8 sierpnia 2013

[Recenzja] Guns N' Roses - "Appetite for Destruction" (1987)



Guns N' Roses to jeden z dosłownie kilkunastu najsłynniejszych wykonawców rockowych. Popularność zespołu trwa już od ćwierć wieku i nie spada, o co niestrudzenie dbają komercyjne media muzyczne. Sukces nie wziął się jednak znikąd, bo zespół zadebiutował w doskonałym momencie. Pod koniec lat 80. rockowy mainstream oferował głównie plastikową tandetę i coraz bardziej ekstremalny metal. Wielbicielom bardziej klasycznego grania pozostawało słuchanie starych płyt. I właśnie wtedy na scenie pojawił się Guns N' Roses, grający z prawdziwie rockowym czadem, a jednocześnie nieustępujący przebojowością kapelom hair-metalowym. Było to tuż przed tym, gdy do powszechnej świadomości słuchaczy i mediów przebiły się kapele z Seattle i parę lat przed złagodzeniem brzmienia przez Metallikę. W chwili wydania "Appetite for Destruction" nie było zatem specjalnej konkurencji, zaś popyt na takie granie okazał się ogromny. Trudno powiedzieć, czy zespół przypadkiem wypełnił niszę, na którą było wielkie zapotrzebowanie, czy od początku wszystko było wykalkulowane. Faktem, o którym wiele się nie mówi, jest natomiast to, że zespół nie zaproponował nic odkrywczego ani szczególnie interesującego.

Debiutancki album Guns N' Roses brzmi jak nieco podkręcone Aerosmith, Van Halen czy podobne kapele z poprzedniej dekady. Stylistycznie ani na chwilę nie odchodzi od typowego hard rocka z lat 70. Zaś żaden z dwunastu zamieszczonych tu kawałków nie wyłamuje się z typowo piosenkowego schematu, opartego na zwrotkach i refrenach. Melodie, nie tylko w singlowych przebojach, są ewidentnie skrojone pod stacje radiowe - są zatem proste, łatwo wpadające w ucho, ale zwykle popadają w hardrockową sztampę. Piskliwy wokal Axla Rose'a należy do najbardziej irytujących w muzyce rockowej. Riffy są bardzo proste i podobne do siebie, tak samo jak solówki Slasha, przeładowane technicznymi sztuczkami i grane zwykle w szybkim tempie, dzięki czemu mają sprawiać wrażenie bardziej skomplikowanych niż są w rzeczywistości. Sekcja rytmiczna natomiast zupełnie nie zwraca na siebie uwagi, jest niemalże zbędna. Im dalej, tym bardziej wszystko się ze sobą zlewa. Jednak dość sprytnie (choć nie do końca) rozmieszczono te bardziej charakterystyczne kawałki. Nie upchnięto ich wszystkich na początku, jak często robi się przebojami, ale rozproszono. Na otwarcie pojawia się zatem wielki przebój "Welcome to the Jungle", po którym rozbrzmiewa mniej znany, ale całkiem przyjemny "It's So Easy". Dalej pojawia się seria zupełnie bezbarwnych kawałków, jednak uwagę od nich ma odwrócić kolejny przebój, "Paradise City" - rozpoczęty łagodniejszym wstępem z dodatkiem syntezatora, stanowiącym potrzebne urozmaicenie, jednak zbyt krótkie, bo w zasadniczej części kawałek jest bardzo sztampowy, a finałowe przyśpieszenie wypada okropnie. Kolejne dwa wypełniacze, a potem ostatni już przebój - "Sweet Child o Mine", tym razem łagodniejszy, z płaczliwym śpiewem i efekciarskimi solówkami obliczonymi na zachwyt słuchaczy. Wbrew wszelkiej logice, na zakończenie pojawiają się jeszcze trzy bezbarwne kawałki, bez których całość zamknęłaby się w przyzwoitych czterdziestu jeden minutach, zamiast przekraczać ten czas o dwanaście minut.

"Appetite for Destruction" to wręcz archetypowy album hardrockowy, zawierający wszystko, co powszechnie kojarzy się z taką muzyką. A zarazem nic ponadto, praktycznie żadnych prób nietypowego urozmaicenia (bo parę łagodniejszych wstawek i jeden kawałek prawie w całości spokojny to elementy całkowicie wpisujące się w konwencję takiej muzyki). Przy czym hardrockowych albumów lepszych od tego ukazało się wcześniej wiele. Takich lepiej zaśpiewanych i zagranych, ciekawiej skomponowanych i zaaranżowanych, czasem nawet pomysłowo urozmaiconych. Takich, na których nie chodzi tylko o to, by było chwytliwie, czadowo i efektownie. Debiutancki album Guns N' Roses jest odtwórczy, wyliczony na łatwy sukces, pozbawiony jakiejkolwiek wartości artystycznej. Nawet w swoim niezbyt ambitnym stylu nie ma wiele do zaoferowania, poza odgrywaniem sprawdzonych patentów i kilkoma wpadającymi w ucho, ale nieciekawymi melodiami. Bez wątpienia jeden z najbardziej przecenionych albumów (i zespołów) w dziejach fonografii. Zwyczajne nudy.

Ocena: 3/10



Guns N' Roses - "Appetite for Destruction" (1987)

1. Welcome to the Jungle; 2. It's So Easy; 3. Nightrain; 4. Out ta Get Me; 5. Mr. Brownstone; 6. Paradise City; 7. My Michelle; 8. Think About You; 9. Sweet Child o' Mine; 10. You're Crazy; 11. Anything Goes; 12. Rocket Queen

Skład: W. Axl Rose - wokal, syntezator (6), instr. perkusyjne; Slash - gitara, talkbox; Izzy Stradlin - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Duff McKagan - bass, dodatkowy wokal; Steven Adler - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Mike Clink



Po prawej: okładka wydania winylowego.


54 komentarze:

  1. "Nie znasz się, Slash to najlepszy gitarzysta, a ten album aż kipi od przebojowych utworów porywających stadiony. Ty głuchy ignorancie, Axl ma świetny wokal!!! Słuchaj se tych jazzów, bo jesteś za tępy na taką muzykę" - komentarz 14 latka, który zabłądził na pablosreviews

    To, żeś Pawełq przypierdolił tą recenzją. No cóż zgodzę się prawie ze wszystkim, powtórzę się też, że pierwsze cztery (a szczególnie 2,3,4) kawałki są tak do siebie podobne że ciężko je rozróżnić - i album morduje.

    / nie zawsze skupia się na graniu jak najszybciej, chociaż czasem za bardzo w to popada - ale do pewnych momentów solówki z Jungle czy Child są całkiem przyjemne, mogą służyć jako reklama Gibsona Les Paul ;) nawet to nieszczęsne "Paradise City" ma kilka fajnych rozwiązań (m .in to jak wchodzą kolejne instrumenty, solówki, chociaż już gorsze niż we wspomnianych przeze mnie utworach). Ale tak, przyspieszenie jest fatalne i co gorsza zupełnie nie rozumiem po co je tam dali - tak naprawdę mogło trafić do każdego kawałka i wszędzie tak samo by nie pasowało ;))

    Ale co Cię naszło by wrócić z recenzją zespołu o którym zarzekałeś się, że nie będziesz już pisać? Przecież nie względy merkantylne, a o podbijanie w ten sposób liczby wyświetleń nie będę Cię podejrzewał :P

    Rozumiem, że więcej recenzji GNR nie wróci?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze, że taki komentarz mógłby napisać też ktoś dużo starszy, kto zatrzymał się w muzycznym (ale nie tylko) rozwoju. To nie kwestia wieku. Ja akurat w wieku nastoletnim nie znosiłem tego zespołu. A wielokrotnie próbowałem się przekonać, bo zewsząd mnie informowano, jako to on wspaniały i w ogóle. I zawsze miałem dysonans poznawczy, bo zamiast wspaniałego zespołu słyszałem bandę pajaców.

      Tak mnie jakoś bez powodu naszło na poprawienie tego zespołu. I mam w planach kontynuowanie tego "projektu".

      Usuń
    2. To skąd było 8 (najwyższa ocena jaką pamiętam - może wcześniej było więcej?) które kiedyś tu widniało? Wbrew swoim odczuciom, czy mając 20+ w końcu doszukałeś się pozytywów których nie słyszałeś tam będąc nastolatkiem?

      GNR to dobry zespół - do parodiowania i robienia memów.

      Usuń
    3. Ja dalej czekam na wznowienie Def Leppard, nawet negatywne. Były tu tylko 2 płyty :)

      Usuń
    4. Filip, nigdy nie było 8, najwyżej 7. Starałem się być obiektywny. I w 2013 roku miałem zdecydowanie mniej punktów odniesienia - znałem tylko mainstreamowy rock i metal, niewiele ponad to, co prezentowano w Teraz Rocku, Trójce i Esce Rock, jakieś pojedyncze NKRy, które podsunął mi YouTube.

      A album miałem nawet kiedyś na CD. Zdaje się, że lekko się do niego zacząłem przekonywać po obejrzeniu "Deadpoola" (ale tego z Clintem Eastwoodem jako Brudnym Harrym), gdzie było wykorzystane "Welcome to the Jungle". Jednak nie pamiętam, żebym go kiedyś puścił na głośnikach, raczej odsłuchiwałem na słuchawkach, dużo przewijając, próbując znaleźć coś ciekawego. W sumie podobało mi się tylko "It's So Easy" i - nie wiedzieć czemu - "Think About You".

      Usuń
    5. Zdaje mi się ze było, pamiętam że po pewnym czasie obniżyłeś do 7 i chyba w końcu do 6. A potem recenzja zniknęła. Ósemkę też miał debiut Velvet Revolver który był przecież Gunsami ze zmienionym frontmanem.

      A w Deadpoolu nie tylko pojawiło się "Welcome to The Jungle" ale i Gunsi zaliczyli swój cameo (na pogrzebie Jima Carreya który grał w tym filmie takiego Nibyaxla). Ale jak pierwszy raz oglądałem ten film to nawet nie znałem jeszcze gunsów, parę lat później przeczytałem o tym w internecie i dopiero wtedy jak obejrzałem to wyłapałem że w scenie pogrzebu w tle siedzi kilku wymalowanych clownów ;)

      Chyba późniejsze albumy Gunsów są jeszcze gorsze (tj. pozbawione przynajmniej tych radio-hitów, a wypełnione bezpłciową rąbanką) więc nie wiem czy starczy Ci skali ocen.

      Olać Gunsów, napaliłeś mnie na Magmę. Ale to nie jest coś z gatunku płyt które moge sobie puścić pisząc kolejne komentarze u Ciebie tudzież ucząc się do egzaminów.

      Usuń
    6. Od początku było 7, ja tak to pamiętam. Za to kojarzę, że 8-ka była dla debiutu Velvet Revolver (bo śpiewał tam Scott, a nie Axl).

      Usuń
    7. No nie wiem, nie wydaje mi się, żeby były tak wysokie oceny. VR bardziej mi odpowiadał, bo był tam lepszy wokalista. Ale teraz już wiem, że muzycznie jest to strasznie miałkie.

      Faktycznie, Gunsi pojawiają się w filmie, choć za pierwszym razem tego nie wyłapałem. Może nawet nie wiedziałem wtedy, jak wyglądają. Ale utwór znałem i parę innych też, bo jak pisałem w recenzji - jest to jeden z najbardziej nachalnie promowanych zespołów.

      Myślę jeszcze o zjechaniu "Use Your Illusion". Tam problemem wcale nie jest to, że to prosta, bezpłciowa rąbanka, tylko że często zaaranżowana jest z patosem porównywalnym do neo-proga, a może nawet włoskiego rocka symfonicznego.

      Magma to zupełne przeciwieństwo GN'R - trudno o lepszą rekomendację.

      Usuń
    8. Tam jest po prostu jeden wielki burdel. Nawet eksperymenty z techno czy nudne przerosty formy nad treścią (Coma, Estranged). Nawet w czasach najarki na tego typu muzykę (tak, lubiłem kiedyś AfD, ale przeszło mi tak samo) nie dawałem rady tego słuchać. Wybrałem kilka kawałków do składanki mp3, ale ani UYI I ani UYI II nie zdzierżyłem.

      Co ciekawe, kasetę z AfD (chałupniczo nagraną) miał też mój Tatulo, jeszcze kilka lat temu gdzieś się walała w domu. Ale jak przy nim puściłem Gunsów jak miałem z jakieś 16 lat to już go to męczyło. Pamiętam też, jak kiedyś szukał na wrzucie ich kawałków ale to było w czasach kiedy dopiero co wyszedł "Chinese Democracy", więc podsuwało mu przede wszystkim kawałki z tamtej płyty :D

      Usuń
  2. Dwa najbardziej przereklamowane zespoły w historii to Guns i Nirvana. Zupełnie bezwartościowe. I cieszę się, że ktoś chce o tym publicznie powiedzieć. Dzięki za tę recenzję!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i tak, ale ja bym jednak wydłużył tę listę. W sumie każdy znany wykonawca jest mniej lub bardziej przeceniany.

      Usuń
    2. Trochę też, jak np. ktoś się zachwyca jego albumami z lat 80., bo to przecież wielki Davis nagrał, a tak naprawdę jakby zamienić tam trąbkę na wokal, to byłby to niskich lotów pop w typowym dla ówczesnego mainstreamu stylu. Swoją drogą, pewien internetowy serwis zajmujący się raczej polityką, zrobił parę lat temu ranking najlepszych albumów Milesa i uwzględniono tam wyłącznie wydawnictwa z lat 80., co jest jednym z największych przykładów ignorancji, niekompetencji i właśnie przeceniania, z jakim się spotkałem.

      Natomiast jego twórczości z lat 1957-75 przecenić się nie da.

      Usuń
    3. Trzeba mieć masę złej woli by spośród jego ogromnej ilości wydawnictw wydłubać akurat tę dekadę i to po niej sądzić twórczość Davisa

      Usuń
    4. Ale tam właśnie pozytywnie opisują ten okres (choć bez żadnych konkretów, po prostu rzucając określeniami typu "fenomenalny", "genialny"). A całość zatytułowali Miles Davis największy nowator w historii muzyki, co jest naprawdę kuriozalne w połączeniu z wyborem płyt z najmniej kreatywnego i nowatorskiego okresu. A potem ktoś sięgnie po "Tutu" i stwierdzi, że jak to jest "fenomenalny" album, to tym bardziej nie warto słuchać tych nieuwzględnionych w rankingu. I ominą go te wspaniałe dzieła w rodzaju "Kind of Blue", "Miles Smiles", "In a Silent Way", "Bitches Brew", "Jack Johnson" czy "On the Corner".

      Usuń
    5. Mi o to chodziło że ta dekada jest niemiarodajna, to że są ignorantami i ją wychwalali to inna sprawa ;)

      Usuń
    6. @tom Pięć lat temu to bym cię własnymi rękoma udusił za te stwierdzenie. Pluć na moją Nirvane! toż to ignorancja najwyższej próby. Do Nirvany chociaż mam sentyment a do GNR to nic bo nigdy nie słuchałem ale raczej zażenowanie.

      Usuń
    7. @Filip - tak, ale nie sądzę, żeby to była kwestia złej woli, tylko wynika to albo z kompletnego braku muzycznego smaku i podstawowej wiedzy, albo z przyczyn merkantylnych (bo wybrano albumy z czasów współpracy z Warnerem, ignorując wydawnictwa wydane wcześniej przez Columbię i Prestige).

      Usuń
    8. przemek9810 No cóż. Wiadomo, gusta zmieniają się z biegiem lat i dojrzewaniem danej osoby. Ja jakoś od początku "nie załapałem się" na te kapele. Po prostu denerwowały mnie, może dlatego, że już wtedy byłem mocno osłuchany w muzyce z przełomu lat 60. i 70. Ale gdy zobaczyłem, jakim bałwochwalczym uwielbieniem się one cieszą, to po prostu przecierałem oczy ze zdumienia. Oczywiście niech kazdy słucha czego chce, niech uwielbia, kogo chce i nic mi do tego. Ale już wciskanie "kitu", że to jakieś niezwykłe nowatorstwo i rewolucja w muzyce? To już jest denerwujące. Pozdrawiam!

      Usuń
    9. Tak samo jest dzisiaj - rockowe media rozwodzą się nad świeżością Grety Van Fleet, a to tylko nędzna imitacja Led Zeppelin. Po prostu ci wszyscy dziennikarze muzyczni zatrzymali się w rozwoju i boją sięgnąć po coś innego, tracąc kontakt z rzeczywistością. A potem wypisują takie bzdury.

      Usuń
    10. @Filip
      Dla mnie AFD nie jest męczące. Po jednym przesłuchaniu to ja jestem raczej nienasycony i chętnie odpalam jeszcze raz. :D

      @Przemek:
      Nie wiem czy to było na serio, ale nie wiem czemu miałbym się bać napisać o tym że mi się ten album podoba. Mi się podoba, komuś innemu nie musi. :)
      Co do dalszego mojego kierunku to chciałbym nadrobić zaległości z rocka progresywnego i blues rocka. Ponadto dobrze by było wziąć się za rocka psychodelicznego i jazz rocka bo to u mnie leży i kwiczy. Jest jeszcze trochę zespołów metalowych które chciałbym przerobić.

      Usuń
    11. Problem z takimi albumami polega na tym, że one subiektywnie mogą się podobać, ale gdy przychodzi do podania jakiś obiektywnych argumentów za nimi przemawiających, to nie sposób żadnych znaleźć.

      Usuń
    12. Nie tyle co się zatrzymali ale pewnie też chodzi o hajs.

      Usuń
  3. Miałem się nawet pytać czy powrócą recenzje GNR, a tu taka niespodzianka i jeszcze będzie kontynuacja. :D
    U mnie ten album ma 10/10. Ja tu nie słyszę żadnej nudy. Co utwór to petarda, czy to "Welcome To The Jungle", "Sweet Child O' Mine" czy mniej przebojowe "Nightrain" czy "My Michelle". Rewelacyjnie mi się tego słucha. Jest to subiektywna sprawa, znam się z nimi już dość długo, osłuchałem się itd. Jednak tylko o tym albumie mam takie zdanie, UYI już się nie zachwycam, ale to może szerzej innym razem. ;)
    Obiektywnie muszę jednak się zgodzić że GNR jest wtórne i przeceniane. Pamiętam jak poznałem Aerosmith to aż byłem zaskoczony podobieństwem do GNR i zespół trochę stracił, ale też nie jest to żadna moja czołówka. Pewnie gdybym lepiej poznał zespoły takie jak Kiss, Van Halen, Def Leppard, Scorpions itp. to wartość Gunsów mogła by jeszcze spaść. Nie wiem tylko czy mam na to chęci. ;) Chcę się jednak rozwijać w innym kierunku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda - co utwór to petarda, mocny riff, skrzek, dość sprawne solowanie. Tylko pytanie czy właśnie o to chodzi w muzyce. Zresztą każda z tych petard jest zrobiona wg. podobnego - niezbyt wyszukanego - przepisu, a przyjęcie dwunastu jednym ciągiem jest męczące.

      Kiss, Van Halen, Def Leppard, Scorpions (od "Blackout" w górę) - to ta sama liga co GNR, więc słuchanie tego wszystkiego będzie równie dużą stratą czasu, co GNR. Różnice są kosmetyczne - Kiss lubił mocny makijaż, gitarzysta Van Halen cierpi na kompulsywny odruch onanistyczny, a Def Leppard ma jednorękiego (na późniejszych albumach) perkusistę

      Swoją drogą @Pawle - debiut VH też uważasz za coś do poprawki?

      Usuń
    2. @Piotr to powiem ci że niezłe musisz mieć jaja że wyrażasz się tutaj tak pozytywnie o tej płycie, a w jakim kierunku chcesz iść?

      Usuń
    3. @Przemek - zapewne jedynym słusznym, czyli Magma i Davis ;)

      @Filip - trudno powiedzieć, bo słuchałem tego albumu tylko w celu napisania recenzji i już nie bardzo pamiętam. Raczej wspomniałem tam o wszystkich wadach, choć pewnie powinienem obniżyć ocenę.

      Usuń
    4. Dobra, przeczytałem tamtą recenzję i nie muszę pamiętać albumu, żeby wiedzieć, że jest ona do poprawki.

      Usuń
    5. Czyli będzie poprawka, pamiętam jak katowałem całe Van Halen to jedno z gorszych wspomnień jeśli chodzi o słuchanie muzyki.

      Usuń
    6. Czyli Aerosmith też byłby do poprawki?

      Usuń
  4. Apetyt na zniszczenie - często się albo kocha albo nienawidzi (olewa). Ja kocham, są ludzie i ludzie - dla wielu słabe i nudne - „but i like it”. Niemnie uwielbiam czytać twoje recenzje od 4 w dół bo prawie jestem pewien że tam jest mój ulubiony target - i wcale się nie wstydzę. Ciekawym ile byś przyznał pablovych gwiazdek płycie Lydia Lunch 13.13 (1982) jedynej pozycji (ostatnio) jakiej nie byłem w stanie wysłuchać do końca. Znając mój gust pewnie z 9

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "13.13" to takie 7/10. Niedawno słuchałem i było to znacznie ciekawsze od GN'R, ale trochę zachowawcze, jak na post-punk.

      Usuń
  5. Sweet Child o’Mine dzięki temu wypłynęli - ewidentny plagiat

    OdpowiedzUsuń
  6. Skoro wziąłeś się za G'N'R, to mógłbyś też przy okazji machnąć Kiss (te najpopularniejsze albumy) czy Deff Leppard - nie, nie liczę na wysokie oceny (chociaż jeśli chodzi o ten pierwszy zespół, to według mnie "Destroyer", czyli mój ulubiony ich album, może uchodzić za przykład dobrej, radiowej muzyki rozrywkowej)- chciałbym sobie poczytać o wadach tych albumów według ciebie (nie, żebym lubiał te zespóły, DL nie słucham w ogóle, a Kiss sporadycznie, lubię wyżej wspomniany "Destroyer", "Hotter Than Hell" i debiut). Co do DL, jednym z pierwszych albumów rockowych, jaki poznałem w całości w liceum, była "Hysteria"- wtedy był to według mnie rock najwyższej ligi, dzisiaj nawet nie chce mi się do niego wracać, taki radiowy pop-rock 80's, no może prócz "Gods of War", który jest w sumie marną próbą stworzenia czegoś ambitniejszego

    OdpowiedzUsuń
  7. A tak w ogóle słucham sobie teraz "Use Your Illusion 1" - jak na razie (jestem przy "Double Talkin Jive") takie 2/10- sztampa, maksymalne uproszczenie kompozycji, a do tego czasami fatalne wokalizy (np. "końcówka Don't Cry- żałosne zawodzenie nie wiadomo po co), kompozycji w maksymalnym stopniu nieciekawe- większość kawałków zlewa się w jedno- nie wiedziałem, że to taki syf.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dotarłem do końca albumu- nic się nie zmieniło. Najlepszymi elementami albumu są- końcówka "November Rain", który na początku brzmi, napisałbym, Grażynowo-balladowo (nie da się tego inaczej określić, Grażynowo stąd że na FB można spotkać czasem takie grafiki z Jezusem czy Maryją naokoło których jest brokat itp. takie badziewia, ogólnie kiczowato to wygląda- skojarzyło mi się to z kiczem z tego kawałka), natomiast w drugiej jego części pojawia się trochę ambitniejszy motyw wyróżniający się na tle albumu (dalej to nic interesującego). Drugim "wzlotem" jest motyw początkowy w kawałku "Coma", który przewija się jeszcze później przez ten utwór- cały kawałek jest jednak chaotycznym zlepkiem kilku motywów z jakimś bezsensownymi dialogami czy odgłosami (również są wklejone tam, gdzie nie trzeba)

    OdpowiedzUsuń
  9. @Jakub "(np. "końcówka Don't Cry- żałosne zawodzenie nie wiadomo po co)" o kurde posłuchałem tego, to jest żałosne.

    OdpowiedzUsuń
  10. Mnie akurat Guns jak i też Nirvana ominęły. Zacząłem słuchać muzyki w latach 80 ych i w czasie Gunsów byłem jeszcze w klimatach Slayera więc GnR to była dla mnie komercja. A jak potem wszedłem w hard rock z lat 70 ych to jakoś nie miałem ochoty na plastikowe plagiaty.

    OdpowiedzUsuń
  11. Słucham teraz UYI II- szczerze mówiąc jak na razie jestem pozytywnie zaskoczony- jak na razie (przy: "Get In The Ring") 5/10- nauczyli się co nieco komponować, wszystko brzmi tak jakoś bardziej mocniej, nawet słuchalne melodie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotrwałem do końca albumu. Nie utrzymali poziomu z początku, według mnie takie 3/10 za całość. Są pewne "smaczki", jak np. zmiana motywu na końcu "Locomotive" czy zakończenie ("My World") w stylu electro, orientalizująca wstawka na początku "Pretty Tied Up", jednak to za mało, żeby cokolwiek zmienić na tym albumie, reszta to tak jak w przypadku "UYI I" słaby/przeciętny hard rock (jeśli chodzi o kawałki po "Yesterdays"), tylko mniej podmetalizowany.

      Usuń
    2. Dlaczego nie napiszesz zwartej wypowiedzi tylko ciągle zdajesz relacje na bieżąco.

      Usuń
  12. po prostu wtedy gdy tak piszę jestem na bieżąco z tym, co w ogóle pamiętam z tego albumu-jeśli wyłapałem jakieś rzeczy, to o nich piszę.

    OdpowiedzUsuń
  13. Odpowiedzi
    1. Nie wiem, objętość "UYI" i powyższe komentarze raczej zniechęcają mnie, żeby się za to zabrać. Więc na razie skupiam się na tworzeniu zupełnie nowych recenzji (czerwiec już zamknąłem - pojawią się jeszcze dwie recenzje - i zacząłem pisać na lipiec).

      Usuń
    2. A co w tych komentarzach jest zniechęcającego? Opisy utworów?

      Usuń
    3. Rozumiem że za duże zainteresowanie? Bo raczej oprócz mnie nikt tu nie pisał pozytywnie o albumie.

      Liczyłem że pojawią wszystkie albumy GNR, jest ich tylko sześć, jeśli liczyć UYI jako dwa.

      Usuń
    4. Komentarze Jakuba przypominały mi, jaki to jest straszny syf.

      Usuń
    5. Ja pier..ole, co ja zrobiłem, też chciałem poznać twoje zdanie o tym.. no cóż, liczę chociaż na G'N'R Lies i resztę prócz tych UYI XDD, to popraw Deff Leppard, w sumie to by jeszcze lepsze było, czy dokończ Van Halen - tak poglądowo, jak to miało być z GNR, też są to bardzo sławne zespoły, które należałoby "obnażyć".

      Sory, za dużo pisałem XDD

      Usuń
    6. Szkoda mi mojego czasu, żeby pisać o tak nieistotnych rzeczach, jak Def Leppard, Van Halen po debiucie i "GN'R Lies" (to samo zresztą dotyczy albumu z przeróbkami i tego gniota, którego nie mogli skończyć przez dekadę).

      Usuń
    7. UYI w sumie by się przydało, ale wiem, że jesteś tylko człowiekiem, a nie maszyną która pisze kolejne recenzje, i to jeszcze takie, które sobie ktoś zażyczy.

      Usuń
    8. UYI na pewno się kiedyś pojawi. Paweł nie odpuści dowalenia takiemu cenionemu ""klasykowi"" (celowo w podwójnym cudzosłowiu) :P

      Usuń
    9. Jakaś telepatia, czy co? Właśnie zacząłem recenzować, gdy napisałeś ten komentarz ;)

      Usuń
  14. GN'R było w sumie pierwszym zespołem rockowym, jakiego świadomie słuchałem - trudno było mi przestać go cenić przez sentyment i być może subiektywne wartości. Sam widzę, że mój komentarz na temat tego zespołu był fatalny - przyjąłem wielkość niektórych utworów jako aksjomat i za bardzo chciałem cię przekonać.
    Wyszedłem na jakiegoś trójko-/terazrockowca. Mógłbym się jeszcze sprzeczać o drobnostki (dziś oceniłbym Gunsów mniej więcej tak, jak ty na początku), ale nie widzę już w tym sensu. A recenzja jest bardzo dobra - wytyka obiektywne wady albumu i fajnie kontrastuje z entuzjazmem tej Fana Filmów oraz innych peanów.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.