[Recenzja] Gentle Giant - "Free Hand" (1975)

Album "Free Hand" okazał się największym sukcesem komercyjnym w historii Gentle Giant. Jako jedyny longplay zespołu dotarł do Top 50 amerykańskiego notowania, a konkretnie do jego 48. pozycji. I to praktycznie bez żadnej promocji, bez ani jednego singla. A co ważniejsze, także bez żadnych ustępstw artystycznych, prób schlebiania bardziej masowym gustom czy radiowym wymaganiom. Fakt, udało się w trakcie tych niespełna 37 minut upchnąć całkiem sporo autentycznie chwytliwych melodii, będących jednak dodatkiem do złożonych, połamanych rytmów, mistrzowskiego operowania kontrapunktem czy wpływów muzyki dawnej.
"Free Hand" to wciąż Gentle Giant u szczytu swoich twórczych możliwości. Szczególnie pierwsza strona winylowego wydania nie ustępuje najlepszym z dotychczasowych dokonań. Rozpoczynający "Just the Same" oraz zamykający ją tytułowy "Free Hand" to bardzo energetyczne, optymistyczne utwory z od razu zapadającymi w pamięć melodiami, które jednocześnie zachwycają instrumentalną biegłością i fantastyczną interakcją muzyków, przebogatą aranżacją - obejmującą przeróżne brzmienia klawiszowe, dęciaki, ale też zdecydowanie rockową gitarę - oraz strukturami pomysłowo odchodzącymi od popowych schematów.
Jednak to umieszczony pomiędzy nimi "On Reflection" jest najwspanialszym momentem tej płyty, jeśli nie całej twórczości Łagodnego Olbrzyma. Zaczyna się od niezwykle kunsztownego śpiewu a capella, rozpisanego na pięć głosów - choć wokalistów jest czterech: Derek i Ray Shulmanowie, Kerry Minnear oraz Gary Green - w formie bliskiej kanonu, choć bez sztywnego trzymania się klasycznych reguł. W dalszej części śpiewa już głównie Minnear, z pastoralnym akompaniamentem pianina, fletu, smyczków oraz wibrafonu, doskonale wpisujących się w ten renesansowy klimat. Utwór zawiera także energetyczną, rockową kodę bez śpiewu, podczas której poszczególne instrumenty powtarzają złożoną polifonię z wokalnego wstępu. To jedno z najbardziej kunsztownych nagrań zespołu, a przy tym całkiem przystępne za sprawą wyrazistej, bardzo ładnej melodii oraz urzekającego, sielskiego klimatu.
Druga strona winyla także prezentuje się nienajgorzej. Mocnymi punktami są na pewno "Time to Kill" oraz "His Last Voyage". Pierwszy z nich to jeszcze jeden energetyczny, przebojowy, ale wciąż złożony rytmicznie i niebanalny w formie kawałek, a drugi - nastrojowa ballada z przepiękną linią wokalną, która ponownie nasuwa skojarzenia z muzyką dawną. Do takich klimatów silnie nawiązuje też instrumentalny, akustyczny "Talybont", nagrany do niezrealizowanego filmu o Robin Hoodzie. To taki przyjemny, ale nie niezbędny przerywnik, w dodatku melodycznie będący wariacją na temat linii wokalnej "Just the Same". Finałowy "Mobile" okazuje się natomiast mieszanką hard rocka z folkowymi melodiami i instrumentami, najbliższą piosenkowej formy, najmniej ciekawą pod względem rytmicznym czy wokalnym. To wciąż niezły kawałek, ale poniżej możliwości zespołu oraz poziomu tej płyty.
Niektórzy zarzucają "Free Hand" brak nowych pomysłów, ale trudno traktować to jako poważną wadę, gdy materiał wciąż jest tak udany. Utwór "On Reflection" może być zresztą tym, gdzie unikalny styl Gentle Giant osiągnął formę absolutu. To niespełna sześciominutowa esencja zespołu, w kompletny sposób pokazująca, czym był ten zespół i czym powinien być rock progresywny: muzyką świadczącą o niemałej wyobraźni, czerpiącą z bogatego dziedzictwa muzyki, ale z zachowaniem rockowego charakteru, łączącą ponadprzeciętny kunszt kompozytorski, aranżacyjny i wykonawczy z umiejętnością pisania zgrabnych, wyrazistych, niebanalnych melodii. Pozostałe utwory na tym albumie też na ogół spełniają te kryteria, choć w końcówce robi się już trochę zwyczajniej. "Free Hand" pozostaje jednak jednym z największych dzieł Gentle Giant i jednym z najlepszych wyborów na pierwszy kontakt z zespołem.
Ocena: 9/10
Zaktualizowano: 07.2024
Gentle Giant - "Free Hand" (1975)
1. Just the Same; 2. On Reflection; 3. Free Hand; 4. Time to Kill; 5. His Last Voyage; 6. Talybont; 7. Mobile
Skład: Derek Shulman - wokal (1-4,7), saksofon altowy (1), flet altowy (6); Kerry Minnear - wokal (2-5), instr. klawiszowe, wibrafon (1,2,5), harfa (2), wiolonczela (2), marimba (2), dzwonki (2), kotły (2), flet tenorowy (6); Gary Green - gitara, wokal (2), flet sopranowy (2,6); Ray Shulman - gitara basowa, wokal (2), altówka (2), skrzypce (7); John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Gentle Giant
Zaktualizowano: 07.2024
Gentle Giant - "Free Hand" (1975)
1. Just the Same; 2. On Reflection; 3. Free Hand; 4. Time to Kill; 5. His Last Voyage; 6. Talybont; 7. Mobile
Skład: Derek Shulman - wokal (1-4,7), saksofon altowy (1), flet altowy (6); Kerry Minnear - wokal (2-5), instr. klawiszowe, wibrafon (1,2,5), harfa (2), wiolonczela (2), marimba (2), dzwonki (2), kotły (2), flet tenorowy (6); Gary Green - gitara, wokal (2), flet sopranowy (2,6); Ray Shulman - gitara basowa, wokal (2), altówka (2), skrzypce (7); John Weathers - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Gentle Giant
Jedno mnie w tym zespole dziwi,są niezwykle sprawnymi muzykami, a nigdy nie słyszałem ich w innych projektach, zespołach bądź solowo.
OdpowiedzUsuńTylko Phil Shulman całkowicie zerwał z muzycznym biznesem. Jego brat Derek po rozpadzie zespołu obejmował ważne stanowiska w różnych wytwórniach, także prezesa; obecnie ma swoją własną wytwórnie. Trzeci z Shulmanów, Ray, pracuje jako producent muzyczny, a dodatkowo tworzy soundtracki do gier. Kerry Minnear również prowadzi własną wytwórnię, która jednak zajmuje się wyłącznie wydawaniem materiału Gentle Giant; poza tym tworzy muzykę gospel. Gary Green i John Weathers są wciąż aktywnymi muzykami, ale w jakiś podrzędnych zespołach.
UsuńPrawdopodobnie brak sukcesu Gentle Giant tak ich zniechęcił, że zaczęli zajmować muzyką od drugiej strony (jako producenci lub prezesi wytwórni) lub grać wyłącznie dla przyjemności w jakiś niszowych projektach.
Nie wiem czy Paweł o tym wspominał, ale jeszcze przed Gentle Giant bracia tworzyli grupę Simon Dupree and the Big Sound. "Kites" w ich wykonaniu po prostu kładzie na łopatki (przynajmniej mnie)
OdpowiedzUsuńJak zwykle w wypadku płyt Gentle Giant jedynym słabym elementem jest okładka ;)
OdpowiedzUsuńTo i tak jedna z lepszych... A "Octopus" i "The Power and the Glory" mają całkiem fajne okładki ;)
UsuńTa okładka fajna, gorzej na debiucie gdzie okładka kojarzy się ze starym dziadem.
UsuńTe powtarzający cię rytmiczny motyw pod koniec tytułowego utworu genialny, jak cała płyta.
OdpowiedzUsuń