne warunki głosowe wykorzystuje w najgorszy możliwy sposób. Maksymalnie odtwórczy, całkowicie pozbawiając się własnego charakteru. Ten sam problem dotyczy instrumentalistów, choć im akurat brak umiejętności, jakie mieli Jimmy Page, John Paul Jones i John Bonham. Riffy i solówki nie są nawet w połowie tak świetne, jak na albumach Led Zeppelin, a sekcja rytmiczna, cóż, po prostu gra prosty rytm, praktycznie nie zwracając na siebie uwagi. Otrzymujemy więc zespół, który brzmi dokładnie tak, jak inny zespół, ale pozostający za nim daleko w tyle, zarówno pod względem kompozytorskim, jak i wykonawczym (nie licząc wokalu). No więc po jaką cholerę tego słuchać? Spotkałem się z opinią, że to zespół dla ludzi, którzy bardzo lubią Led Zeppelin, ale już się osłuchali z jego nagraniami i chcieliby posłuchać nowych. Z doświadczenia wiem jednak, że przyjemność ze słuchania retro-rocka kończy się po najwyżej kilku przesłuchaniach. Potem, gdy przyjdzie ochota na słuchanie takiej muzyki, i tak wybierze się osłuchany oryginał, gdyż jest po prostu znacznie lepszy.

Czas przyjrzeć się bliżej wydawnictwu, które jest pretekstem do tej recenzji. "From the Fires" to druga pozycja w dyskografii zespołu, po wydanej wcześniej w tym roku EPce "Black Smoke Rising". Nowe wydawnictwo również kwalifikowane jest jako EPka, choć to w sumie pół godziny muzyki i aż osiem utworów. W czasach, gdy działał Led Zeppelin, nikt nie wahałby się z kwalifikowaniem tego materiału jako regularnego albumu. Repertuar składa się z całego materiału z poprzedniej EPki ("Safari Song", "Flower Power", "Highway Tune" i "Black Smoke Rising"), dwóch nowych kompozycji zespołu ("Edge of Darkness" i "Talk on the Street"), oraz dwóch przeróbek ("A Change Is Gonna Come" Sama Cooke'a i "Meet on the Ledge" Fairport Convention).

Wiele z tych kawałków w bezwstydny sposób nawiązuje do konkretnych kompozycji Led Zeppelin. Podobieństwa nigdy jednak nie przekraczają magicznej liczby czterech taktów, dzięki czemu muzycy unikną procesu o plagiat (Jimmy Page nie był tak sprytny). Przykłady? "Highway Tune" sporo czerpie z "The Rover", akustyczny "Flower Power" melodycznie i aranżacyjnie przypomina "Hey Hey What Can I Do", a w "Safari Song" słychać echa "In My Time of Dying". Zwróćcie uwagę, że nie są to jedne z najpopularniejszych utworów Led Zeppelin, a więc mniej obeznanym słuchaczom mogą wydawać się świeższe, niż są w rzeczywistości. W "Black Smoke Rising" i dwóch nowych autorskich kawałkach nie ma może aż tak oczywistych nawiązań do konkretnych utworów, ale to wciąż do bólu klasyczny hard rock, nieodbiegający daleko od stylistyki wiadomej grupy. Pozytywnym zaskoczeniem są natomiast oba covery, które pomimo uhardrockowienia, nie brzmią aż tak zeppelinowo, jak pozostałe, a wokalista zrezygnował z podrabiania Planta. W "A Change Is Gonna Come" pozostało nawet trochę soulowego klimatu oryginału, zaś "Meet on the Ledge" zdecydowanie zyskuje dzięki większej dawce energii i przebojowości.

Te dwie przeróbki pokazują, że zespół stać na odrobinę więcej, niż ślepe naśladowanie Led Zeppelin. To oczywiście wciąż za mało, by uznać go za objawienie czy choćby sensację na rockowej scenie. Przede wszystkim, muzycy musieliby nauczyć się pisać lepsze utwory i odnaleźć własną tożsamość. Mimo wszystko, "From the Fires" słucha się nawet nieźle. Pod względem muzycznym jest to całkiem solidne rzemiosło, a wokalu mogłaby pozazdrościć zdecydowana większość retro-rockowych grup. Wiem jednak, że już nigdy nie wrócę do tego wydawnictwa. Gdy najdzie mnie ochota na granie w stylu Led Zeppelin, sięgnę po pierwowzór.

Ocena: 3/10



Greta Van Fleet - "From the Fires" (2017)

1. Safari Song; 2. Edge of Darkness; 3. Flower Power; 4. A Change Is Gonna Come; 5. Highway Tune; 6. Meet on the Ledge; 7.Talk on the Street; 8. Black Smoke Rising

Skład: Joshua Michael Kiszka - wokal; Jacob Thomas Kiszka - gitara; Samuel Francis Kiszka - bass; Daniel Robert Wagner - perkusja
Producent: Al Sutton i Marlon Young


4 komentarze:

  1. Przyjemne granie do puszczenia w tle, chociaż półkę niżej niż tacy Rival Sons (którzy na początku też brzmieli jak tribute band LZ).A tak nawiązując do post-zeppelinów - co się stało z recenzją Kingdom Come?

    OdpowiedzUsuń
  2. Z początku myślałem, że przesadzasz, pisząc że Greta Van Fleet uznaje się za jedną z nadziei i zbawienia dzisiejszego rocka. Ale coraz częściej na jakichś grupach fanów rocka, prasie itp. faktycznie widzę zdania typu "to jest powiew świeżości na rockowej scenie", "coś nowego". A jak w kilku miejscach przeczytałem (bez ściemy), że ten zespół JEST POWIEWEM ŚWIEŻOŚCI, BO BRZMIDOKŁADNIE JAK ZEPPELINI, to nie wytrzymałem :D Naprawdę chyba zaczynają coraz bardziej zanikać jakieś standardy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Taka powermetalowa okładka jak z płyty Somewhere Far Beyond - Blind Guardian

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.