[Recenzja] Pharoah Sanders - "Karma" (1969)

Po śmierci Johna Coltrane'a i rozwiązaniu jego kwintetu, grający w nim saksofonista Pharoah Sanders skupił się przede wszystkim na rozwinięciu własnej kariery. Wprawdzie już wcześniej wydał dwa albumy pod swoim nazwiskiem - "Pharoah's First" (1965) oraz "Tauhid" (1967) - jednak były to poboczne projekty, zrealizowane w przypadkowych, zebranych ad hoc składach. Nie mając już żadnych zobowiązań, mógł w końcu skompletować bardziej stabilny zespół, z którym będzie nie tylko nagrywał, ale także koncertować. Nie do końca się to udało, bo każda jego kolejna sesja odbywała się w nieco innym układzie personalnym, ale w miarę stałymi współpracownikami Sandersa zostali klawiszowiec Lonnie Liston Smith oraz wokalista i perkusjonalista Leon Thomas, a nieco później także basista Cecil McBee.
Za właściwy początek solowej kariery Pharoaha można uznać jego trzeci longplay, "Karma", nagrany dla Impulse! pod producenckim nadzorem Boba Thiele, podczas dwudniowej sesji w nowojorskich RCA Studios. Pierwszego dnia, 14 lutego 1969 roku, liderowi towarzyszyli Thomas, Smith, basiści Reggie Workman i Richard Davis, perkusista Billy Hart, grający na perkusjonaliach Nathaniel Bettis, a także sekcja dęta złożona z waltornisty Juliusa Watkinsa oraz flecisty Jamesa Spauldinga. Zarejestrowano wówczas ponadpółgodzinne wykonanie "The Creator Has a Master Plan", które na potrzeby płyty winylowej trzeba było podzielić na dwie osobne ścieżki (póżniej złączono je w całość na wydania kompaktowe i do udostępnienia w streamingu). Pięć dni poźniej, 19 lutego, do studia wrócili wszyscy muzycy z wyjątkiem Spauldinga, Davisa, Harta i Bettisa, zamiast których zjawili się basista Ron Carter oraz perkusista Frederick Waits. Tego dnia nagrano znacznie krótszy, niespełna sześciominutowy "Colors".
"The Creator Has a Master Plan" stał się natychmiastowym klasykiem, współczesnym standardem. Swoje wersje zarejestrowali lub wykonywali na żywo m.in. Louis Armstrong, Don Cherry i Norman Connors, ale też rockowe zespoły, jak King Crimson, Santana czy post-punkowy The Gun Club. W późniejszym czasie stał się natomiast źródłem sampli dla hip-hopowców. Utwór rozwija koncepcję uduchowionego jazzu Johna Coltrane'a. Zaczyna się od natchnionej solówki lidera z akompaniamentem egzotycznych perkusjonaliów i dość swobodnego kontrabasu. Dopiero w trzeciej minucie rozbrzmiewa charakterystyczny, hipnotyczny motyw basowy - przypominający ten z "A Love Supreme" Trane'a - na bazie którego improwizują pozostali instrumentaliści. Z czasem dochodzi też głos Thomasa, inspirowany afrykańskimi zaśpiewami. Nagranie jest zresztą przesiąknięta takim orientalnym klimatem, kojarzącym się zarówno z pierwotną muzyką Afryki, jak i hindustańskimi ragami. Nastrój ten zostaje jednak w pewnym momencie brutalnie przerwany freejazzowym zgiełkiem, coraz bardziej kakofonicznym, by w końcu nastąpił powrót do melodyjnego grania. Całości można zarzucić brak płynności, lekką monotonię w poszczególnych sekcjach, a nawet pewną naiwność, ale z drugiej strony utwór może być świetnym wstępem do jazzu dla rockowych słuchaczy, szczególnie dla miłośników psychodelii, którzy bez trudu odnajdą tu podobieństwa do tej stylistyki. A klimat, jak stworzyli tu muzycy, również wart jest docenienia.
Drugi utwór, "Colors" jest już bardziej zwarty i wewnętrznie spójny. To taka subtelna ballada - sama kompozycja, a zwłaszcza croonerski śpiew Thomasa kojarzyć się mogą ze staromodnym jazzem czy nawet tradycyjnym popem, ale aranżacja to już najczystszy spiritual jazz, z egzotycznymi brzmieniami, natchnionymi partiami instrumentalistów oraz orientalnym nastrojem. Po latach znajomości tego albumu i mocniejszym zagłębieniu się w jazz, zacząłem bardziej doceniać ten drugi utwór, a całość trochę u mnie straciła, zacząłem dostrzegać wspomniane wyżej wady. Niemniej jednak "Karma" to ważne wydawnictwo, a przynajmniej bardzo znane, cenione i wpływowe, zajmujące wysokie pozycje na licznych listach płyt wszech czasów. Dlatego wciąż mocno je polecam, choć już bez wcześniejszego entuzjazmu.
Ocena: 8/10
Zaktualizowano: 6.2025
Pharoah Sanders - "Karma" (1969)
1. The Creator Has a Master Plan (Part I); 2. The Creator Has a Master Plan (Part II); 3. Colors
Skład: Pharoah Sanders - saksofon tenorowy; Leon Thomas - wokal, instr. perkusyjne; Reggie Workman - kontrabas; Lonnie Liston Smith - pianino; Julius Watkins - waltornia; James Spaulding - flet (1,2); Richard Davis - kontrabas (1,2); Billy Hart - perkusja (1,2); Nathaniel Bettis - instr. perkusyjne (1,2); Ron Carter - kontrabas (3); Frederick Waits - perkusja (3)
Producent: Bob Thiele
Jedna z tych płyt, które każdy szanujący się meloman ma obowiązek znać. Dlatego dziwi mnie brak komentarzy pod tą recenzją. To dlatego, że nikt tu nie ma nic do dodania, czy raczej jest mało wyświetleń?
OdpowiedzUsuńPłyta z gatunku tych na całe życie....magiczna.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ,muszę częściej tu zaglądać.
Właśnie dziś kupiłem tą płytę i dałbym jej 9. Byłaby dycha gdyby nie ten śpiew (tzn. wycie). Szkoda że nie jest instrumentalna. Ale i tak świetna.
OdpowiedzUsuńChwila, chwila, przecież po wysłuchaniu tego utworu, wiadomo, że ten wokal siedzi tu idealnie, jeśli ktoś uważa, że nie, to hmmm, dobra, nie będę kontynuował. To jest ten przypadek, że jest IDEALNIE! Gdzie indziej już nie, ale tu właśnie tak i bardzo tak. Wokal podgrzał ten numer, nadał mu dramaturgii, zrobił robotę wybitnie. A przy okazji, autorze strony: bardzo Ci dziękuję za tę robotę, że wzbogacasz, tę ubogą, muzyczną, polską blogosferę. Często szukam info o jakiejś płycie to wyskakuje zagranica, albo... u Ciebie, więcej po polsku już nie ma. Chyba nadajemy na podobnych falach, bo jak ktoś porównał „Promises” Floating Points i Sandersa do jęczydła No Man to myślałem, że skisnę i zacznę sam siebie policzkować, by odwrócić uwagę od tego co widzę :-). Good job Mr Pablo! Jesteś wielki!
UsuńPoczątek, tak samo jak w „Hot Rats”, zachęca do słuchania dalej – świetna, orientalna zagrywka. Do wokalu w części tekstowej nie mam zastrzeżeń, ale potem zaczyna się jakieś wycie w stylu jodłowania, co moim zdaniem brzmi komicznie i nie pasuje do reszty. Następnie… Powtarza się ta sama zagrywka, która była na początku? Według mnie lepiej, gdyby kompozycja była dalej rozwijana, bo takie powtórzenie brzmi trochę, jakby muzycy nie mieli pomysłu na to, w którą stronę pociągnąć utwór. W czym utwierdza mnie to, co zaczyna się kilka minut później – no właśnie, free jazz… Może kiedyś odszukam ten ukryty sens, ale na razie to brzmi dla mnie, jak wycięte i zmiksowane partie instrumentów z kompletnie losowych albumów („Free Jazz” Colemana i „The Hands” są całkiem słuchalne, choć gdybym nie wiedział, chyba nie domyśliłbym się, że to ten sam gatunek…). W „Colors” początkowa zagrywka też jest fajna (choć może trochę zbyt podobna do poprzedniej), a potem w sumie już nic nie zwróciło mojej uwagi, oprócz irytująco przeciąganych w nieskończoność partii wokalnych. Ale ogólnie bałem się, że będzie gorzej.
OdpowiedzUsuńWracam po roku i muszę przyznać, że niemal wszystkie zarzuty z powyższego komentarza wydają mi się dość naciągane - do głosu Thomasa można się przyzwyczaić (zresztą sam wokal raczej nigdy nie był dla mnie powodem do drastycznej zmiany oceny całości), a free jazzowy fragment jest "jazzowy" (czyli zgiełkliwy) tylko przez chwilę.
UsuńKońcowe "Colors" wciąż mnie trochę nudzi, ale "The Creator Has a Master Plan" naprawdę mocno wciąga i jednocześnie daje poczucie obcowania z czymś ambitnym oraz pięknym.
Wiem, że nie odkryję tym Ameryki, ale to naprawdę jest genialny album ;)
No właśnie. Z muzyką niepodobną do tej, do jakiej się przywykło, trzeba się najpierw oswoić. Ale jeśli jest coś warta, a słuchacz odpowiednio otwarty, to prędzej lub później zachwyci ;) Akurat "Karma" to bardziej spiritual jazz niż free, więc nie jest to jeszcze tak bardzo wymagające granie. Dlatego może być świetnym wstępem do tego bardziej awangardowego jazzu.
UsuńGościu ma ładny głos co ujawnił dopiero w "Colors" a wyje przez połowę płyty.
OdpowiedzUsuńalbum karma byłby wybitny gdyby nie właśnie partie wokalne leona thomasa, którego zwyczajnie jest za dużo żeby nie przeszkadzał w odbiorze (zdanie wielu osób zresztą)... dla porównania to wykonanie przebija zwykły bootleg z nagrania na żywo z nicei z 71, gdzie nie ma thomasa i zdecydowanie lepsze wprowadzenie i "spirytualny" odbiór utworu creator... moim zdaniem album "black unity" jest wyższą półką niż "karma" w dorobku sandersa dla impulse. niemniej jednak 8.5/10
OdpowiedzUsuńZdanie wielu osób to żaden argument, bo odwołuje się do subiektywnego odbioru paru bliżej niezidentyfikowanych osób. To wtrącenie wygląda, jakbyś chciał umocnić swoje twierdzenie, ale to wciąż tylko opinia, a nie fakt.
UsuńZa dużo śpiewu Thomasa jest dopiero na kolejnym albumie, tutaj jest go tylko trochę, a dominuje granie instrumentalne. Subiektywnie może się nie podobać, może irytować, ale obiektywnie - doskonale pasuje do tej stylistyki, jest w nim coś pierwotnego, korzennego, co bardzo dobrze podkreśla ten spirytualny nastrój. Mnie początkowo też drażnił ten element, ale z czasem się do niego przyzwyczaiłem, a w końcu zrozumiałem, że on bardzo dobrze tutaj pasuje i jest dodatkowym atutem tej muzyki, bo wnosi tę afrykańską korzenność w większym stopniu, niż jakikolwiek z użytych tu instrumentów, a jednocześnie wzmacnia idiomatyczny charakter tego albumu, bo trudno byłoby wskazać inny bardzo podobny do tego (nie licząc pozostałych efektów współpracy Sandersa i Thomasa).
Co to znaczy bliżej niezidentyfikowanych osób. Czyżby wedługCibie nie każdy ma prawo do swojego gustu i opinii. A kto to jest zidentyfikowana osoba ? czy trzeba mieć jakąś pieczątkę do prawa wyrażania swojego gustu. Rozumiem że drugi sort nie ma do tego prawa. A kto to jest drugi sort. Nie wiem nic o tym aby były studia w słuchaniu muzyki. W ogóle nie rozumiem i nie przyjmuję takiego stwierdzenia. Czyli jak komuś nie podoba się to co mnie to muszę go obrazić i powiedzieć że jest byle kim bo nie lubi tego co ja. To jest obraźliwe i lekceważące do tych osób i wywyższanie siebie jaki jedynego prawego słuchacza.
UsuńCzyli uważasz, że subiektywna opinia kogoś, kto zna parę piosenek z radia powinna mieć dla innych takie samo znaczenie, jak bardziej merytoryczna, zobiektywizowana (nie mylić z: obiektywna) analiza kogoś, kto zna tysiące płyt, ma wiedzę teoretyczną (np. studiował kompozycję lub inny kierunek muzyczny - tak, studia muzyczne istnieją) i potrafi wskazać zalety nawet tej muzyki, która mu się subiektywnie nie podoba?
UsuńCzyli powinniśmy traktować tak samo poważnie np. ocenę 1/10 dla "Karmy" wystawioną przez kogoś, kto uznaje tylko muzykę, gdzie są ciężkie riffy albo przy której da się tańczyć, jak ocenę, powiedzmy 7/10, wystawioną przez kogoś znającego wszystkie istotne albumy jazzowe, potrafiącego osadzić ten album w szerszym kontekście i docenić np. umiejętności kompozytorskie czy wykonawcze muzyków, jego wpływ na muzykę itp., nawet jeśli subiektywnie mu się to nie do końca podoba?
Ciekawe, ciekawe, ale jednak strasznie naiwne i niekonstruktywne podejście.
Nie wiem tylko skąd wniosek, że uważam „siebie jaki jedynego prawego słuchacza” (sic). Napisałem tylko, że merytoryczne argumenty mają większą wartość niż powoływanie się na rzekomą większość, która nawet jeśli jest liczniejsza, to niekoniecznie jest lepiej obeznana w temacie.
Jeśli pisze ktoś kto słyszał płytę Karma i pisze że nie podoba mu się jodłowany wokal to znaczy że ją słyszał i nie ważne gdzie a w tym przypadku na pewno nie z radia a i płyta ma 2 utwory więc pewne że słyszał płytę. Z resztą co ma za znaczenie gdzie czy w radiu, na internecie czy na winylu. Jeśli się komuś nie podoba wokal to znaczy że go słyszał i tyle. I nie ma znaczenia czego słucha. Metalowiec powie że nie podoba mu się saksofon Coltrana a jazzowieć że gitara Kerego Kinga. No normalna rzecz. A ja akurat słucham jazzu i metalu też i proga itp więc jestem pewnie bardziej obeznany bo nie tłukę tylko jednego stylu i myślę że mam większy obiektywizm niż ten co słucha tylko jazzu i jednak w mojej subiektywnej ocenie nie podoba mi się wokal na tej świetnej płycie. ale to nie ma znaczenia. Czy jak zjem pierwszy raz truskawkę to nie mogę powiedzieć że mi nie smakuje bo powiesz że nie jadłem arbuza i banana. Ale nawet ktoś kto słyszał tą płytę przypadkiem też ma odczucie czy mu się wokal podoba czy nie. Po co te sztywne reguły. Mi osobiście mniej się podoba w ogóle jazz z wokalem bo uważam że jest niepotrzebny a tym bardziej takie jodłowanie jak niemieckiego wieśniaka z alpejskich hal. Jest po prostu kiczowaty.
UsuńI oczywiście nie słucham muzyki z radia, internetu tylko z płyt jak chyba się zorientowałeś po tym jak piszę tu od lat.
UsuńDam Ci też taki przykład. Przez moją półkę przeszło tysiące płyt. Wychowałem się w latach 80-ych na metali i nie cierpię Reign in Blood Slayera a uwielbiam South of Heaven, I czy jak ja powiem że nie lubię Reign in Blood to rzesze słuchaczy me przestać uważać to płytę za najważniejszą wraz z Master of Puppets, albo na odwrót, mam lubieć ta płytę bo jest uznana przez wszystkich za najlepszą. Znam ją na pamięć, doceniam jako najważniejszą i wpływową ale jej po prostu nie lubię słuchać i tyle.
UsuńAle jakie ma znaczenie dla innych, że komuś ten wokal się nie podoba? Absolutnie żadne. Świadczy to tylko o jego guście, a nie o jakości albumu.
UsuńGdyby natomiast spróbował wykazać, że to „jodlowanie” jest niewłaściwie dobranym środkiem ekspresji w stosunku do pozostałych elementów dzieła, albo ma jakieś rażące braki techniczne, powołując się na inne przykłady takiej muzyki czy odwołując do wiedzy z zakresu kompozycji, to byłoby o czym dyskutować i można by było traktować taki zarzut poważnie.
Kwestię szerszego kontekstu naprawdę żenująco sprowadziłeś do absurdu przykładem z owocami. Bo znajomość innych płyt z tego nurtu, ale też autentycznej muzyki afrykańskiej, pozwala lepiej zrozumieć, o co chodzi na "Karmie", w tym także dlaczego akurat taki sposób śpiewania tu zastosowano i dlaczego on tu pasuje. A zrozumienie muzyki to pierwszy krok, by ją polubić.
Ale te "nizydentyfikowane " osoby nie pisza że to zły album tylko że im się osobiście wokal nie podoba. Ja to samo. Uważam że płyta jest świetna tylko mi się wokal nie podoba. Nikt z tych osób nie napisał że płyta jest do kitu.
UsuńZnaczenia nie ma ogólnie ale ma w tym sensie że jak zrobiłeś możliwość komentarzy to po aby mógł się ktoś wypowiedzieć chyba że wychodzisz z założenia że wypowiadać się może tylko ten co podziela twoje zdanie więc możesz takich nie publikować a jak krytykujesz komentarze w taki sposób to sam sobie przeczysz dając możliwość komentarzy.
UsuńAle te "nizydentyfikowane " osoby nie pisza że to zły album tylko że im się osobiście wokal nie podoba.
UsuńTylko to bez żadnego znaczenia, czy to "zdanie wielu osób" jest krytyką całego albumu, czy tylko jednego elementu. To wciąż tylko subiektywna opinia, a nawet jeśli podziela ją więcej osób, to nie znaczy, że z tym elementem faktycznie jest coś nie tak. Co innego, gdyby powołać się na konkretnych ekspertów, merytorycznie uzasadniających taką opinię.
Znaczenia nie ma ogólnie ale ma w tym sensie że jak zrobiłeś możliwość komentarzy to po aby mógł się ktoś wypowiedzieć chyba że wychodzisz z założenia że wypowiadać się może tylko ten co podziela twoje zdanie więc możesz takich nie publikować a jak krytykujesz komentarze w taki sposób to sam sobie przeczysz dając możliwość komentarzy
Gdyby było tak, jak sugerujesz, to po prostu bym nie opublikował tamtego komentarza. W swojej odpowiedzi nie widzę natomiast krytyki odmiennej opinii, tylko przedstawiania jej jako faktu, "bo inni też tak myślą" (ale kto i dlaczego tak myśli?). W dalszej części próbuję natomiast merytorycznie wyjaśnić, dlaczego akurat taki sposób śpiewania tu wykorzystano i dlaczego pasuje on do zamysłu całości.
Mimo czy coś pasuje czy nie to komuś się może to podobać lub nie.
UsuńPoza tym jak napisałeś "kogo to obchodzi" no patrząc po rozwijających się komentarzach to jednak to ludzi obchodzi a mnie osobiście ciekawiej się czyta jak piszą ludzie o różnych opiniach bo gdyby każdy pod spodem pisał tylko potwierdzenie Twojej opinii to byłoby to nudne. A i tak ktoś nowy jak posłucha to się okaże z którą opinią się zgadza. A jeśli chodzi o pojęcie "niezidentyfikowane osoby" jest w tym przypadku pejoratywne bo samo w sobie to tylko określenie ale w tym kontekście jest umniejszające tym osobom.
UsuńA może ten przykładowy śpiew Leona Thomasa z tej płyty nie podoba się komuś dlatego, bo kojarzy mu się „jodłowaniem niemieckiego wieśniaka z alpejskich hal” i w połączeniu z innymi elementami wywołuje dysonans, a nie wywoływałby, gdyby ten ktoś miał większą bazę odniesień i skojarzył, że śpiew ten, tak jak warstwa instrumentalna, czerpią z muzyki afrykańskiej. Większe osłuchanie z etniczną muzyką Afryki na pewno ułatwia polubienie takiego śpiewu. Co jest kolejnym argumentem za tym, że opinie kogoś o lepszym osłuchaniu mają większą wartość.
UsuńOczywiście, że odmienne opinie mogą mieć wartość, np. powodując, że inaczej spojrzy się na inne dzieło. Ale nie każdej opinii to dotyczy. Akurat ta z z pierwszego komentarza tego wątku, że „album byłby wybitny, gdyby nie wokal”, nie ma żadnej wartości. Mówi nam to tylko tyle, że autorowi ten śpiew się nie podoba. Ktoś, kto nie zna albumu i to przeczyta, nie wyciągnie z tej wypowiedzi nic, co pomogłoby mu zdecydować, czy warto słuchać. Co innego, gdy autor napisał np. „Nie podoba mi się wokal, bo nie lubię afrykańskich zaśpiewów”. Dalej mało merytorycznie, ale jest to już pewna informacja. Ktoś inny może wtedy pomyśleć: „Ok, ty nie lubisz takiego śpiewu, ale ja lubię, więc zaraz sobie sprawdzę ten album”.
Muszę przyznać, że jednym z wielkich walorów tej stronki są dyskusje prowadzone pod postami. Zwykle ciekawe i wartościowe, a przy tym, co niestety rzadkie w internecie, prowadzone na poziomie i z kulturą. Dlatego też sugeruję dodanie na stronę główną widgeta pokazującego najnowsze komentarze, bo niestety pod starymi postami nie sposób dostrzec że takowa dyskusja się ostatnio odbyła
UsuńPróbowałem coś takiego dodać, ale nie wyglądało to dobrze. Istnieje jednak pewien sposób, aby śledzić najnowsze komentarze. Trzeba tylko dodać do wybranego czytnika RSS ten link:
Usuńhttps://pablosreviews.blogspot.com/feeds/comments/default
Rozumiem, ze ten powtarzający się motyw kontrabasu, który powoduje zanucenie pod nosem - 'a love supreme', to forma hołdu dla mistrza ;)
OdpowiedzUsuńHołd ewidentny, ale te motywy nie są identyczne.
UsuńCała jego solowa twórczość opiera się na tego typu muzyce, czy może nagrał kiedyś coś bliższego stylistycznie płytom pokroju Ascension czy Meditations? Zachwyca mnie (zarówno u Coltrane'a jak i na wyżej recenzowanej płycie) jego gra, natomiast nie mogę się przekonać do tego typu spirytualności. Karma bardzo mi się podoba, ale jednak nie wzbudza we mnie zachwytu takiego jak free jazz pokroju Machine Gun czy ww. płyt Coltrane'a
OdpowiedzUsuńWszystkie* jego płyty są podobne, tylko na większości z nich jest jeszcze więcej jazzu spiritual i mniej free, a na późniejszych wydawnictwach tego drugiego nie ma już wcale. Koniecznie sprawdź sobie jednak "Black Unity" - tam trochę tego free jest, nie ma natomiast wokali, a wpływy hindustańskie ustępują afrykańskim.
Usuń*Inna jest ostatnia "Promises", ale tam w ogóle mało jest jazzu. Polecam jednak, bo to rzadki przykład, kiedy muzyk przez dziesięciolecia grający to samo, czasem na granicy autoplagiatu, nagle zaproponował coś odmiennego, całkiem oryginalnego i współczesnego, a efekt jest naprawdę udany.
Fajny album, "colours" jest trochę gorsze od pierwszego utworu, ale ogólnie wszystko się tu trzyma kupy.
OdpowiedzUsuńTylko ja nie mam tego wrażenia, że obcuję z czymś wybitnym, jak w przypadku "a love supreme" czy "journey in Satchidananda", muzucy tworzą podobny do tego drugiego klimat, grają czasem niezłe partie, ale... nie wiem, wydaje mi się, że to wszystko wydaje się udawać wybitne i ambitne na siłę, że jest tu ten niewykorzystany potencjał, chyba marnowany głównie przez te mniej interesujące granie, które pojawia się i znika tu jakby w losowych momentach.
Po latach mam podobne wrażenia - dobry, ale niedopracowany album. Nie zniechęcaj się jednak, później bywa lepiej (szczególnie na "Black Unity"), choć ogólnie dyskografia Pharoaha jest bardzo powtarzalna, dopiero na ostatnim "Promises" wykracza poza przyjętą konwencję i schematy.
UsuńJakiś czas temu wróciłem do tego albumu i nadrobiłem kilka innych dzieł Sandersa. Tym razem wszystkie mnie zachwyciły - szczególnie "Black Unity", "deaf, dumb, blind" i właśnie "Karma". Moje niezrozumienie recenzowanego albumu wynikało raczej z tego, że niewystarczająco się na nim skupiłem przy wcześniejszych odsłuchach. Wszystkie wspomniane przeze mnie albumy mają absolutnie fantastyczny klimat, świetne kompozycje i są wykonane wprost wybitnie. Dziś nie mam wątpliwości, że Sanders był godnym następcą Trane'a i nie znam nikogo kto tak dobrze rozwinąłby jego idee - wliczając w to Alice Coltrane.
UsuńU mnie jest zupełnie na odwrót - najpierw był zachwyt, a potem opamiętanie. Z całego jazzu, jaki słyszałem, żaden album nie stracił u mnie tak, jak "Karma" - z powodów wymienionych w recenzji. Koltrejnowa jednak rozwijała tę estetykę bardziej kreatywnie i subtelniej.
Usuń