5 czerwca 2013

[Recenzja] Judas Priest - "Killing Machine" (1978)



"Killing Machine" (w Stanach wydany pod tytułem "Hell Bent for Leather") to zwieńczenie ewolucji, jaką zespół przechodził w latach 70., grając coraz prościej, szybciej i bardziej melodyjnie, wygładzając brzmienie oraz rezygnując ze stylistycznej różnorodności. To już właściwie prawie takie samo granie, jak na wydanym kilka miesięcy później "British Steel". "Killing Machine" nie odniósł jednak takiego sukcesu komercyjnego, jak jego następca, choć przyniósł grupie pierwszy przebój, "Take on the World" - z późniejszych singli wyżej notowane w Wielkiej Brytanii były tylko te z "British Steel". Wraz z ukształtowaniem stylu, muzycy stworzyli także rozpoznawalny image, przywdziewając skóry, ćwieki i łańcuchy, podpatrzone przez Roba Halforda w gejowskim środowisku.

Album wypełniają zupełnie nijakie, heavymetalowe kawałki (np. "Delivering the Goods", oba tytułowe), przeplatane kilkoma jeszcze bardziej żenującymi momentami, ewidentnie stworzonymi pod szerszą publiczność. Do tych ostatnich należą: pełen banału i patosu "Take on the World"; naiwny, nieznośnie przesłodzony "Evening Star"; a także akustyczna ballada "Before the Dawn" - trochę zbyt prosta i niczym szczególnym się nie wyróżniająca, ale na tle całości znośna. Najlepsza kompozycja trafiła wyłącznie na amerykańskie wydanie (i kompaktowe wznowienia). Jednak od razu trzeba zaznaczyć, że autorem "The Green Manalishi (with the Two-Pronged Crown)" nie są muzycy zespołu, a bluesowy gitarzysta Peter Green, który nagrał ten utwór w 1970 roku z grupą Fleetwood Mac. W wersji Judas Priest całkowicie, niestety, przepadł intrygujący klimat oryginału, zastąpiony większym ciężarem i zupełnie pozbawionym finezji, topornym wykonaniem. Tym, którzy nie znają, polecam sięgnąć po pierwowzór i w ogóle po twórczość Fleetwood Mac z Peterem Greenem - zespół grał wówczas bardzo fajny blues rock, czasem nawet ocierając się o hard rock.

"Killing Machine" / "Hell Bent for Leather" rozpoczyna najbardziej komercyjny etap działalności Judas Priest, uwielbiany przez większość fanów zespołu (choć nie za ten akurat album), ale mogący zainteresować wyłącznie miłośników heavy metalu, gdyż nie ma tu niczego wykraczającego poza ciasne ramy tej stylistyki. W porównaniu z wcześniejszą twórczością - nawet z już wyraźnie zapowiadającym takie oblicze grupy "Stained Class" - słychać wyraźny spadek jakości. Kompozycje stały się przesadnie proste, banalne, a wykonanie zbyt sztampowe.

Ocena: 3/10




Judas Priest - "Killing Machine" (1978)  / "Hell Bent for Leather" (1979)

1. Delivering the Goods; 2. Rock Forever; 3. Evening Star; 4. Hell Bent for Leather; 5. Take on the World; 6. Burnin' Up; 7. The Green Manalishi (with the Two-Pronged Crown)*; 8. Killing Machine; 9. Running Wild; 10. Before the Dawn; 11. Evil Fantasies

* tylko na wydaniu US / kompaktowych reedycjach

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara, instr. klawiszowe; Ian Hill - bass; Les Binks - perkusja
Producent: Judas Priest i James Guthrie


8 komentarzy:

  1. Czyja solowa twórczość jest wg ciebie lepsza, którą więcej cenisz? Ozzy Osbourne czy Dio?
    PS. nie będę komentował tej płyty bo tak na prawdę nie ma tu czego komentować. 2,5/10

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Ozzy'ego znalazłoby się więcej kawałków, których mógłbym ewentualnie posłuchać.

      Usuń
  2. "Evening Star" to nawet nie jest metal, tylko młodzieżowy, cięższy pop rock - Rob Halford chyba w klubach gejowskich musiał też podsłuchać "Stayin Alive" Bee Gees. Dla mnie to jest aż dziwne, że w ciągu kilku lat zdążyli zejść do takiego poziomu. Chociaż tyle dobrze, że takie pioseneczki im później przeszły. Byłby to drugi Wishbone Ash. Ale jednak jest faktem, że do Halforda pasowało po prostu wszystko - miał kiczowaty wokal, który równie dobrze pasował właśnie do takich g..ien

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie miałbym nic przeciwko stylowi, który zaprezentowali na tym albumie - te "potężne" rejestry (wokal, gitara), gdyby umieli to ubrać w inną formę - mniej komercji i jednostajności, więcej mieszaniny stylów: zamiast popowych "Evening Star" mogli np. zaczerpnąć coś z Garage rocka czy punk'u - chodzi oczywiście o instrumenty dente + szybki rytm. Tak na prawdę to większość kawałków na tym albumie ma potencjał do rozwinięcia - są po prostu ucięte i maksymalnie uproszczone, skrojone pod szeroką publikę i radio.

    Tak w ogóle to zrecenzowałbym na twoim miejscu "Defenders Of the Faith" zamiast "British Steel" - według mnie kończąc na tym ostatnim trochę poniża się sam zespół, który mimo uproszczenia muzyki zdołał jeszcze coś z siebie wycisnąć w latach 80-tych.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety nie zgodzę się z przedmówcami. Bardzo dobry album ! Dużo luzu, dużo zabawy, dużo rock'n'rolla ! Zdecydowanie uproszczenie stylu, pierwsze tak wyraźne oznaki komercyjnego podejścia, co wcale jednak wcale nie razi jakoś szczególnie jeśli wejdzie się w tą konwencję. Ten album to taki pomost pomiędzy mrocznymi, intrygującymi i trudnymi w odbiorze płytami z lat 70, a prostszym w swej strukturze, mocnym i krzykliwym heavy metalem z lat 80. A zarazem też mrugnięcie okiem do słuchacza. Halford śpiewa tu na bardzo różne sposoby, w przeciwieństwie do jego wysokiego i jednostajnego wokalu na Stained Class wydanej parę miesięcy wcześniej. Tu, wręcz bawi się interpretacjami wokalnymi, śpiewa nisko, zadziornie, chropowato i na dużym luzie, co cechuje największych. Nie ma tu patosu, powagi z poprzednich płyt.Jest dużo dystansu do siebie. Nie twierdzę, że to lepiej lub gorzej. Po prostu inaczej. Te zmiany są widoczne nawet w samym image zespołu. Po raz pierwszy mamy skóry, ćwieki i pejcze. Chyba po raz pierwszy w heavy metalu. Muzycznie jest całkiem dobrze. Nie mamy tu podniosłych dzieł w postaci "Victim of Changes" czy "Beyond the Realms.." bo chyba inne były założenia tego krążka. Miało być prościej i bardziej zabawowo. Jest zróżnicowanie bo mamy heavy metalowo - rockandrollowe, szybkie, bujające kawałki w postaci "Hell Bent for Leather" czy znakomitego "Delivering the Gods", są ballady, jest świetny cover Fleetwood Mac, jest trochę komercji w postaci "Take on the World" czy "Evening Star". Jest dużo zabawy głosem. Halford jest świetny na tym albumie. Pokazuje jak wszechstronnym i utalentowanym wokalistą jest. Album nie ma zbyt wielu wybitnych utworów ale świetnie słucha mi się go jako całość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm.. słowo "pomost" zakłada trochę elementów z lat wcześniejszych, trochę nowych, tych "heavy metalowych". Jako "pomost" pomiędzy starym a nowym bardziej wskazałbym "Sin After Sin" albo "Stained Class". Na "Killing Machine" nie ma już tych "mrocznych, trudnych" fragmentów - muzyka przez cały czas jest prosta, nawet banalna. Co do tego, że inne były założenia krążka - no byłby to wyjątek i założenia, jeśli zdarzyło by im się to raz- tylko że oni w ogóle uprościli swoją muzykę. Po prostu poczuli, że na prostszym i banalnym graniu można więcej ugrać.

      Usuń
    2. W muzyce Judas Priest nigdy nie było niczego trudnego, to nie Henry Cow czy Ornette Coleman :D

      Usuń
    3. Ogólnie co do Judas Priest - jestem w trakcie przesłuchiwania "Angel of Retribution" i o dziwo........jestem mile zaskoczony :O. Myślałem, że to będzie jakaś straszna klapa, a tutaj album co najmniej średni/dobry.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.