[Recenzja] Caravan - "In the Land of Grey and Pink" (1971)



"In the Land of Grey and Pink" to prawdopodobnie najsłynniejszy album Caravan. Co bynajmniej nie znaczy, że to właśnie tutaj muzycy osiągnęli szczyt swoich możliwości. Nie jest to nawet najbardziej dopracowana z płyt grupy, choć muzycy mogli w końcu popracować w nieco bardziej komfortowych warunkach. Pomimo komercyjnej klapy poprzedniego wydawnictwa, zespół nie tylko dostał kolejną szansę, ale też trochę więcej swobody od wydawcy i nie musiał się spieszyć z rejestracją materiału. Nagrania trwały od września 1970 do stycznia 1971 roku, w londyńskich Decca Studios i AIR Studios. Po raz pierwszy muzykom Caravan towarzyszył producent David Hitchcock, który od tej pory stał się stałym współpracownikiem grupy.

Utrzymana, zgodnie z tytułem, w odcieniach szarości i różu okładkowa ilustracja Anne Marie Anderson - inspirowana powieściami J.R.R. Tolkiena - niewątpliwie ma w sobie coś uroczego, a jej baśniowy klimat oraz pastelowe barwy doskonale oddają charakter zawartej tu muzyki. Ta ponownie dzieli się na prostsze, piosenkowe kawałki oraz nieco bardziej złożone utwory. Zresztą wystarczy spojrzeć na tracklistę: pierwszą stronę winylowego wydania wypełnianą cztery raczej krótsze nagrania, a na drugiej stronie znalazł się tylko jeden utwór, ale za to złożony z aż ośmiu segmentów, trwających w sumie ponad połowę całego albumu.

Największą siłą Caravan było zawsze wyważenie artystycznych ambicji kuzynów Richarda i Davida Sinclairów oraz zamiłowania Pye'a Hastingsa i Richarda Coughlana do prostych, melodyjnych piosenek. Tu najlepszym tego przykładem jest "Winter Wine", blisko ośmiominutowy utwór, z początku urocza folkowa pieśń z akustycznym akompaniamentem, szybko nabierająca bardziej rockowej energii, choć zachowująca melancholijny nastrój i to charakterystyczne dla grupy, pastelowe brzmienie. Fantastycznie rozwija się w części instrumentalnej o wręcz jazz-rockowej formie. Kwartet wspaniale połączył w tym nagraniu piosenkową przystępność i melodyjność z aranżacyjno-wykonawczym wyrafinowaniem, nie na zasadzie kontrastu, lecz faktycznie dokonując syntezy tych dwóch - wydawałoby się, że sprzecznych - podejść. To bez wątpienia jeden z najmocniejszych punktów dyskografii Caravan.

Jednak także kawałki o już typowo piosenkowej formie na ogół się bronią. "Golf Girl" i tytułowy "In the Land of Grey and Pink" to nagrania o bardzo sympatycznych melodiach oraz przyjemnym brzmieniu, ale także ciekawych, dopracowanych aranżacjach, z wysmakowanymi partiami klawiszowymi Davida Sinclaira, a w tym pierwszym również fletu Jimmy'ego Hastingsa oraz puzonu Johna Beechama. We wszystkich tych utworach rolę wokalisty pełni Richard Sinclair, którego barwa głosu i staranny brytyjski akcent dodają im elegancji. Zdecydowanie gorszy efekt jest wtedy, gdy dominację całkowicie przejmuje frakcja Pye'a Hastingsa i Coughlana. Tak dzieje się w wyjątkowo banalnym "Love to Love You". To najprostszy kawałek na płycie, jednak odrzuca mnie przede wszystkim swoją infantylną, wesołkowatą melodyką, a także wysilonym śpiewem Pye'a. Jedynie klawiszowy motyw z przejścia oraz partie fletu ratują to nagranie przed całkowitą porażką. Kompletną klapą okazało się natomiast wydanie go na singlu - nigdzie nie wszedł do notowań.

Najgorsze, że zespół zarejestrował podczas tej sesji więcej materiału, więc byłoby czym zastąpić "Love to Love You". "Aristocracy", również śpiewany przez Pye'a, byłby nieznacznie lepszym wyborem. Pod względem instrumentalnym, pomimo bardzo prostej, piosenkowej budowy, jest to przyzwoite nagranie. Gorzej wypada wokal, zwłaszcza te archaiczne, banalne wokalizy. Świetną alternatywą byłby natomiast śpiewany przez Richarda Sinclaira "Frozen Rose", gdzie znów udaje się świetnie połączyć popową melodyjność z nieco większą elegancją oraz wyrafinowaniem instrumentalnym - zwłaszcza we fragmentach instrumentalnym z dłuższymi solówkami klawiszowymi Davida Sinclaira i saksofonową Jimmy'ego Hastingsa - a także bardzo przyjemnym, psychodeliczno-jazzującym klimatem. Brak tego utworu na podstawowym wydaniu (jest dołączone na niektórych kompaktowych wznowieniach), przy jednoczesnej obecności koszmarnego "Love to Love You", to jedna z największych tego typu pomyłek w historii fonografii.

Najważniejszym fragmentem albumu - zarówno na podstawowym, jak i rozszerzonym wydaniu - jest jednak "Nine Feet Underground", składający się z ośmiu części o łącznej długości prawie dwudziestu trzech minut. Większość tych segmentów to granie całkowicie instrumentalne, a wokal pojawia się tylko w drugim i przedostatnim. W tym wcześniejszym, "Love's a Friend" śpiewa Pye, ale tym razem radzi sobie całkiem nieżle. Choć i tak lepiej pod względem wokalnym prezentuje się "Disassociation", z głosem Richarda Sinclaira. Cała reszta utworu, a jest to dobre kilkanaście minut, to już w pełni instrumentalne granie, utrzymane gdzieś na pograniczu psychodelii i jazz-rocka, ale bez epatowania wirtuozerią, stosunkowo (w porównaniu z innymi przedstawicielami sceny Canterbury) proste, ale na swój sposób finezyjne. Jest energicznie, ale lekko i z tym okładkowym baśniowo-melancholijnym klimatem. Dominują  partie klawiszowe, o tym charakterystycznym kanterberyjskim brzmieniu, ale w roli solistów występują też obaj Hastingsowie, a sekcja rytmiczna nie daje się sprowadzić do neutralnego akompaniamentu. Nie przekonuje mnie tu tylko ten quasi-hardrockowy riff z ostatniego segmentu, który nijak nie pasuje do pozostałych elementów.

Album tradycyjnie nie wszedł do notowań, ale po latach zyskał kultowy status i można go znaleźć na różnych fachowych listach najlepszych płyt prog-rockowych. Dlatego dla wielu osób może być pierwszym kontaktem z Caravan. Nie jest to zła opcja na początek, gdyż album świetnie ukazuje zarówno mocne, jak i słabsze strony zespołu. Jeśli jednak ktoś poczuje się zawiedziony, warto dać grupie kolejną szansę, sięgając po wcześniejsze albumy, na których udało się nieco lepiej wyważyć artystyczne ambicje oraz popowe skłonności. "In the Land of Grey and Pink" to jednak wciąż bardzo mocny punkt w dyskografii Caravan. Okazał się także zamknięciem pewnego etapu. Wkrótce po jego wydaniu ze składu odszedł Dave Sinclair, ponieważ uważał, że zespół popada w stagnację i chciał spróbować czegoś nowego. Akurat w tamtym czasie dostał propozycję dołączenia do Matching Mole, nowego zespołu Roberta Wyatta, który właśnie rozstał się z Soft Machine. Składu nowej grupy dopełnił gitarzysta Phil Miller (ex-Delivery) oraz basista Bill MacCormick (ex-Quiet Sun). Co ciekawe, miejsce Sinclaira w Caravan zajął Steve Miller, brat Phila i także były muzyk Delivery.

Ocena: 8/10

Zaktualizowano: 10.2024



Caravan - "In the Land  of Grey and Pink" (1971)


1. Golf Girl; 2. Winter Wine; 3. Love to Love You (And Tonight Pigs Will Fly); 4. In the Land of Grey and Pink; 5. Nine Feet Underground: Nigel Blows a Tune / Love's a Friend / Make It 76 / Dance of the Seven Paper Hankies / Hold Grandad by the Nose / Honest I Did! / Disassociation / 100% Proof

Skład: Pye Hastings - gitara, wokal (3,5); David Sinclair - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Richard Sinclair - gitara basowa, wokal (1,2,4,5); Richard Coughlan - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Jimmy Hastings - flet i saksofon tenorowy; John Beecham - puzon (1); Dave Grinstead - efekty
Producent: David Hitchcock


Komentarze

  1. Jak dla mnie płyta co najmniej bardzo dobra, na ósemkę, a gdyby nie niepotrzebne "Love to Love You" to i na dziewiątkę. Ta muzyka z każdym kolejnym odsłuchem staje się ładniejsza. No, a do tego ten niesamowity klimat! W sumie tutaj bardziej chodzi właśnie o nastrój i brzmienie niż o melodie (chociaż jest kilka świetnych zresztą tych, które wymieniłeś). Chyba jednak mój ulubiony Caravan to jest.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale to przypomina The Moody Blues. Nie mówię że to źle bo nie mam zdania o Moody Blues ale że przypomina to już źle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. The Moody Blues łączyli rock z barokiem, a Caravan łączyli psychodelię, folk i jazz, więc z zupełnie różnych elementów stworzyli muzykę o podobnym, nieco naiwnym klimacie, ale poza tym zupełnie niepodobną.

      Usuń
  3. ależ ta płyta przypomina mi Camel - Mirage. Atmosfera, melodyka, naiwność, nawet wokal jest trochę podobny a w utworze Nine Feet Underground w środku słyszę takie solówki że wydaje mi się że słucham Lady Fantasy. Jak widać jak promowany tu termin wielka dziewiątka ma kulę u nogi w postaci Camela to scena Cantebury ma Caravan.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie trudno się z tym nie zgodzić. Porównanie z Camel jak najbardziej trafione - bardzo podobny klimat i ogólnie oba zespoły miały pewne ambicje artystyczne (Caravan chyba jednak większe), ale i dużą skłonność do grania w bardzo przystępny, wręcz pop rockowy sposób. A w dodatku Richard Sinclair grał w obu zespołach. Jest też sporo prawdy w tym, że Caravan jest najsłabszym albumem z tych głównych przedstawicieli sceny Canterbury (słabszym od Soft Machine, Gong, Matching Mole, Hatfield and the North, National Health). Nie mniej jednak ma jeden naprawdę dobry album - "If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You". Nie żeby tam nie było tej naiwności, bajkowego klimatu i poprockowych skłonności, ale jest też sporo bardzo fajnego grania instrumentalnego, momentami podchodzącego pod jazz rock. Jest to zdecydowanie lepszy album od wyżej zrecenzowanego, a moim zdaniem lepszy także od wszystkiego z dyskografii Camel.

      Usuń
    2. Słuchałem wczoraj ale nadal to tak jak Camel popierdółka. Gdzie mu tam do Soft Machine czy Henry Cow.

      Usuń
    3. No chociażby w instrumentalnych fragmentach drugiego, czwartego i przede wszystkim siódmego utworu nie jest to dużo słabsze od Soft Machine, a Camela zostawia daleko w tyle poziomem wykonania.

      Usuń
  4. Wybitna płyta, do "love to love you" też mam mieszane odczucia, ale w sumie to 3 minuty z 43 minutowego albumu, a cała reszta (szczególnie ostatni utwór) wypadają naprawdę bardzo dobrze. Jak dla mnie 9 lub 10 na 10.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)