[Recenzja] Depeche Mode - "Spirit" (2017)

Z pewnością nie jest to najbardziej wyczekiwany album tego roku, pomimo statusu zespołu i wielkiej promocji ze strony wytwórni. Nie da się ukryć, że Depeche Mode najlepsze lata ma już dawno za sobą. Kryzys zaczął się wraz z początkiem XXI wieku. Do tamtej pory każdy album grupy z Basildon miał swój własny, wyrazisty charakter i wypełniony był autentycznymi przebojami. Jednak po rozstaniu z Alanem Wilderem - nie tylko najlepszym instrumentalistą ze składu, ale też zdolnym aranżerem - grupa zaczęła popadać w marazm. Kolejne płyty bazują już wyłącznie na tych samych, ogranych schematach w kwestii kompozycji, aranżacji, brzmienia i produkcji. Coraz mniej też na nich charakterystycznych utworów, choć do tej pory trafiały się jeszcze jakieś pojedyncze przebłyski w rodzaju singlowych "Precious" czy "Heaven".
W przypadku "Spirit" nie zdziwiłoby mnie, gdyby okazało się, że jest to zbiór odrzutów po trzech, czterech poprzednich albumach. Stylistycznie czy brzmieniowo wszystko się zgadza, tylko trudno wskazać tu jakiś wyróżniający się utwór. Na pewno nie jest nim wybrany na pierwszy singiel "Where's the Revolution?". Jego największym problemem wcale nie jest tytułowy brak rewolucji, choć rzeczywiście zespół okopał się na mocno wyeksploatowanym przez siebie polu. Najgorsze jednak, że tak bardzo brakuje tu energii, entuzjazmu z grania czy choć trochę wyrazistej melodii, co właściwie z automatu powinno go dyskwalifikować jako singiel.
Kłopot w tym, że z tego samego powodu należałoby odrzucić każde z jedenastu pozostałych nagrań. W dodatku sami muzycy są chyba świadomi słabości tego materiału, co sugerują w tytułach. I tak np. uboga wariacja na temat "Walking in My Shoes" nazywa się "Going Backwards", a kolejna już wersja "A Question of Time" to "So Much Love", bo zbyt wiele już tych piosenek o miłości nagrali. Formę kompozytorską twórców materiału najlepiej opisuje "Poorman", a tytuł "Fail" - jednego z tych śpiewanych przez Martina Gore kawałków, które od dawna trudno od siebie odróżnić - idealnie podsumowuje całość. Jednak "The Worst Crime", jaki popełnili muzycy, to wydanie tak wymęczonej płyty mimo świadomości jej słabości. Jeśli tak to ma wyglądać, to ja apeluję o "No More" nowej muzyki Depeche Mode.
Ocena: 3/10
Zaktualizowano: 12.2024
Depeche Mode - "Spirit" (2017)
1. Going Backwards; 2. Where's the Revolution; 3. The Worst Crime; 4. Scum; 5. You Move; 6. Cover Me; 7. Eternal; 8. Poison Heart; 9. So Much Love; 10. Poorman; 11. No More (This Is The Last Time); 12. Fail
Skład: Dave Gahan - wokal; Martin Gore - instr. klawiszowe, gitara, wokal (7,12), dodatkowy wokal; Andy Fletcher
Gościnnie: Charles McCloud Duff - programowanie; Kurt Uenala - probramowanie, gitara basowa (8,11); James Ford - perkusja (1-6,8-12), gitara pedal steel (6)
Producent: James Ford
Uważam, że z DM jest od pewnego czasu ten problem: z jednej strony trudno mówić o tym, że ich nowe albumy są rozczarowaniem z racji na pozycję, jaką zespół wyrobił sobie przez całą karierę, ale z drugiej strony nie można mówić o tym, że są jak wino - im starsze, tym lepsze - bo to byłoby kłamstwem. DM stanęli w miejscu, myślę, że to było gdzieś na początku nowego stulecia, i od tego czasu ich muzyka jest naciągana. Gdyby nagrali takie kompozycje na początku kariery, zapewne nikt nie poświęciłby im większej uwagi. Zdecydowanie przyjemniej słucha się Gahana z Soulsavers. Obawiam się, że teraz będzie tak: co płyta, to większe rozczarowanie. "Delta Machine" było lepsze od "Spirit". Jeśli mam być szczera, to muszę przyznać, że "Spirit" jest po prostu nudne. Co będzie dalej? Mam nadzieję, że DM uda się jeszcze nagrać coś porządnego, co podsumuje wszystko to, co wyszło im najlepiej.
OdpowiedzUsuńpozdrawiam
Voytehovna
Kolejny wymuszony album, będący tylko pretekstem do trasy koncertowej. Gore już dawno zapomniał jak pisać dobre piosenki, a Gahan w sumie nigdy tego nie potrafił. Kilka kawałków ma potenciał na przyjemne wypełniacze, ale pomiędzy nimi powinny się znaleźć prawdziwe przeboje, a nie jakieś pierdzenie na syntezatorach i kompletnie nie wpadające w ucho melodie. Z tych ostatnich albumów najbardziej cenię Playing The Angel, którego nie doceniłem po premierze, ale na tle ostatnich trzech płyt brzmi całkiem solidnie. Słychać tam jeszcze prawdziwego ducha Depeche Mode, a nie jakieś popłuczyny. Przykro mi, że muszę pisać to o jednym ze swoich ulubionych zespołów, ale nie będę udawał, że podobają mi się takie nędzne wypociny.
OdpowiedzUsuńSpirit to dojrzały album. DM już nie ma potrzeby wciskać się na listy przebojów. I taka właśnie jest ta płyta. Nie przebojowa, ale zrobiona z gustem. Mająca w sobie przestrzeń, której brakowało na dwóch ostatnich albumach. Śmiało moge napisać, że jest to najlepsza płyta od czasów Plying The Angel. Z gościnnego udziału warto dopisać Kurt Uenala, grającego na basie na tej płycie.
OdpowiedzUsuńZgadzam się z poprzednikiem. DM to firma, która nie musi ganiać za top listami.
OdpowiedzUsuńPrzesłuchałem ostatnio płytę z remiksami dołączoną do tego wydawnictwa i... no cóż, nie mam ochoty do tego wracać. Ba, nie zauważyłem nawet, jak zmieniają się kolejne ścieżki w wieży. Nie rozumiem, po co to jest, tym bardziej, że raczej nie odkrywa tych utworów od innej strony (a że można, przekonują udane remiksy "Shine", "I Feel Loved" czy innych utworów z wcześniejszych płyt), za to jest zupełnie wyprane z energii.
OdpowiedzUsuńTak chyba od czasów "Playing the Angel" te wszystkie remiksy brzmią identycznie. W 2004 roku powstały ostatnie słuchalne przeróbki na kompilację "Remixes 81-04", na której zresztą jest bardzo duże zróżnicowanie.
UsuńNo, chyba przestali się do tego przykładać. Szkoda, to było ciekawe dopełnienie dyskografii. Można było na nowo interpretować różne kawałki (np. "Little 15" w wersji Ulricha Schnaussa, "Mercy In You" Brata, demo "World In My Eyes" (znane jako Daniel Miller Mix).
OdpowiedzUsuńNie brakowało też okropieństw - "Are People People?" to zdecydowanie największy gniot w całej dyskografii, jak mało co zasługuje na ocenę 1/10.
A tu? Brak wokali, "Scum" wyprane... właściwie ze wszystkiego, brak wokali... To się nawet na imprezę nie nadaje, bo kto będzie się bawił przy czymś takim? Obok "Just Can't Get Enough" to nawet nie stało.
Sam zespół w powstawanie remiksów angażował się bodajże gdzieś do połowy lat 80., a później po prostu oddawał swoje nagrania w ręce innych osób i pozwalał im zrobić z nimi cokolwiek. I dlatego tym bardziej dziwi, że mając całkowitą swobodę, ci "remikserzy" od lat robią wszyscy dokładnie to samo, jakby za wszystkie remiksy odpowiadała jedna osoba.
UsuńCzy twoim zdaniem można by nazwać Underworld "techno-Depeche Mode"?
OdpowiedzUsuńZdecydowanie tak. Podobieństwo Underworld do Depeche Mode jest uderzające, choć głównie ze względu na wokal, bo instrumentalnie ten pierwszy to czysty progresywny house / techno.
UsuńJutro wychodzi nowy singiel. https://www.youtube.com/watch?v=iIyrLRixMs8
OdpowiedzUsuńTutaj nie mam wielkich nadziei.
UsuńŚwietna piosenka im wyszła.
OdpowiedzUsuńFakt, nie najgorsza. Chyba lepszą niż cokolwiek z wyżej recenzowanego albumu, bez autoplagiatowania.
UsuńNowy kawałek. Ciary!! https://www.youtube.com/watch?v=S698DWXhu5I
OdpowiedzUsuńJeśli te dwa utwory są reprezentatywne dla poziomu całości, to może być najlepszy album Depeche Mode w XXI wieku, a przynajmniej od czasu "Playing the Angel". Ciekawe, bo przy "Spirit” spisałem ich na straty, tam nawet single były kiepskie.
Usuń