[Recenzja] Angel Witch - "Angel Witch" (1980)

Cykl "Ciężkie poniedziałki" #13
Angel Witch to jedna z grup z drugiego szeregu NWOBHM, Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu. Nigdy nie odniosła sukcesu na miarę Iron Maiden, Def Leppard i Saxon, ani nie dorobiła się tak kultowego statusu, jak Venom czy Diamond Head. Zbyt szybko roztrwoniła potencjał, jaki z początku zdawała się mieć. Tym początkiem było natomiast umieszczenie jednego utworu na kompilacji "Metal for Muthas" - tej samej, na której zadebiutował Iron Maiden. Utwór "Baphomet" jest być może najcięższym, najbardziej złowrogim kawałkiem całego nurtu, zaraz po dokonaniach wspomnianego Venom. Nie powtórzono go jednak na wydanym parę miesięcy póżniej eponimicznym debiucie Angel Witch. Trio śpiewającego gitarzysty Kevina Heybourne'a, basisty i okazjonalnie klawiszowca Kevina Riddlesa oraz bębniarza Dave'a Hogga zaproponowało tu materiał bardziej melodyjny, ale wciąż dość ciężki, agresywny, najczęściej utrzymany w szybkim tempie.
Album składa się z dziesięciu utworów, które na ogół mieszczą się gdzieś pomiędzy stylistyką Judas Priest, a klimatem Black Sabbath, z bardziej surowym, niemal demówkowym brzmieniem. Otwieracz płyty, o tytule tożsamym z nazwą grupy i longplaya, to wręcz podręcznikowy przykład metalowego hitu wczesnych ejtisów, pełen energii, z niezłym riffowaniem, rozpędzonymi solówkami, melodyjnymi zwrotkami oraz hymnowym, choć sztampowym refrenem. Niech pierwszy rzuci kamieniem, komu nie utknął on w głowie już po pierwszym przesłuchaniu. Z kawałków o podobnym charakterze, łączących metalowy czad ze sporą melodyjnością - a takie zdecydowanie tu dominują - warto jeszcze wyróżnić "Gorgon", najcięższy w zestawie "Angel of Death", a zwłaszcza "White Witch", z drugim najbardziej chwytliwym refrenem na płycie oraz balladowym zwolnieniem, podczas którego w tle pojawia się fajna, nawiedzona partia syntezatora. Do singlowej promocji albumu wybrano jednak najbardziej banalny "Sweet Danger", którego refren wypada wyjątkowo tandetnie, nawet jak na tę stylistykę. Są tu jednak także bardziej udane urozmaicenia. Posępna ballada "Sorcerers" w zaostrzonych refrenach zbliża się do Black Sabbath, a podczas instrumentalnego przyśpieszenia pojawiają się nawet organy w stylu Deep Purple. Poszczególne sekcje tego nagrania wydają się jednak niespecjalnie do siebie pasować. Bardziej zgrabnie wypada drugi balladowy kawałek, "Free Man", bliższy tego, jak w poprzedniej dekadzie grały grupy w rodzaju UFO czy Scorpions. Całości dopełnia natomiast instrumentalna miniatura "Devil's Tower", gdzie znów bliżej do sabbathowej estetyki, choć tym razem efekt jest znacznie bardziej zborny.
W 2010 roku, z okazji swojego 30-lecia, album "Angel Witch" doczekał się rozszerzonego wydania. Na dwie płyty kompaktowe trafiło w sumie 30 utworów, w tym cały oryginalny materiał, nagrania z sesji dla programu BBC "Friday Rock Show", demówki oraz zawartość singli i EPek. Spora część tych dodatków to alternatywne wersje kompozycji z podstawowego wydania, ale nie tylko. Cennym bonusem jest na pewno wspomniany "Baphomet", pojawiający się zarówno w wersji ze składanki, jak i demo. Wśród tych surowych demówek znalazł się też chociażby kawałek "Extermination Day", również pokazujący to nieco bardziej agresywne oblicze grupy. Istotnym uzupełnieniem są też niealbumowe strony B singla "Sweet Danger" - czadowy "Flight 19" oraz luźniejszy "Hades Paradise" - a także zawartość EPki "Loser" z 1981 roku: tandetnie przebojowe numer tytułowy i "Suffer", ale też nienajgorszy instrumental "Dr. Phibes". Tym samym znalazł się tu praktycznie cały materiał zarejestrowany w oryginalnym składzie.
Niedługo po wydaniu debiutanckiego albumu ze składu wyleciał Hogg, a Riddles odszedł sam, by sformować własną grupę Tytan. Heybourne próbował znaleźć nową sekcję rytmiczną, ale ostatecznie sam dołączył do zespołu Deep Machine, by wkrótce przemienić go w nowe wcielenie Angel Witch. Gitarzysta nie był jednak zadowolony z ówczesnego składu i grupa po raz kolejny zakończyła działalność. Bardziej trwały okazał się kolejny powrót, gdy do Heybourne'a dołączyli wokalista Dave Tattum, basista Peter Gordelier oraz wracający po przerwie Hogg. Wówczas udało się nawet nagrać dwa albumy: "Screamin' 'n' Bleedin'" (1985) oraz "Frontal Assault" (1986) - ten drugi już bez Hogga, którego zastąpił Spencer Hollman. Obie płyty prezentują się jednak znacznie gorzej od debiutu - kompozycje są mniej charakterystyczne, a do reszty pogrąża je wymuszony, pretensjonalny wokal Tattuma. Wkrótce zresztą pozbyto się go ze składu, a do śpiewania wrócił Heybourne, którego krzykliwy głos lepiej pasował do stylistyki. Jednak grupa ponownie się rozpadła, wydając jeszcze tylko koncertowy "Live" (1990), wypełniony wyłącznie repertuarem z okresu debiutu.
W kolejnych latach dochodziło do krótkich reaktywacji z udziałem Heybourne'a i za każdym razem nowych współpracowników. W 2012 roku udało się nawet wydać nowy album "As Above, So Below", z Willem Palmerem na basie oraz Andym Prestridge'em na bębnach. To najlepsze wydawnictwo grupy po debiucie - poprzeczka nie była zawieszona wysoko - ale tak naprawdę nic nie wnoszące, utrzymane ściśle w stylu sprzed trzech dekad, co dla miłośników takiego grania pewnie jest największą zaletą, ale żadną zachętą dla wszystkich pozostałych. Zresztą nawet debiut jest płytą, która raczej spodoba się tylko wielbicielom NWOBHM i ewentualnie wymienionych w tekście wykonawców spoza tego nurtu.
Ocena: 6/10
Zaktualizowano: 6.2025
Angel Witch - "Angel Witch" (1980)
1. Angel Witch; 2. Atlantis; 3. White Witch; 4. Confused; 5. Sorcerers; 6. Gorgon; 7. Sweet Danger; 8. Free Man; 9. Angel of Death; 10. Devil's Tower
Skład: Kevin Heybourne - wokal i gitara; Kevin Riddles - gitara basowa, instr. klawiszowe; Dave Hogg - perkusja
Producent: Martin Smith
Zdecydowanie jedna z najlepszych płyt metalowych, a "Free Man" to coś absolutnie genialnego - jedna z najlepszych ballad jakie słyszałem. Jak go słucham to niemalże tracę kontakt z rzeczywistością...
OdpowiedzUsuńZ pozostałych kawałków najbardziej lubię "Sorcerers" i "Gorgon" oraz oczywiście klasyczny tytułowy ;) Ale tak naprawdę to uwielbiam wszystko z tego longplaya. No... prawie wszytko, bo za "Sweet Danger" i "Atlantis" nie przepadam.
Zdziwiłem się, że akurat ten album utrzymał wysoką ocenę. Nawet go cenię i oceniłbym tak samo, niemniej z okręgu NWOBHM debiuty Diamond Head, Def Leppard i Iron Maiden cenię wyżej - niektóre nieznacznie, inne bardziej.
OdpowiedzUsuńLubię jeszcze ich najnowsze wydawnictwo z 2012 r., natomiast te 2 płyty z połowy lat 80. to coś okropnego.