3 października 2013

[Recenzja] Budgie - "Bandolier" (1975)



Na "Bandolier" zadebiutował perkusista Steve Williams, który zagrał także na wszystkich kolejnych wydawnictwach grupy. Skład zespołu ustabilizował się na wiele lat. Jednak był to też początek końca, gdyż późniejsze albumy powszechnie uznawane są za znacznie słabsze. "Bandolier" uznawany jest natomiast za jedno z największych osiągnięć grupy. Już w chwili wydania spotkał się z dobrym przyjęciem, co zaowocowało 36. miejscem na UK Albums Chart. Był tu drugi największy - po poprzednim w dyskografii "In for the Kill!" (który doszedł do 29. miejsca) - komercyjny sukces Budgie.

Być może jest to najciekawsze wydawnictwo zespołu, który może i nie ustrzegł się tutaj wcześniej popełnianych błędów, ale skupia się na tym, co wychodziło mu najlepiej, prezentując przy okazji nieco większą dojrzałość, zwłaszcza w kwestii kompozytorskiej. Na album trafiło sześć utworów, po trzy na każdą stronę winylowego wydania. Dobrze wypadają otwieracze obu stron. Ciężki, rozpędzony, wyraźnie zapowiadający nadejście heavy metalu "Breaking All the House Rules" może z początku wydawać się nieco toporny, ale dość fajnie się rozwija. Muzykom Budgie zwykle najlepiej wychodziły rozbudowane fragmenty instrumentalne i nie inaczej jest w tym przypadku. Jeszcze lepszy okazuje się "I Can't See My Feeling" (półtora dekady później scoverowany przez Iron Maiden), łączący czad z całkiem chwytliwą melodią i dość urozmaiconą strukturą. Super wyszło wplecenie akustycznej gitary. Równie dobre są kompozycje kończące każdą ze stron. "Who Do You Want for Your Love?" zaczyna się stricte funkowo, by z czasem nabrać hardrockowego ciężaru, a na koniec skręcić w bardziej bluesowe rejony (jest nawet partia harmonijki). O dziwo, trzyma się to nawet kupy, choć nie miałbym nic przeciwko, by całe nagranie było utrzymane w funkowym stylu. Zespół lubił jednak mieszać ze sobą różne elementy, co przypomina także finałowy "Napoleon Bona", składający się z dwóch, wyraźnie odrębnych części: pierwszej akustycznej, balladowej, a drugiej zdecydowanie cięższej, opartej na galopującym basie (wpływ tego nagrania na styl gry Steve'a Harrisa z Iron Maiden wydaje się niezaprzeczalne) i długich solówkach gitary.

Wspomniałem jednak, że zespół nie ustrzegł się też błędów. Zawsze miał bowiem problem z utrzymaniem równego poziomu przez cały longplay. I "Bandolier" zdecydowanie nie jest wyjątkiem. Środkowe kawałki z każdej strony winyla są znacznie mniej udane od wyżej opisanych. Naprawdę okropnym nagraniem jest "Slipaway" - typowa dla grupy ballada, niewyobrażalnie nudna, smętna i irytująca śpiewem Burke'a Shelleya, brzmiącego tu jeszcze bardziej zniewieściale, niż zwykle. Kawałek pewnie ma swoich wielbicieli, ale nawet oni powinni przyznać, że kompletnie nie pasuje on do całości. Drugim okropieństwem jest przeróbka "I Ain't No Mountain" z repertuaru Andy'ego Fairweathera Lowa, odpychająca nieznośnie banalną i sztampową melodią, szczególnie w refrenie. Oryginał jest zresztą równie obrzydliwy, więc sięgnięcie po ten kawałek i zagranie w ten sam sposób, bardzo źle świadczy o guście muzyków. Te dwa kawałki to zdecydowanie najgorsze, co Budgie nagrało do tamtej pory, wliczając w to nawet miniatury z wczesnych albumów. Jest to o tyle przykre, że pozostałe cztery nalezą do najlepszych - może nie jest to poziom "Zoom Club", ale też niewiele niższy.

Ostatecznie nie mogę więc ocenić tego longplaya na więcej niż "dobry". To i tak bardzo dużo dla albumu zawierającego takie paskudztwa, jak "Slipaway" i "I Ain't No Mountain", ale pozostałe nagrania są bardzo solidne. Doceniam też fakt, że Budgie nie brzmi już tutaj jak epigon Led Zeppelin i Black Sabbath, a zespół o dość rozpoznawalnym stylu, który okazał się całkiem inspirujący dla innych (inna sprawa, że naśladowcy czerpali niekoniecznie z tego, co tu najciekawsze - to zresztą częste u epigonów). Tak więc, mimo wszystko, uważam "Bandolier" za najlepsze dokonanie Budgie.

Ocena: 7/10



Budgie - "Bandolier" (1975)

1. Breaking All the House Rules; 2. Slipaway; 3. Who Do You Want for Your Love?; 4. I Can't See My Feelings; 5. I Ain't No Mountain; 6. Napoleon Bona (Parts One & Two)

Skład: Burke Shelley - wokal i bass; Tony Bourge - gitara, harmonijka; Steve Williams - perkusja
Producent: Budgie


4 komentarze:

  1. Utwory 1, 3, 4, 6 + "Zoom Club" i byłby to jeden z najwybitniejszych albumów hardrockowych?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybitny na pewno by nie był. Ale byłby blisko tych najlepszych z tego stylu ;)

      Usuń
  2. "Piąte i ostatnie wielkie dzieło Budgie" - Tak uważałem kilkanaście lat temu. Najlepsze jest to że nie wracałem do nich prawie 10 lat, więc teoretycznie ta opinia jest nadal aktualna bo nie uległa weryfikacji, aczkolwiek w praktyce wątpię aby tak było. :)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.