11 października 2017

[Recenzja] Love - "Forever Changes" (1967)



Zanim grupa Love przystąpiła do rejestracji swojego trzeciego albumu, ze składu odeszli klawiszowiec Alban Pfisterer i saksofonista Tjay Cantrelli. Pozostali muzycy nie zdecydowali się przyjąć nikogo na ich miejsce, za to podczas sesji nagraniowej "Forever Changes" skorzystali z pomocy kilkunastu muzyków sesyjnych, w tym rozbudowanej sekcji smyczkowej i sekcji dętej. Pod względem stylistycznym, album jest odejściem od garażowych korzeni zespołu w stronę bardziej folkowego grania, kojarzącego się z The Byrds lub Crosby, Stills & Nash. Zwrot ten został zasugerowany przez Jaca Holzmana, założyciela Elektra Records, dla której zespół nagrywał. Muzycy wywiązali się wzorowo ze swojego zadania. "Forever Changes" to zbiór bardzo melodyjnych, bezpretensjonalnych piosenek, opartych głównie na akompaniamencie gitar akustycznych i smyczków. Kwintesencją tego nowego stylu grupy jest otwierająca album kompozycja "Alone Again Or", śpiewana w świetnym dwugłosie przez Arthura Lee i Bryana MacLeana. Utwór był później wielokrotnie kowerowany, m.in. przez grupę UFO. Pozostałe nagrania wypadają równie przyjemnie, choć przy pierwszych przesłuchaniach mogą się ze sobą zlewać, ze względu na zbliżone aranżacje. Największym urozmaiceniem są ostrzejsze, zdecydowanie rockowe partie gitar w "A House Is Not a Motel" i "Live and Let Live". Jednak z każdym kolejnym odsłuchem, album tylko zyskuje.

Ocena: 8/10



Love - "Forever Changes" (1967)

1. Alone Again Or; 2. A House Is Not a Motel; 3. Andmoreagain; 4. The Daily Planet; 5. Old Man; 6. The Red Telephone; 7. Maybe the People Would Be the Times or Between Clark and Hilldale; 8. Live and Let Live; 9. The Good Humor Man He Sees Everything Like This; 10. Bummer in the Summer; 11. You Set the Scene

Skład: Arthur Lee - wokal i gitara; Bryan MacLean - gitara, wokal (1,5), dodatkowy wokal; Johnny Echols - gitara; Ken Forssi - bass; Michael Stuart - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Strange - gitara (3,4); Carol Kaye - bass (3,4); Hal Blaine - perkusja (3,4); Don Randi - pianino (3,4,10); Robert Barene, Arnold Belnick, James Getzoff, Marshall Sosson, Darrel Terwilliger - skrzypce; Norman Botnick - altówka; Jesse Ehrlich - wiolonczela; Chuck Berghofer - kontrabas; Bud Brisbois, Roy Caton, Ollie Mitchell - trąbka; Richard Leith - puzon; David Angel - orkiestracja
Producent: Arthur Lee i Bruce Botnick


1 komentarz:

  1. Wiesz co? Rzeczywiście Gentle Giant nie są dziecinni. To słuchając tej płyty przez większość czasu miałem nieodparte wrażenie, że słucham podkładu do przedstawienia w jakimś teatrzyku dla dzieci, a nie prawdziwej muzyki. Zaczęło się świetnie - 2 pierwsze numery z zadziornymi motywami flamenco, ale potem to brzmiało jak protoplasta Thoma Eunuch-Yorke, tylko bez prądu, a słuchanie tego kawałka z najdłuższym tytułem było prawdziwą udręką. Znowu zwyżka na poziomie "Live at let Live", potem spadek (te okropne wokalizy) i dwa ostatnie numery nieco lepsze. Ale to właśnie dla mnie album gdzie pasuje słowo banalny - problemem nie jest to, że album się zlewa. Problem to tragiczne wykonanie numerów, które może i miały jakiś potencjał, ale przez zrobienie z nich piosenki skifflowej stały się takie, że nie jestem w stanie tego słuchać.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.