[Recenzja] Van der Graaf Generator - "Pawn Hearts" (1971)



Przez całą pierwszą połowę 1971 roku Van der Graaf Generator wciąż intensywnie koncertował. W przerwach pomiędzy kolejnymi występami, najczęściej w zespołowym busie, muzycy komponowali nowy materiał. Mieli go już całkiem sporo, kiedy w czerwcu weszli do londyńskiego studia Trident. Tym razem postanowiono przesadnie nie oszczędzać i pozwolić grupie pracować przez blisko cztery miesiące. W efekcie powstał najbardziej dopracowany album, na szerszą niż dotychczas skalę wykorzystujący studyjne możliwości, jak eksperymenty z brzmieniem czy dokładnie kolejnych ścieżek. "Pawn Hearts" uznawany jest także za największe osiągnięcie VdGG. Już w chwili wydania został dobrze przyjęty przez prasę, ale nie przełożyło się to na sukces komercyjny. Na najważniejszych rynkach longplay przepadł kompletnie, choć niespodziewanie okazał się numerem jeden we Włoszech, mimo że zespół jeszcze tam nawet nie występował.

Ostateczny kształt "Pawn Hearts" nie był od początku oczywisty. Hugh Banton opowiadał się za bardziej zwartymi kawałkami, w rodzaju świetnie przyjmowanego na koncertach "Killer", podczas gdy Peter Hammill nalegał na bardziej rozbudowane utwory. Ostatecznie, ze wsparciem Davida Jacksona i Guya Evansa, przeważyła ta druga opcja. Mający dużo pomysłów i czasu na ich realizacje zespół planował wydać album dwupłytowy. Tu jednak weto postawiła wytwórnia, obawiając się gorszej sprzedaży. Decyzja okazała się jednak słuszna z zupełnie innego powodu. Druga płyta - na której miały znaleźć się: przeróbka radiowego jingla "Theme One", po jednym krótszym kawałku skomponowanym indywidualnie przez każdego muzyka oraz utwory z poprzednich płyt w wersjach na żywo, ale w studiu - pozbawiłaby album spójności, ale też obniżyła jego poziom.

Europejskie wydania "Pawn Hearts" są zbieżne z tym, jak miała wyglądać pierwsza płyta według oryginalnego zamysłu muzyków. To tylko trzy kompozycje: dwa trwające nieznacznie powyżej dziesięciu minut na stronie A oraz 23-minutowy kolos na stronie B. Tradycyjnie wszystkie teksty samodzielnie napisał Hammill, odpowiadający też za zdecydowaną większość muzyki - jedynie w kilku segmentach finałowego utworu wspomogli go pozostali instrumentaliści.

Północnoamerykańskie wydania dodatkowo - pomiędzy dwiema kompozycjami ze strony A - zawierają wydany wcześniej na singlu "Theme One". To interpretacja napisanego w 1967 roku przez George'a Martina jingla dla radia BBC. W wersji Van der Graaf Generator zachowana została chwytliwa linia melodyczna, za to brzmienie stało się bardziej typowe dla zespołu, czyli zdominowane przez zadziorne organy Bantona i saksofony Jacksona, wsparte mocną perkusją Evansa. Jak na standardy grupy jest to jednak wciąż bardzo przebojowa piosenka. Wydano ją nawet na singlu, ale nie odniosła sukcesu. Może przez brak wokalu (nie ma go też w oryginale), choć z Hammillem przy mikrofonie kawałek niekoniecznie stałby się bardziej przystępny. Przede wszystkim jednak "Theme One" niespecjalnie pasuje do bardziej pokręconego grania, jakie zespół uskutecznia w pozostałych nagraniach. 

Nieprzewidywalny w swojej budowie "Lemmings (including Cogs)", co chwilę zaskakuje kolejnymi zwrotami akcji. W dodatku muzycy niezwykle płynnie i naturalnie przechodzą od fragmentów subtelniejszych do grania zdecydowanie agresywniejszego. Te pierwsze faktycznie są bardzo finezyjne, melodyjne, zdominowane przez łagodne brzmienie organów lub gitary akustycznej, a nawet zaśpiewane w całkiem stonowany sposób przez Hammilla. Drugie z kolei są naprawdę mocno odjechane, z tym rozedrganym saksofonem i swobodnym pianinem, nie tak znów dalekimi od jazzu free, a także przesterowanymi organami oraz idącym już na całość frontmanem, a w jego przypadku oznacza to naprawdę ekspresyjny, udramatyzowany śpiew. Świetnie zresztą pasuje do dekadenckiego tekstu, w którym ludzkość, niczym tytułowe lemingi, zmierza do samozagłady.

Na podobnym kontraście zbudowany został też kolejny na płycie "Man-Erg", choć tutaj zwroty akcji nie są aż tak częste. Przez pierwsze trzy minuty jest to po prostu subtelna, uroczysta ballada o wyrazistej melodii, instrumentalnie zdominowana przez fortepian, organy i saksofon sopranowy. Nawet Hammill, choć śpiewa w bardzo emocjonalny sposób, wpisuje się w charakter utworu, bliski progowego mainstreamu. Tym bardziej piorunujące jest nagłe zaostrzenie, z potężnym, zgrzytliwym brzmieniem organów, piskami saksofonów, perkusyjną nawałnicą i antycypującym punk rocka wrzaskiem. Po chwili utwór znów się uspokaja, by stopniowo wprowadzać coraz więcej dysonansów, aż w finale znów zostaną tylko te bardziej pokręcone dźwięki. Forma utworu wyraźnie podąża za tekstem opowiadającym o dwoistości natury ludzkiej, w której dobro ściera się ze złem.

Finałowy "A Plague of Lighthouse Keepers", składający się z dziesięciu zróżnicowanych segmentów, to utwór najbardziej eksperymentalny na płycie i w całym dorobku Van der Graaf Generator. Najwięcej tu kombinowania z formą, wykorzystywania studyjnych technik czy nietypowego dla grupy instrumentarium (syntezator ARP we fragmencie "Kosmos Tours"), bardziej niż dotąd zaawansowanych nawiązań do muzyki współczesnej, w tym musique concréte. Ale to nie tak, że kwartet posuwa się w tym wszystkim zbyt daleko, tracąc swój idiomatyczny charakter. Nie brakuje tu znów fragmentów bliskich progowego mainstreamu, o wyrazistych, bardzo ładnych melodiach. Dominują zwłaszcza w pierwszych segmentach, zanim utwór zaczyna podążać we zdecydowanie coraz dziwniejsze rejony, by powrócić w podniosłym finale ("We Go Now"), gdzie pojawia się nawet solo gitarowe Roberta Frippa z King Crimson. I tym razem muzyka okazuje się ściśle podążać za tekstem, opowiadającym historię latarnika, któremu nie udało się zapobiec katastrofie jednego ze statków, przez co zaczął popadać w coraz większy obłęd.

Jak mógłby wyglądać "Pawn Hearts", gdyby zespół postawił na swoim i wydał album dwupłytowy, pozawala w pewnym stopniu przekonać się reedycja z 2005 roku. Poza podstawowym materiałem oraz pełną wersją "Theme One", zawiera też cztery odrzuty. Podpisany jako kompozycja nieznanego autorstwa "W" - strona B singla "Theme One", tu jednak zamieszczona w innej, wcześniejszej wersji  - to łagodna piosenka, bliższa nawet ówczesnych solowych dokonań Hammilla, choć zawierająca też bardziej eksperymentalne wstawki. Instrumentalne "Angle of Incidents" Evansa i "Ponker's Theme" Jacksona idą natomiast w zdecydowanie jazzowym kierunku, przy czym ten pierwszy w zdecydowanie awangardowe jego rejony, z dużą ilością studyjnych efektów, a drugi - w ścisły mainstream. Oba wydają się nie mieć żadnego związku z resztą twórczości VdGG. Podobnie zresztą sprawa ma się z "Diminutions" Bantona, jego solowym popisie gry na organach, podczas którego skupia się przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, na sonorystycznych eksploracjach, inspirowanych XX-wieczną awangardą. Niewątpliwie intrygujące to nagranie, ale bardziej pasowałoby na jakiś solowy projekt. "Pawn Hearts" w wersji dwupłytowej straciłby zatem jeden ze swoich atutów, jakim jest jego spójny, zwarty charakter.

"Pawn Hearts" to bez wątpienia najciekawszy z wydanych do tamtej pory albumów Van der Graaf Generator - najlepiej przemyślany i najbardziej dopracowany, w końcu pozbawiony mniej imponujących, mniej pasujących do całości utworów. To jeden z wzorowych przykładów rocka progresywnego, faktycznie rozciągający granice gatunku i tworząc w jego obrębie unikalny styl o rozległych inspiracjach: od muzyki klasycznej, przez współczesną awangardę, aż po nowoczesny jazz. Po wydaniu "Pawn Hearts" zespół wrócił do intensywnego koncertowania, grając m.in. trzy trasy we Włoszech, gdzie stał się prawdziwą gwiazdą. Jednak już wkrótce zmęczenie ciągłymi występami, w połączeniu z coraz mniejszym wsparciem wydawcy i rosnącymi długami, spowodowało rozpad Van der Graaf Generator. Na szczęście nie definitywny.

Ocena: 10/10

PS. Z nagrań na żywo, ale w studiu, które miały uzupełnić album, wydania doczekało się tylko jedno. Opublikowano je także w 2005 roku, ale na reedycji "H to He, Who Am the Only One". To 15-minutowy medley dwóch kompozycji, "Giant Squid" i "Octopus". Oryginalnie zarejestrowano je podczas sesji "The Aerosol Grey Machine" - pierwszego albumu sygnowanego nazwą Van der Graaf Generator, choć nagrywanego jako solowy debiut Petera Hammilla. Akurat te utwory zapowiadały już dojrzały styl grupy, ze wszystkimi jego charakterystycznymi elementami, jednak tutaj nabierają bardziej eksperymentalnego charakteru.

Zaktualizowano: 09.2024



Van der Graaf Generator - "Pawn Hearts" (1971)

1. Lemmings (including Cog); 2. Man-Erg; 3. A Plague of Lighthouse Keepers: Eyewitness / Pictures/Lighthouse / Eyewitness / S.H.M. / Presence of the Night / Kosmos Tours / (Custard's) Last Stand / The Clot Thickens / Land's End (Sineline) / We Go Now

Skład: Peter Hammill - wokal, gitara, pianino; David Jackson - saksofon altowy, saksofon tenorowy, saksofon sopranowy, flet, dodatkowy wokal; Hugh Banton - instr. klawiszowe, gitara basowa, dodatkowy wokal; Guy Evans - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Robert Fripp - gitara
Producent: John Anthony


Komentarze

  1. Taki klasyk i tylko 8? ;) Dla mnie Pawn Hearts to arcydzieło skończone, jeden z najlepszych albumów, jakie dane mi było słyszeć. Hammil jako wokalista jest niesamowity, a partie saksofonu w tym zespole powalają. Ode mnie 10/10 ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ilością punkcików bym się nie przejmował. W końcu każdy może sobie subiektywnie ocenić dany album. Ważne jest to, aby argumentacja była sensowna. U mnie ma 10/10. To jeden z tych albumów progresywnych, w przypadku których nie mam żadnych wątpliwości, czy zasługuje na najwyższą ocenę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wokal w "Man-Erg" to wokalne mistrzostwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Van Der Graaf Generator to zawsze wokalne mistrzostwo

      Usuń
  4. Początkowo też uważałem ten album za zbyt udziwniony. Wróciłem po kilku miesiącach i autentycznie zachwycił. Dalej uważam, że jest mocno pokręcony i może trochę zbyt chaotyczny, ale niesamowicie wciąga. W Twoim przypadku Pawle masz takie samo zdanie o tym albumie co w chwili pisania recenzji, czy ocena prawdopodobnie skoczyłaby w górę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno powiedzieć, bo dawno nie wracałem do tego albumu.

      Usuń
  5. Moja ulubiona płyta mojego ulubionego zespołu, aczkolwiek nie jest to moja najbardziej ukochana płyta wszechczasów. Bo takiej jeszcze nie mam

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurcze, bardzo lubię tę płytkę, choć nie dałbym jej dziesiątki (od VDGG jednak Godbluff na to moim zdaniem zasługuje). Mam problem z niektórymi kompozycjami: Lemmings wydaje mi się nieco na siłę przeciągnięte tym quasi-ambientowym jamem na końcu, bez jego obecności kompozycja by nic nie straciła na jakości. do Man-Erg w sumie nie mam zarzutów, choć struktura dość mocno przypomina poprzedni kawałek i czasem szczerze mówiąc to zaostrzenie brzmi dla mnie straszliwie przerysowanie, aż zabawnie. W finałowej suicie też mi się kilka rzeczy nie podoba, przede wszystkim odnoszę wrażenie, że znów niepotrzebnie wrzucono mocno sonorystyczny fragment, który nie zmierza w żadnym ciekawym kierunku, poza tym im dalej w las, tym mniej charakterystyczne są dla mnie te motywy, zaś w całej kompozycji jakby panował nieco pewien chaos. Mimo tego, wyżyny tego albumu są chyba najwyższe w całej dyskografii zespołu, ale te w sumie szczegóły powstrzymują mnie od uznania Pawn Hearts za wybitne jako całość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Harris w 100%. A solówka Frippa jest nieprawdopodobnie słaba jak na tej klasy gitarzystę 😅

      Usuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)