[Recenzja] King Crimson - "THRaKaTTaK" (1996)



Trasę promującą album "THRAK" muzycy King Crimson postanowili podsumować w zdecydowanie niesztampowy sposób. Nie jest to rejestracja jednego koncertu ani zbiór utworów z rożnych występów, odzwierciedlający ówczesną setlistę. Na repertuar tego wydawnictwa składa się tylko jedna kompozycja, tytułowa z promowanego właśnie longplaya - tu w blisko godzinnej wersji, podzielonej na osiem ścieżek. W rzeczywistości jest to po prostu miks fragmentów dwudziestu różnych wykonań, zarejestrowanych w październiku i listopadzie 1995 roku podczas, odpowiednio, japońskiej oraz amerykańskiej części trasy. Całość została na tyle sprawnie zmontowana, że można odnieść wrażenie, jakby sekstet - czy tam podwójne trio, stosując preferowaną przez zespól nomenklaturę - faktycznie wykonał utwór w ten sposób. 

Podczas scenicznych prezentacji "THRAK", w środkowej części utworu, muzycy grali kolektywną improwizację. Na "THRaKaTTaK" zachowano tę strukturę - klamrą jest znany ze studyjnej wersji temat oparty na metalowym riffie, a pomiędzy nim umieszczono wyłącznie improwizacje. Te były za każdym razem unikalne, więc nie ma tu żadnych powtarzalnych sekwencji. Składa się to na jedyne w swoim rodzaju wydawnictwo King Crimson: całkowicie instrumentalne, bez wyrazistych melodii i jasno określonej budowy, bez prog-rockowej doniosłości z wczesnego okresu działalności ani przebojowości z ejtisowych płyt - mimo że w składzie byli wciąż wszyscy muzycy tworzący zespół w latach 80., a jednocześnie połowa ostatniego składu z poprzedniej dekady.

"THRaKaTTaK" to King Crimson w najbardziej ekstremalnym wydaniu: brudna, niepokojąca i nieprzewidywalna muzyka, ocierająca się o free improvisation oraz XX-wieczną awangardę. Wyraźnym łącznikiem z resztą dyskografii pozostają gitarowe solówki Roberta Frippa, którego sposób gry oraz zmultiplikowane brzmienie są natychmiast rozpoznawalne. Tu jednak towarzyszą im bardziej zgrzytliwe partie pozostałych gitarzystów, Adriana Belew i Treya Gunna, wraz z również rzężącymi dźwiękami zelektryfikowanego kontrabasu Tony'ego Levina oraz gęstej, polirytmicznej, a nierzadko sprawiającej wrażenie przypadkowej gry Billa Bruforda i Pata Mastelotto. Dochodzą do tego jeszcze zimne syntezatorowe tła, horrorowate partie pianina - wydobywane w rzeczywistości ze spreparowanej gitary - a także zupełnie nieoczywiste w tym wszystkim partie marimby, dodające odrobinę frywolności w stylu Franka Zappy czy Gentle Giant. Zdarzają się też bardziej subtelne momenty, szczególnie w segmentach "The Slaughter of the Innocents" i "This Night Wounds Time", lecz nawet wtedy konsekwentnie utrzymuje się raczej posępny nastrój.

"THRaKaTTaK" to wyjątkowe wydawnictwo King Crimson. Najmniej przystępne w dyskografii zespołu, wymagające od słuchaczy najwiecej otwartości na muzykę wykraczającą daleko poza rockowy mainstream. Jednocześnie jest jednym z najbardziej intrygujących wydawnictw zespołu, doskonale pokazującym ogromną wyobraźnię tych instrumentalistów oraz ich improwizacyjne umiejętności zdecydowanie powyżej rockowej średniej - nawet jeśli można odnieść tu wrażenie przypadkowości, to wciąż chaos ten jest w pełni kontrolowany. Docenić należy też bardzo sprawne sklejenie tych wszystkich ścinków w spójną całość. A dodatkową zaletą jest bliska studyjnej jakość brzmienia. Prawdę mówiąc stawiam to wydawnictwo wyżej, niż "THRAK" czy cokolwiek innego nagranego przez King Crimson w ostatniej dekadzie poprzedniego wieku.

Ocena: 9/10

Zaktualizowano: 4.2026



King Crimson - "THRaKaTTaK" (1996)

1. THRAK; 2. Fearless and Highly Thrakked; 3. Mother Hold the Candle Steady While I Shave the Chicken's Lip; 4. THRaKaTTaK (Part I); 5. The Slaughter of the Innocents; 6. This Night Wounds Time; 7. THRaKaTTaK (Part II); 8. THRAK (Reprise)

Skład: Robert Fripp - gitara; Adrian Belew - gitara; Trey Gunn - Warr guitar; Tony Levin - elektryczny kontrabas; Bill Bruford - perkusja i instr. perkusyjne, marimba; Pat Mastelotto - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: King Crimson


Komentarze

  1. stary dobry nieznajomy19 maja 2017 16:53

    Zwykle nie komentuję recenzji przed posłuchaniem przynajmniej fragmentu albumu, ale w tym wypadku - ta recenzja mnie zachęciła do sięgnięcia po album którym w życiu bym się nie zainteresował, bo w dyskografii KC otaczają go kaszanki mniejsze lub większe. Mam się szykować na odlot, po którym ciężko mi będzie wrócić do "normalnego" świata? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie bez względu na to, na co się nastawisz, będziesz zdziwiony tym, co usłyszysz ;) Choć to zależy też od tego, jak wiele koncertowego King Crimson już słyszałeś.

      Usuń
  2. Najdziwniejszy, jaki słyszałeś? Imo "AMMMusic" jeszcze bardziej odjechany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mogło być te ponad 8,5 lat temu, ale od dawna nie jest to aktualne.

      Usuń
    2. Sporo rzeczy by się kwalifikowało. Nie robię rankingów dziwności, bo i czemu miałyby one służyć? I w jaki sposób to mierzyć? Dziwniejsze jest takie porzucenie klarownej formy i redukcja muzycznego języka, jak u AMM, czy może skrajny eklektyzm, łączenie kompletnie odległych rodzajów muzyki?

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)