[Recenzja] Judas Priest - "Ram It Down" (1988)



Album "Turbo" spotkał się bardzo negatywnym przyjęciem wśród fanów i krytyków (co za niespodzianka), więc zespół postanowił, że kolejny album będzie utrzymany we wcześniejszym stylu. Po ukazaniu się "Ram It Down" fani byli zachwyceni, w przeciwieństwie do krytyków, tym razem zarzucających brak nowych pomysłów i słabsze kompozycje. Są to zarzuty jak najbardziej słuszne. Nie mam pojęcia, po co zespół nagrał kolejny taki sam album, różniący się od "Screaming for Vengeance" czy "Defenders of the Faith" praktycznie tylko mniej wyrazistymi kompozycjami i jeszcze bardziej uproszczonym brzmieniem. To ostatnie wynikało z niedyspozycji Dave'a Hollanda, którego w co najmniej kilku nagraniach zastąpił automat perkusyjny. Prawdę mówiąc, nie robi to większej różnicy - Holland i tak zawsze grał w wyjątkowo leniwy i pozbawiony jakiejkolwiek finezji sposób.

Kompozycje brzmią natomiast jakby zostały stworzone przez jakiś program do pisania heavymetalowych kawałków. Tak bardzo są schematyczne, przewidywalne i sztampowe. Wystarczy zresztą spojrzeć na same tytuły, by nie mieć do tego żadnych wątpliwości: "Heavy Metal", "Hard as Iron", "I'm a Rocker", "Monsters of Rock". No kto by się spodziewał takiej tematyki? W dodatku pierwszy i ostatni są stylizowane na tak bardzo uwielbiane przez zespół koncertowe hymny, co w praktyce oznacza, jak zawsze, niefortunne połączenie metalowej prostoty z nieznośną pretensjonalnością. A Halford przechodzi sam siebie w niewiarygodnie komicznym śpiewie. Pewne urozmaicenie stanowi singlowy "Johnny B. Goode" - przeróbka rockandrollowego standardu Chucka Berry'ego. Muzycy podeszli jednak do nagrania tego utworu w najmniej kreatywny sposób, jaki można sobie wyobrazić - po prostu zagrali go ciężej i dodali efekciarskie popisy gitarowe, które mogłyby się znaleźć w dowolnym ich kawałku (i zresztą się znajdują - zawsze niemalże identyczne). Drugim odrobinę mniej typowym utworem jest "Blood Red Skies", łączący fragmenty balladowe (nieróżniące się niczym od tysięcy metalowych ballad) z syntezatorową tandetą w stylu poprzedniego albumu. Halford pokazuje tu swoją wielką wszechstronność wokalną - od infantylnych pisków, przez teatralno gniewną manierę, po pretensjonalne zaśpiewy. To przypadek podobny do Ronniego Jamesa Dio. Obaj wokaliści posiadali szerokie możliwości, jeden wykorzystywali je w bardzo niewłaściwy sposób, zbyt przerysowany, karykaturalny. Obaj byli zresztą wielkimi miłośnikami kiczu.

Zespół nie sięga tutaj tak głębokiego dna, jak na poprzednim albumie - trudno byłoby powtórzyć taki wyczyn - jednak "Ram It Down" jest tylko minimalnie lepszym wydawnictwem. Stężenie banału i kiczu jest tutaj prawie tak samo wysokie, tylko tym razem nabrało bardziej metalowego brzmienia, co mimo wszystko jest mniej odpychające. Pod względem kompozycji i wykonania jest to jednak dokładnie ten sam poziom.

Ocena: 2/10



Judas Priest - "Ram It Down" (1988)

1. Ram It Down; 2. Heavy Metal; 3. Love Zone; 4. Come and Get It; 5. Hard as Iron; 6. Blood Red Skies; 7. I'm a Rocker; 8. Johnny B. Goode; 9. Love You to Death; 10. Monsters of Rock

Skład: Rob Halford - wokal; K.K. Downing - gitara; Glenn Tipton - gitara; Ian Hill - bass; Dave Holland - perkusja
Producent: Tom Allom


Komentarze

  1. Ciekawe co napiszesz o Painkiller (ich opus magnum, czy będzie to opus magnum kiczu ?) i przydałaby się recenzja ich kultowej koncertówki Unleashed in the East czyli metalowe podsumowanie ich hard rockowego okresu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Unleashed in the East" nic nie wnosi do dyskografii. Zespół po prostu odgrywa swoje utwory tak, jak są zagrane na studyjnych albumach.

      Usuń
    2. No właśnie nie odgrywa ich jak na studyjnych albumach bo brzmią one metalowo i w ogóle lepiej niż niż w oryginale.

      Usuń
    3. No i tylko brzmieniem się różnią (a nie powiedziałbym, że bardziej metalowe jest zaletą, wręcz przeciwnie), zresztą nie zmienia to wcale charakteru tych kawałków. Słuchałem tego albumu w czasach, jak lubiłem Judas Priest z lat 70. i właśnie taką miałem opinię - że nic nie wnosi. Wystarczy tylko spojrzeć na czasy trwania utworów - w zdecydowanej większości są niemalże identyczne.

      Usuń
    4. Ale to nie jazz, tylko heavy metal. Tam o co innego chodzi niż w jazzie. Własnie tam się odgrywa kawałki a nie improwizuje.

      Usuń
    5. Poza tym jeżeli chodzi o Judas Priest to na metalowo akurat im wychodzi lepiej bo hard rock w ich wykonaniu jest taki jakiś pudełkowaty.

      Usuń
    6. Deep Purple czy Led Zeppelin to też nie jazz, a jednak zespoły te na koncertach potrafiły znacznie odbiec od tego, co grały w studiu. Przykłady można mnożyć.

      Ja kompletnie nie rozumiem sensu wydawania koncertówek, na których utwory są grane dokładnie tak samo, jak na albumach studyjnych. Takie wersje zawsze będą gorsze - bo publiczność zagłusza, muzykom zdarzają się wpadki, zwłaszcza wokalistom, ponadto brzmienie jest zwykle gorsze. To już lepsze są zwykłe składanki.

      Co do drugiego komentarza, to uważam zupełnie na odwrót. Judasowy metal jest tak przerysowany, że brzmi jakby robili sobie jaja z takiej muzyki. A w okresie hardrockowym czasem wychodziło im coś nawet fajnego, nieobciachowego.

      Usuń
  2. Ich dobrymi albumami są tak na prawdę jeszcze "Angel of Retribution" i "Reedemer of Souls". Na każdym wieje nudą i jest to przeciętne/kiepskie granie - taki album jak "Jugulator" nie jest dobry nawet jak na standardy trash metalu. "Demolition" jest to dobry nu metal, ale pod względem ogólnomuzycznym jest strasznie nudny - to jest praktycznie jeden kawałek powtarzany w kółko, na dodatek nieciekawy pod żadnym względem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry nu metal to oksymoron ;)

      Usuń
    2. Tu akurat się zgodzę. Heavy, thrash, death może być dobry lub zły ale u metal jest z definicji zły.

      Usuń
    3. Tak, ale w obrębie tego jednego podgatunku też są słabsi i lepsi gracze.

      Usuń
    4. Ale ci lepsi to i tak niesłuchalny syf, więc robienie takiego podziału jest zupełnie bezcelowe.

      Usuń
    5. Cenie sobie jedną rzecz w nu metalu
      Jak puszczam limp bizkit to natychmiastowo wybucham śmiechem, bo najzwyczajniej nie mogę z tego, że ktoś chciał to wydać, i że ktoś pozwolił to wydać

      Usuń
  3. Po przeczytaniu recki nasuwa mi się tylko jedno pytanie...ale lubisz w ogóle heavy metal ? serio pytam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę nie ma znaczenia, co kto lubi. Najważniejsze są obiektywne walory muzyki i umiejętność ich wskazania. Dzięki temu można docenić wartościową muzykę, nawet gdy niespecjalnie się podoba, a także przyznać, że ta ulubiona wcale nie jest jakaś wyjątkowa.

      A odpowiadając na pytanie, nie jestem wielbicielem jednego gatunku. Słucham bardzo różnorodnej muzyki. Z poszczególnych gatunków oraz stylów lubię i/lub doceniam poszczególne dokonania, czyli konkretne albumy albo utwory. Także w heavy metalu jakieś by się znalazły.

      Usuń
    2. "Ram It Down" jest okropne i to raczej nie ma znaczenia, czy ktoś lubi metal czy nie xD Nie mogę uwierzyć, że fani metalu bronią album z tak tandetnym, glamowo-metalowym wręcz brzmieniem i tymi kiczowatymi mostkami w poszczególnych utworach (niektóre z nich oczywiście w całości są złe, nie tylko w konkretnych fragmentach). Jedynie "Blood Red Skies" można uznać za w pełni udany utwór. I "I'm a Rocker" jest nawet niezły, bo nie przypominam se, by jakieś badziewne mostki czy przyśpiewki tam były.

      Usuń
    3. No do Painkiller czy Screaming for Vegeance mu daleko ale z pewnością od Turbo lepszy :)

      Usuń
  4. Blood Red Skies pasowałby do Terminatora albo Rockyego jak trenuje :D typowy utwór w takiej stylistyce do kina lat 80tych :D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komentarze niezwiązane z tematem posta nie będą publikowane. Jeśli jesteś tu nowy, przed zostawieniem komentarza najlepiej zapoznaj się ze stroną FAQ oraz skalą ocen.

Popularne w ostatnim tygodniu:

[Recenzja] John Coltrane - "The Tiberi Tapes: A Preview of the Mythic Recordings" (2026)

[Recenzja] Pink Floyd - "Live From the Los Angeles Sports Arena, April 26th, 1975" (2026)

[Recenzja] Björk - "Utopia" (2017)

[Recenzja] Electric Masada - "At the Mountains of Madness" (2005)

[Recenzja] Angine de Poitrine - "Vol. II" (2026)