6 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "British Steel" (1980)



O tym albumie napisano już wiele. Wiele dobrego. Pora na nieco równowagi. "British Steel" to najsłynniejszy i przez wielu najbardziej ceniony album Judas Priest. Muzycy trafili z tym materiałem w odpowiedni moment, gdy prasa muzyczna, zwłaszcza brytyjska, zachwycała się dokonaniami młodych grup zaliczanych do tak zwanej nowej fali brytyjskiego heavy metalu. Judasi byli jedną z głównych inspiracji tego nurtu, w którym z grubsza chodziło o łączenie elementów klasycznego hard rocka z iście punkowym podejściem - a więc grać szybciej, agresywniej, prościej. W dokładnie tym samym kierunku od pewnego czasu zmierzała muzyka Judas Priest, nic więc dziwnego, że "British Steel" osiągnął tak wielki sukces, a z czasem stał się klasykiem takiego grania.

Te wszystkie zachwyty są, oczywiście, mocno na wyrost. To album, na którym wszystkie typowe dla heavy metalu elementy są tak przerysowane, że całość sprawia wrażenie parodii. W prawdziwe politowanie wprawiają mnie te wszystkie w zamyśle drapieżne, a w rzeczywistości infantylne i tandetne zaśpiewy Roba Halforda, toporne, do bólu sztampowe riffy i solówki Glenna Tiptona i K.K. Downinga, basowe galopady Iana Hilla oraz wyjątkowo siermiężna gra nowego perkusisty, Dave'a Hollanda (nie mylić z wybitnym jazzowym basistą o tym samym imieniu i nazwisku!). Utwory są maksymalnie uproszczone, oparte na tym samym zwrotkowo-refrenowym schemacie. Pierwsze cztery kawałki są tak do siebie podobne, że trudne do rozróżnienia. Wszystkie zbudowano na tym samym pomyśle: jeden riff powtarzany przez większość nagrania, wysilony śpiew Halforda w zwrotkach, popowy refren do śpiewania z publicznością na festynie koncercie (szczególnie w "Metal Gods" i "Breaking the Law"), plus efekciarskie, ale wcale nie skomplikowane solo. W wolniejszym "United", próbie stworzenia kolejnego koncertowego hymnu, zespół bije rekord muzycznej żenady. Tak tandetna melodia w infantylno-patetycznej oprawie nawet na tle reszty albumu wypada komicznie. I pomyśleć, że oni tak na serio... Dwa kolejne nagrania, "You Don't Have to Be Old to Be Wise" i przebój "Living After Midnight", to po prostu podmetalizowany i wzbogacony sporą dawką kiczu rock and roll. "The Rage" zaskakuje wstawkami w rytmie reggae, co stanowi jedyne urozmaicenie tego albumu, nawet fajne, jednak sam kawałek jest kompletnie bezbarwny. A finałowy "Steeler" to jeszcze jeden kawałek w stylu pierwszych czterech (a przy okazji brzmiący jak uproszczona wersja "Sinner" z "Sin After Sin"). Na koniec jeszcze uwaga na temat brzmienia, które niby jest ostre, ale jakieś takie sterylne i płaskie.

Gdyby ktoś poprosił mnie o zdefiniowanie słowa "kicz", włączyłbym mu ten album. "British Steel" niesamowicie przejaskrawia wszystkie charakterystyczne (i najbardziej tandetne) cechy heavy metalu, będąc jednocześnie granym z tak wielkim zaangażowaniem, że prawie współczuję muzykom, że nieświadomie wystawili się na takie pośmiewisko. Choć sądząc po recenzjach, większość słuchaczy również nie jest świadoma komizmu i kiczu tej muzyki.

Ocena: 2/10



Judas Priest - "British Steel" (1980)

1. Rapid Fire; 2. Metal Gods; 3. Breaking the Law; 4. Grinder; 5. United; 6. You Don't Have to Be Old to Be Wise; 7. Living After Midnight; 8. The Rage; 9. Steeler

Skład: Rob Halford - wokal; Glenn Tipton - gitara; K.K. Downing - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


19 komentarzy:

  1. Nie kończyłbym opisywania dyskografii JP na tym albumie. Moim zdaniem całkowite "dno" (jestem w stanie słuchać takiej muzyki, i mnie nawet rusza) osiągnęli na następnym albumie "Point of Entry", ale w latach 80-tych i następych mieli zwyżki - na pewno mieli lepsze albumy, niż ten - do tego wcale dużo nie trzeba.

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie byłbym ciekawy twojej recenzji Point of Entry - lubię czytać, jak jeździsz po słabych albumach - po tym to by kurz został chyba :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Pierwsze cztery kawałki są tak do siebie podobne, że trudne do rozróżnienia. - no nie wiem kto nie rozróżniłby "Breaking the Law" (z najbardziej charakterystycznym riffem JP) z takim "Metal Gods".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakby któregoś z nich tu nie było, to całość nic by nie straciła.

      Usuń
    2. Ten album cierpi pod tym względem na to samo co "Appetitte For Destruction" - tam też pierwsze cztery (a szczególnie 2,3,4) kawałki brzmią jak ta sama kompozycja tylko z różnymi riffami.

      Usuń
    3. Szczerze mówiąc rozbawiła mnie ta wypowiedź o tym, że te same utwory tylko z innymi riffami. Jak inny riff to inny utwór. To nie jest rock progresywny czy ogólnie muzyka złożona tylko proste granie. Utwory nie mają nie wiadomo ile motywów, wątków, solówek itd, tylko przeważnie jeden utwór to jakiś motyw i granie wokół niego.

      Usuń
    4. Ale jak się słucha np. takiego "Vol. 4" Black Sabbath, to tam jednak każdy utwór ma własny charakter, nie różnią się tylko riffami. W dodatku w takich "Snowblind" , "Wheels of Confusion" czy "Under the Sun" oddzielnie jest więcej pomysłów, niż tutaj przez cały album. A "Czwórka" to przecież też nie żaden rock progresywny, jazz czy awangarda, tylko oparty na prostych riffach hard rock. Więc jednak można w takiej muzyce zaproponować coś ciekawszego.

      Usuń
    5. Mi chodziło tylko o kwestię rozróżniania utworów na "British Steel". Nie słuchałem dawno tego albumu, ale nie miałbym problemu z rozpoznaniem takich utworów jak "Breaking The Law", "Living After Midnight" czy "Rapid Fire".
      Nie uważam też tego albumu za jakieś wielkie dzieło, choć jak zobaczyłem jak oceniłem ten album kilka lat temu to się zdziwiłem (8/10), ale ja wtedy pozawyżałem dużo ocen. Jak wtedy przerabiałem dyskografię JP po kolejnych iluś tam latach to z jednej strony mnie rozczarowywała bo właśnie dużo utworów wydawało mi się jakiś takich nazwijmy to sztampowych, ale z drugiej strony też nie chciałem tego przyjąć do wiadomości.
      Natomiast co do porównania do "czwórki" BS to nie mogę się nie zgodzić z tym że jest o wiele lepsza. :)

      Usuń
    6. A ja przy powtarzaniu sobie tego albumu przed poprawką, przy pierwszych trzech utworach zerkałem na tracklistę, żeby sprawdzić czy to już ten słynny "Breaking the Law". Przy czwartym już nie musiałem sprawdzać, ale gdyby był wcześniej to pewnie bym sprawdzał ;)

      "Czwórka" jest nieporównywalnie lepsza od "British Steel" pod względem urozmaicania utworów w różnych sposób, by nie były do siebie zbyt podobne i żeby działo się w nich jak najwięcej (ale z zachowaniem umiaru, żeby wszystko tam pasowało). Temu chyba się nie sprzeciwisz, bez względu na swoją subiektywną ocenę tych albumów?

      Usuń
    7. Nie mam zamiaru się sprzeciwiać. :)
      Z "Vol. 4" kojarzę lepiej lub słabiej każdy utwór, z "British Steel" pamiętam 5 z 9.

      Usuń
    8. Wiem, że istnieje wiele lepszej muzyki itp, ale żeby nie zapamiętać riffu "Breaking the Law", to naprawdę trzeba się starać :)

      Usuń
    9. Albo żeby zapamiętać ;) Ja już zapomniałem, a riffy takiego Black Sabbath pamiętam wszystkie, w każdym razie wszystkie z czasów Ozzy'ego.

      Usuń
    10. Każdy zapamiętuje co innego. Nie powiedziałbym, że każdy riff Black Sabbath z czasów Ozzy'ego jest równie chwytliwy i zapamiętywalny co ten (choć wiele na pewno). Inna sprawa, że słuchałeś płyt BS częściej niż "British Steel".

      Usuń
    11. Tak, nieporównywalnie częściej, a niektóre nawet grałem na gitarze. Ale jednak "Breaking the Law" słuchałem ledwie wczoraj, więcej niż raz, a jedyne co pamiętam, to ten irytująco powtarzany tytuł.

      Usuń
  4. Parafrazując : Ja wiem, że to tylko "British Steel" ale ja to lubię

    OdpowiedzUsuń
  5. 2/10 to bym nie dał (raczej 4-5), ale fakt faktem, że do tego albumu nigdy nie czułem mięty. I mówi to amator heavy metalu i twórczości Judas Priest. Czytam wiele zachwytów nad tym albumem, ale po prostu brak mu pazura. Większość utworów zlewa się ze sobą, w ogóle nie zapadły mi w pamięć. Największy "hit", czyli "Breaking the Law" też nie porywa. Judasze po prostu idealnie wstrzelili się w modę na heavy metal, stąd pewnie sukces "British Steel". Potem powstało jednak wiele lepszych rzeczy, bo złota dekada dla tego typu muzyki dopiero się zaczynała. Trzeba też pamiętać, że heavy metal to generalnie nie jest skomplikowana muzyka. Po prostu ma być ogień :) Tylko tego ognia tu brak... Na "Screaming for Vengeance" i "Defenders of the Faith" jest już lepiej pod tym względem (tam mogę wybrać po kilka naprawdę niezłych utworów, przynajmniej dla mnie ;)), nie mówiąc już o "Painkillerze".
    Za to okładka jest naprawdę świetna :) Nie trzeba żadnych diabłów, upiorów i toporów, żeby ciary przeszły po plecach. Wystarczy zwykła żyletka w palcach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A warto dodać, że autorem okładki znów jest Rosław Szaybo.

      Usuń
    2. "Screaming For Venegace" i "Defenders of The Faith" różni od "Birtish Steel" przede wszystkim "masa" dźwięku (ja to tak nazywam) - utwory mają w sobie ciężar, wyeksponowane są ciężkie uderzenia perkusji i bas.

      Usuń
  6. Być może kiedyś również zdegraduje ten album tak samo, do podobnej oceny. A może i nie, bo cytując Halforda z jednego kawałków na tej płycie: You don't have to be old, to be wise ;). Ale na dzień dzisiejszy daje mu 5. Ot komercyjny skok Judasów na kasę. Najlepiej chyba określi tą muzykę nazwa: heavy rocko-pop. Spokojnie można puścić i w radio i przy obiedzie do kotleta, a takie Living After Midnight to i na jakiejś imprezce tanecznej zapuścić ;)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.