3 października 2017

[Recenzja] Frank Zappa - "Hot Rats" (1969)



Nie jestem wielbicielem twórczości Franka Zappy. Doceniam takie albumy, jak np. "Freak Out!" czy "Absolutely Free" (oba wydane pod szyldem Mothers of Invention), za ich innowacyjność, niekonwencjonalność i bezkompromisowość, ale ich pastiszowo-satyryczny charakter do mnie nie przemawia. Co innego, gdy Franek grał na poważnie. Tak, jak na "Hot Rats" - swoim drugim solowym albumie, ale pierwszym na którym osobiście zagrał (na eksperymentalnym debiucie "Lumpy Gravy" pełnił role aranżera i... dyrygenta).

"Hot Rats" to jeden z pierwszych - i zarazem najlepszych - albumów jazzrockowych. Próby łączenia rocka z jazzem były już wcześniej podejmowane, jednak dopiero w 1969 roku przyniosły naprawdę interesujące efekty. Zarówno u wykonawców wywodzących się ze świata jazzu ("In a Silent Way" Milesa Davisa, "Emergency!" The Tony Williams Lifetime), jak i rocka ("Valentyne Suite" Colosseum, ale też "In the Court of the Crimson King" King Crimson i "The Turning Point" Johna Mayalla). Porównując te wszystkie albumy, odnoszę wrażenie, że "Hot Rats" najmocniej z nich zaciera granicę pomiędzy rockiem i jazzem. Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, z którym gatunkiem ma więcej wspólnego. Z jednej strony, znalazły się tutaj głównie instrumentalne utwory, składające się z tematów i długich improwizacji, co jest domeną jazzu. Lecz z drugiej strony, dynamika i brzmienie są zdecydowanie rockowe. Dla ortodoksyjnych słuchaczy akustycznego jazzu takie połączenie jest nieakceptowalne, za to rockowi ortodoksi mogą znaleźć tu wiele dla siebie (o ile nie odrzuci ich złożoność tej muzyki), gdyż album przynosi niesamowitą dawkę energii i ogrom porywających, ostrych solówek gitarowych.

Album rozpoczyna jeden z krótszych utworów, "Peaches en Regalia". Dość złożony, ale poza tym bardzo melodyjny i całkiem łagodny - nic dziwnego, że to właśnie nim promowano "Hot Rats" na singlu. Kolejny na trackliście "Willie the Pimp" to już jazda na całego. Z klamrą w postaci "piosenkowej" części, opartej na prostym gitarowym riffie zdublowanym partią skrzypiec Sugarcane'a Harrisa (znanego m.in. z współpracy z Johnem Mayallem), będącym tłem dla jedynej na albumie partii wokalnej, za którą odpowiada Captain Beefheart, śpiewający w stylu czarnych bluesmanów. W środku pojawia się natomiast długa część instrumentalna z niesamowitym gitarowym popisem Zappy.

Takiego świetnego grania o jamowym charakterze jest tutaj więcej, przede wszystkim w dwóch innych rozbudowanych nagraniach - "Son of Mr. Green Genes" i najdłuższym "The Gumbo Variations". Ten ostatni to nie tylko popis Zappy - jego gitarowe solówki rewelacyjnie przeplatają się tutaj z nie mniej porywającymi popisami Iana Underwooda na saksofonie i Harrisa na skrzypcach. Warto w tym miejscu wspomnieć też o sekcji rytmicznej - choć różni się w zależności od utworu (najczęściej są to basista Max Bennett i John Guerin lub Paul Humphrey na bębnach), to zawsze zachwyca, a jej wyrazista i złożona gra znacznie wpływa na jakość kompozycji.

Wracając do utworów, "Little Umbrellas" zdaje się być nieco bliższy "zwykłego" jazzu. Instrumentarium ogranicza się tutaj do dęciaków i klawiszy, grających wchodniobrzmiące solówki, oraz podkładu perkusji i gitary basowej świetnie imitującej kontrabas. Sporo takiego lżejszego, jazzowego klimatu pojawia się także w finałowym "It Must Be a Camel", jednak tutaj kontrapunktowany jest on energiczną grą perkusisty i momentami dysonansowymi partiami saksofonu. Gościnnie wystąpił w tym nagraniu jazzowy skrzypek Jean-Luc Ponty, znany m.in. z drugiej inkarnacji Mahavishnu Orchestra.

"Hot Rats" wspaniały album, jedno z największych arcydzieł muzyki rozrywkowej, z doskonale wyważonym proporcjami między artyzmem, a przystępnością. Polecał nie będę, bo każdy już z pewnością zna ten album, gdyż zasłużenie zajmuje on wysokie miejsca w przeróżnych rankingach i zestawieniach.

Ocena: 10/10



Frank Zappa - "Hot Rats" (1969)

1. Peaches en Regalia; 2. Willie the Pimp; 3. Son of Mr. Green Genes; 4. Little Umbrellas; 5. The Gumbo Variations; 6. It Must Be a Camel

Skład: Frank Zappa - gitara, bass, instr. perkusyjne; Ian Underwood - instr. klawiszowe, saksofon, klarnet, flet
Gościnnie: Lowell George - gitara; Shuggie Otis - bass (1); Max Bennett - bass (2-6); Ron Selico - perkusja (1); John Guerin - perkusja (2,4,6); Paul Humphrey - perkusja (3,5); Captain Beefheart - wokal (2); Don "Sugarcane" Harris - skrzypce (2,5); Jean-Luc Ponty - skrzypce (6)
Producent: Frank Zappa


16 komentarzy:

  1. Album absolutnie genialny, całkowicie zasłużył na najwyższą ocenę. Cieszy mnie że w końcu pojawiła się recenzja Zappy, lecz po tym co napisałeś o jego wczesnych albumach wnioskuję że nie będzie o nim zbyt dużo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze kilka jego wydawnictw na pewno zrecenzuję, ale do wcześniejszych raczej nie wrócę. Chyba, że przy kolejnej próbie przekonania się do nich stwierdzę, że jednak są genialne ;)

      Usuń
  2. A skoro już jesteśmy przy Zappowskich klimatach, masz może w planach recenzje Beefhearta?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, na razie nie mam. Szczerze mówiąc, w jego twórczości znajduję jeszcze mniej dla siebie, niż u Zappy.

      Usuń
  3. Solówka w "Willie The Pimp" to jakiś kosmos. Zappa gra tu, jakby ktoś go opętał. Niesamowity album, były czasy, gdy starałem się słuchać go regularnie, był tylko jeden problem - ciągle odtwarzałem bez końca "Willie'go Alfonsa" i nie mogłem się zmusić, by przełączyć na następne utwory :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No to frajdę tą recenzją mi Pan zrobił, wczoraj mi wpadł a akurat dziś przysiadać miałem do tego albumu :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Arcydzieło i tyle, w wielu utworach rockowych i jazzowych słychać, że są inspirowane tymi z Hot Rats.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziwi mnie że tylko jedna płyta genialnego Zappy. Przecież on tego natłukł dziesiątki a te najlepsze oprócz Hot Rats to The Grand Wazoo i Waka/Jawaka (ten sam styl co Hot Rats) i bardziej rockowe Overnite Sensation, Apostrophe, One Size Fits All, debiut Freak Out i w końcu kultowa koncertówka Helsinki Tapes.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie ogromna ilość materiału (ponoć sam Zappa nie słyszał wszystkiego, co nagrał) stoi na przeszkodzie, bym osłuchał się z nim na tyle dobrze, by napisać kolejne recenzje.

      Usuń
    2. Panie Pawle, Frank słyszał wszystko co nagrał i wydał za życia. W latach 80 remiksował część oraz remasterował wszystkie swoje oficjalne albumy z myślą o CD... Poza tym miał rozgrzebanych mnóstwo projektów, których nie zdążył dokończyć, stąd jeszcze lata po jego odejściu ZFT wydawał kolejne albumy/składanki/koncerty... Mnóstwo tego to prawda, ale na prawdę warto poświęcić mu czas i spróbować ogarnąć to wszystko:) Czekam z niecierpliwością na następne recenzje Franka!

      Usuń
    3. To było napisane półżartem, dla podkreślenia ogromnej dyskografii, a poza tym dotyczyło też wydawnictw pośmiertnych.

      Usuń
  7. Proponuję wspomniane przeze mnie płyty. Zwłaszcza te 2 jazzowe i 3 rockowe. Debiut też jest ważny. reszta to niestety ilość nie jakość. No i te Helsinki, płyta uważana za jedną z najlepszych koncertówek no i ten Whipping Post na końcu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałem wszystkie, z wyjątkiem tej koncertowej. Najbardziej przypadły mi do gustu te dwie jazzowe.

      Usuń
    2. Jazzowo-rockowa rzeźnia.

      Usuń
  8. Po usłyszeniu strony A byłem nieco zawiedziony, bo brakowało mi takiej kropki nad i, climaxu we wszystkich kawałkach, Pierwszy kawałek potraktowałem jako swoisty "rozbieg" Willie The Pimp był w sumie najbliższy wprawienia mnie w stan spełnienia, ale potem solo zaczęło się rozmywać, ten kawałek z "Umbrellas" w tytule mnie po prostu zawiódł, jest najsłabszy. Za to 2 ostatnie kawałki to poezja - nieskrępowana wolność i popierdujący bezpretensjonalne, ale nie prostackie śmichy saksofon w "Gumbo" to coś co bez wątpienia zasługuje na nieśmiertelność i szerzenie wśród młodych pokoleń. A ostatni "Camel" mimo że nie spodziewałem się niczego specjalnego to plastyczny, profesjonalnie zrobiony jazz - srebrny medal tego krążka.

    Ale jako całość nie jest wiele lepszy od "Freak Out". Może posłucham jeszcze "Wuja"

    Za stronę "A" 7/10
    Za stronę "B" 9/10

    OdpowiedzUsuń
  9. Na razie to chyba mój ulubiony album mający w sobie tyle jazzu. Pierwszy kawałek jest świetnym wprowadzeniem – krótki, melodyjny, złożony, może nie najlepszy, ale zdecydowanie mój ulubiony z tego krążka. Jeśli znasz jakieś inne kawałki/albumy w tym stylu, jestem otwarty na różnorakie propozycje (recenzja „The Rotters’ Club” brzmi zachęcająco, choć jeszcze nie słuchałem).
    W „Willie the Pimp” największą wadą jest wokal Beefhearta, według mnie okropny – bełkotliwy, skrzeczący, stetryczały, często też charczący. A na późniejsze małpie odgłosy spuszczę zasłonę milczenia… To „usprawiedliwianie” jego wokalu przez nawiązywanie do bluesowych śpiewaków jest dziwne - gdyby nie przypominał nikogo byłby opisywany jako oryginalny, dla mnie to raczej marna podróba Howlin’ Wolfa czy B.B. Kinga, bez tej energii i emocji. Nasunęło mi się dość głupie, ale dosadne porównanie – nie uważasz, że Beefheart byłby dobrym dubbingowcem dla Rico z „Pingwinów z Madagaskaru”? Moim zdaniem, w bardziej bełkotliwych partiach podobieństwo jest łudzące. Ale reszta kawałka –początkowa (i końcowa) melodia, solówka Zappy (nie słyszę żadnego rozmycia, wręcz przeciwnie około 5:00 i 6:45 gra wyraźnie się zaostrza) jest świetna.
    Dwa kolejne rozbudowane kawałki to mistrzostwo. Te przeplatające się z innymi instrumentami partie Zappy, długie improwizacje – czegoś takiego właśnie oczekiwałem po Zappie. Dwa krótsze utwory robią na mnie trochę mniejsze wrażenie – zwłaszcza przy „Little Umbrellas” mam wrażenie, że najmniej się w nim dzieje, choć podoba mi się wschodnie brzmienie i partie bassu.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.