9 maja 2013

[Recenzja] King Crimson - "In the Wake of Poseidon" (1970)



Po wydaniu debiutanckiego "In the Court of the Crimson King", zespół wyruszył do Stanów na trasę koncertową. Pomimo dobrego przyjęcia, nie wszyscy muzycy byli zadowoleni. W grudniu 1969 roku decyzję o odejściu podjął Ian McDonald, który nie radził sobie z trudami trasy i długim przebywaniem z dala od domu. Razem z nim zdecydował się odejść Michael Giles (obaj muzycy wkrótce potem stworzyli duet McDonald and Giles, który w 1970 roku wydał swój jedyny, eponimiczny album). Na tym jednak się nie skończyło. Greg Lake doszedł do wniosku, że bez McDonalda - głównego kompozytora zespołu - nie ma on szans na przetrwanie. Uznał, że bezpieczniej będzie przyjąć propozycję Keitha Emersona, który chciał stworzyć z nim nowy zespół (składu dopełnił Carl Palmer, a trio przyjęło nazwę Emerson, Lake & Palmer). O przyjęcie do grupy ponoć ubiegał się także Robert Fripp, jednak Emerson i Lake nie chcieli gitarzysty w składzie.

Fripp został więc sam z nazwą King Crimson i tekściarzem Peterem Sinfieldem. Oraz managementem, który po sukcesie debiutanckiego albumu i promującej go trasy, nie chciał nawet słyszeć o zakończeniu przez grupę działalności. Management posunął się nawet do tego, że ściągnął do grupy niejakiego Eltona Johna (wówczas jeszcze mało znanego, mającego na koncie tylko jeden album solowy), który miał zostać nowym wokalistą i klawiszowcem. Fripp pozbył się go jednak już na pierwszej wspólnej próbie. Tymczasem wydawca domagał się nowego materiału. Gitarzyście udało się namówić na chwilowy powrót Lake'a (który jako zapłaty zażądał należącego do zespołu sprzętu nagłaśniającego) i Michaela Gilesa. Pozyskano też kilku innych współpracowników - basistę Petera Gilesa (brata Michaela), uzdolnionego jazzowego pianistę Keitha Tippetta, oraz saksofonistę Mela Collinsa (podobno w nagraniach udział wzięli także Keith Emerson i perkusista Jon Hiseman, znany z Colosseum i zespołu Johna Mayalla, jednak ich nazwiska nie pojawiły się w opisie). Wszyscy oni mieli mieć jedynie status muzyków sesyjnych. Mimo tego, udało się zarejestrować kilka nowych utworów, które wypełniły drugi album sygnowany nazwą King Crimson, zatytułowany "In the Wake of Poseidon". Większość kompozycji powstała jeszcze w czasach funkcjonowania oryginalnego składu i była przez niego wykonywana na koncertach.

Biorąc to wszystko pod uwagę, wyszedł zaskakująco udany longplay. Moim zdaniem naprawdę niewiele ustępujący słynnemu debiutowi. Niestety, jestem w tym zdaniu  raczej odosobniony. "In the Wake of Poseidon" jest zazwyczaj traktowany jako powtórka z rozrywki, gorsza wersja debiutu, nic nie wnosząca do twórczości zespołu. Trudno się z tym jednak zgodzić. Owszem, pewne podobieństwa są słyszalne, ale skoro zostały nagrane w niewielkim odstępie czasu przez niemal tych samych muzyków, to trudno oczekiwać wielkiej rewolucji. Jednak nieprawdą jest, że nie ma tu niczego nowego. Już intro "Peace - A Beginning", z przetworzonym śpiewem Lake'a a capella, wprowadza świeżość. Inna sprawa, że kolejne trzy utwory faktycznie dość jednoznacznie kojarzą się z pierwszymi trzema z debiutu. Podobieństwo kończy się jednak na podobnym charakterze tych kompozycji. "Pictures of a City" ma podobny ciężar i energię, co "21st Century Schizoid Man", dominującą rolę również pełni w nim saksofon. Nie ma jednak agresji swojego poprzednika, a zamiast rozpędzonej sekcji instrumentalnej, pojawia się tutaj łagodne, jazzujące zwolnienie. Rolą "Cadence and Cascade", podobnie jak "I Talk to the Wind", jest wyciszenie. Ale oba utwory zostały zupełnie inaczej zinstrumentalizowane - tam dominował flet, tutaj gitara akustyczna i przepiękne kaskady pianina (co ciekawe, w utworze partię wokalną wykonał nie Lake, a jego następca w zespole - Gordon Haskell). Z kolei tytułowy "In the Wake of Poseidon" zarówno ze względu na podniosły nastrój, jak i aranżację, kojarzy się z "Epitaph". Ale oba utwory mają na tyle różne i wyraziste melodie, że nie sposób ich ze sobą pomylić. Swoją drogą, "In the Wake of Poseidon" jest naprawdę przepięknym utworem i ogromnie żałuję, że jest tak bardzo niedoceniany i niesłusznie uważany za kopię "Epitaph".

O ile w przypadku pierwszej strony winylowego wydania zarzuty o brak oryginalności mają pewne (choć nie do końca słuszne) uzasadnienie, tak w przypadku strony B są już kompletną bzdurą. Każdy zamieszczony na niej utwór jest czymś niezaprzeczalnie nowym i oryginalnym w twórczości zespołu. "Peace - A Theme" to przepiękna instrumentalna miniaturka, zaaranżowana wyłącznie na gitarę. Zupełnie nową jakość wprowadza także "Cat Food" - nieco groteskowy, wyrazisty rytmicznie, z mocnym zabarwieniem jazzowym, w czym spora zasługa Keitha Tippetta. A poza tym po prostu niesamowicie chwytliwy - nic dziwnego, że został wydany na singlu (oczywiście w znacznie okrojonej - a więc tracącej wiele dobrego - wersji). Jeśli ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości, to z pewnością rozwieje je "The Devil's Triangle" - to już kompozycja nie tylko innowacyjna, ale wręcz daleko wykraczająca poza rockową estetykę. Takiego czegoś nie nagrał wcześniej żaden rockowy wykonawca. Punktem wyjścia była kompozycja "Mars" z cyklu "Planet" Gustava Holsta (grana przez oryginalny skład King Crimson na koncertach), jednak rozwinięta została w zaskakującym, awangardowym kierunku. To naprawdę niesamowity utwór, praktycznie całkowicie pozbawiony melodii, za to rewelacyjnie operujący dynamiką i nastrojem. Brzmi przerażająco, a zarazem dostojnie. To doskonały dowód na to, że utwory klasyczne mogą być przerabiane przez zespół rockowy i wcale nie muszą w ich wersjach brzmieć banalnie (jak zwykle bywało w przypadku słynącego z takich przeróbek Emerson, Lake & Palmer), lecz nabrać zupełnie nowej jakości. Wytchnienie po tym wymagającym utworze przynosi prześliczny "Peace - An End", początkowo śpiewany przez Lake'a a cappella, a w dalszej części z towarzyszeniem gitary akustycznej.

"In the Wake of Poseidon" jest być może najsłabszym albumem King Crimson z lat 70., ale nie zmienia to faktu, że to wciąż muzyka na bardzo wysokim poziomie artystycznym. Wbrew powszechnej opinii, longplay wprowadza nowe elementy do stylu grupy, niejako zapowiadając zwrot w bardziej jazzowym kierunku, który nastąpił na dwóch następnych wydawnictwach. Kompozycje wciąż są tutaj bardzo dobre, a choć zostały nagrane przez dość przypadkowy skład, to wykonanie wcale nie ustępuje temu z debiutu. Bardzo niesłusznie niedoceniany album.

Ocena: 9/10



King Crimson - "In the Wake of Poseidon" (1970)

1. Peace - A Beginning; 2. Pictures of a City; 3. Cadence and Cascade; 4. In the Wake of Poseidon; 5. Peace - A Theme; 6. Cat Food; 7. The Devil's Triangle; 8. Peace - An End

Skład: Robert Fripp - gitara, melotron (2,4,7), czelesta (3), pianino elektryczne (7), efekty
Gościnnie: Greg Lake - wokal (1,2,4,6,8); Peter Giles - bass (2-4,6,7); Michael Giles - perkusja i instr. perkusyjne (2-4,6,7); Mel Collins - saksofon (2), flet (3); Keith Tippett - pianino (3,6,7); Gordon Haskell - wokal (3)
Producent: Robert Fripp i Peter Sinfield


20 komentarzy:

  1. Masz wiele recenzji rocka progresywnego ale nie widzę kilku ważnych. Pewnie słyszałeś o takich zespołach jak Gong, niemiecki Eloy czy wczesny prog The Moody Blues ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam te zespoły. Z Gong muszę się lepiej osłuchać i wtedy będą recenzję, a Eloy i The Moody Blues nie lubię.

      Usuń
    2. Gong to głównie ich tryptyk Flying Teapot-Angel's Egg-You

      Usuń
    3. A dla mnie Gong to przede wszystkim "You" i "Shamal".

      PS. Poniżej znajduje się link do strony Q & A. Prosiłbym o pisanie tam na tematy niezwiązane z konkretnymi recenzjami.

      Usuń
    4. Cholera jasna, znowu ten dziwny anonimowy. Co ciekawe wczoraj też się zainteresowałem Gongiem, ale jeszcze go nie odtworzyłem. Ponieważ teraz robię sobie (w ramach nadrabiania braków) rundkę z King Crimson (przepraszam, ale też go znałem z dziurami) to nawiążę do tej recenzji. Na pierwszy ogień wziąłem trio Red-debiut-powyższy i powiem Ci, że jak na razie najbardziej podoba mi się Cat Food i Devil's Triangle... czyli największe pojebstwa z tego wszystkiego. Kawałek tytułowy jest momentami dla mnie zbyt prostacki i podobny do Epitaph (ale niektóre momenty ma od niego lepsze), a końcówka urywa mi wszystko co się da. Czyli to tak jakby styl rockowy z wyższej półki mnie nudził, a kompletne świry idealnie we mnie trafiały. Tylko warunek - muszą być one na poważnie (gęsta atmosfera a nie jaja) dla równowagi nie podobają mi się te wokalne miniaturki w środku albumu. To tak jako ciekawostka - prosty rock - TAK (ale coraz rzadziej); rock z udziwnieniami - NIE; pojebane granie - TAK, pod warunkiem, że nie jest robieniem sobie jaj, albo przynajmniej te jaja tam nie dominują (końcówka Devil's Triangle chwilami zahacza o kabotynizm). Stawiam te 3 płyty na równi, chociaż każdą z innego względu. Teraz idę do "Larkin's Tongue of Asperger", a potem do dwóch jednowyrazowych albumów, które są ponoć cięższe w odbiorze.

      Usuń
    5. Przecież "Cat Food" jest mega jajcarski (podobne kawałki znajdziesz na "Lizard"), a jeśli w utworze tytułowym jest cokolwiek prostackiego, to nie wiem jak wtedy określić mainstreamowe odmiany rocka. Ej, Tobie chyba brakuje odpowiedniej wrażliwości muzycznej, by doceniać takie rzeczy. Podchodzisz do wszystkiego w zbyt analityczny sposób, jak matematyk czy muzyk. A wskazane byłoby jednak bardziej emocjonalne podejście - po prostu dać się ponieść muzyce.

      Abstrahując od wszystkiego, "Court", "Poseidon" i "Red" wydają się najlepsze na początek, bo są najbardziej przystępne. Ale obiektywnie patrząc, wszystko wydane pomiędzy jest lepsze.

      Usuń
    6. To znienawidzone przez Ciebie pytanie - czemu skoro jest lepsze to nie dostało 10?

      Może brakuje, a może nie, emocjonalne podejście się u mnie skończyło już spory kawałek czasu temu. Te 7-8 lat wstecz istniały kawałki (takie, które w żadnym wypadku nie powinny tego robić) wyciskające mi autentyczne łzy.

      Jasne, ze podchodzę jak muzyk - w końcu nim próbuję być ;)

      Usuń
    7. Bo oceniam subiektywnie, choć obiektywne wartości też mają wpływ na ocenę. Ale przyznam, że kusi mnie perspektywa ocenienia całego King Crimson z lat 70. na 10. Ale z drugiej strony te albumy nie podobają mi się w równym stopniu.

      Zbyt emocjonalne podejście też nie jest dobre. Najlepsze byłoby coś pomiędzy. Ale chodziło mi o to, żeby się do niczego nie uprzedzać, nie oczekiwać niczego konkretnego, nie oceniać muzyki wyłącznie pod kątem kwestii technicznych.

      Usuń
    8. Jak słyszę że coś sobie otworzyłem to mi się nóż w kieszeni otwiera bo zakładam że nie chodzi o ściągnięcie folii. Zgoda jak mówi to ktoś dla kogo muzyka jest obojętna i tak se posłucha to ok ale dla kogoś kto tak poważnie traktuję muzykę i ją analizuje to nie wyobrażam sobie słuchanie na mp3. przecież tam nie ma części dzwięków które sa ucięte aby się zmieścił utwór w pliku po prostu nie ma już nie mówiąc o brzmieniu. Na mp3 to słucham na ulicy aby mi się nie nudziło ale w domu to tylko zwykły nośnik czyli cd lub winyl. Często coś co słyszę w youtube i wydaje się słabe to po odsłuchu na płycie okazuje się świetne słysząc całą paletę dzwięków i brzmień a czasem coś co w necie brzmi fajnie na płycie okazuje się denne.

      Usuń
    9. Nikt tu przecież nie pisał nic o otwieraniu, a o odtwarzaniu. Odtwarzać można i pliki, i fizyczne nośniki.

      Prawda na temat plików mp3 jest taka, że obcinane są głównie częstotliwości niesłyszalne dla ludzkiego ucha. Prawdę mówiąc, ja praktycznie nie słyszę różnicy między dobrze zrobioną empetrójką (320kb/s lub nawet odrobinę mniej, zgraną bezpośrednio z fizycznego nośnika), a płytą CD. I większość ludzi, twierdzących, że taką różnicę słyszy, tak naprawdę nie słyszy, co potwierdzają próby w ślepych testach. Dopiero w przypadku winyli słyszę wyraźną różnicę, ale głównie w kwestii przestrzeni i dynamiki. Oczywiście, musi to być stary winyl, a nie współczesna reedycja, na której dźwięk został zgrany z CD lub nawet z plików mp3 (bo i tak bywa). Nie mówię tu oczywiście o reedycjach wydawanych przez jakieś audiofilskie labele typu MOFI, tylko o śmieciach wydawanych przez fonograficznych gigantów.

      Do ocenienia obiektywnych wartości muzycznego dzieła nie potrzeba wcale słuchać go w audiofilskiej jakości. Ale do słuchania dla przyjemności na pewno warto zaopatrzyć się w jak najlepszej jakości kopię.

      Usuń
    10. Może i tak ale jak słuchałem metalu to słuchałem wcześniej na mp3 a jak kupiłem cd Annihilator-Never Neverland to usłyszałem już pierwszym utworze daleko w tle gitary akustyczne których wcześniej na mp3 nie słyszałem w ogóle i sie bardzo zdziwiłem. A taka ciekawostka do twoich komentarzy na temat Teraz rock. Napisałem komentarz w którym pochwaliłem King Crimson i zostałem od razu zjechany od trollów, bufonów i starych dziadów oraz pseudointelektualistów obnoszących się dumą. rzeczywiście klientela ograniczona do Rammstein i Metalliki.

      Usuń
    11. A jeszcze jedno. Ja też zgrywam z cd n mp3 muzyke na ulicę. Jak słucham z telefonu to brzmi rzeczywiście dobrze ale jak podłącze te same słuchawki do komputera to słyszę jedną wielka kupę ale być może to kwestia słabego laptopa.

      Usuń
    12. Nie spotkałem się z sytuacją, żeby faktycznie w pliku mp3 brakowało jakiś partii - co najwyższej są słabiej słyszalne. Za to spotkałem się z odwrotną sytuacją. Mam winyl "Afreaka!" Demon Fuzz - zdaje się, że to nieoficjalna reedycja, bo innego wydania kupić się nie da. I tam we wstępie "Disillusioned Man" w ogóle nie słychać partii gitary, która w pliku mp3 jest na pierwszym planie.

      I tutaj przy okazji poruszyłem inny problem - większość albumów, jakie jeszcze chciałbym mieć w kolekcji, jest albo kompletnie niedostępna albo kosztuje fortunę. Ostatnio rozglądałem się za "Hosianna Mantra" Popol Vuh - nieremasterowany winyl to wydatek ~2000 złotych. Tk, jak wcześniej pisałem, najchętniej kupuję nieremasterowane winyle, bo one zwykle rzeczywiście brzmią najlepiej. Ale w takich sytuacjach muszę kupić remasterowany winyl albo CD. Choć i tutaj z dostępnością bywa kiepsko. I nie zostaje mi nic innego, niż słuchać plików. Ale mam dobre słuchawki, które dodają nieco głębi.

      Co do Teraz Rocka - przynajmniej odkąd ukazuje się pod taką nazwą, głównym targetem są gimnazjaliści i ludzie, którzy nie wyrośli ze swojego gustu z czasów gimnazjum. Nic dziwnego, że ich stronę odwiedzają głównie ignoranci.

      Usuń
    13. Ja też mam bardzo dobre sluchawki (nie za 100zł) więc raczej wina laptopa bo na telefonie brzmią świetnie a tym bardziej na wzmacniaczu cd.

      Usuń
  2. Jakbym oceniał pod kątem technicznym to bym lał z zachwytu nad Wają, Satryjanim, czy Malmsztajnem - a nie jestem w stanie wytrzymać więcej niż 2-3 utwory pod rząd (w wypadku 2 pierwszych, ten ostatni morduje mnie po kilkudziesięciu sekundach). Swoją drogą, kiedyś Ci już o tym mówiłem, wśród płyt które skołowałem sobie po lekturze Twoich recenzji znalazł się "Oh Via Musicom" Erica Johnsona. Czy kiedykolwiek ta płyta się tu pojawiła? Bo to właśnie jeden z instrumentalnych waligryfów, takich jak ci, których wymieniłem, chociaż ma nieco więcej melodii niż ich dokonania.

    I znowu ten dylemat - "zrobić to co czuję czy zrobić to co powinienem jako rzetelny krytyk" - współczuję, chyba, szczególnie, że rzeczywiście wspominasz, że nie podobają Ci się w równym stopniu. Zagłębiłem się też w treść recenzji i tak, zgadzam się że tytułowy nie jest kopią Epitaph, jest czymś innym - ale mniej monolitycznym, parę razy zrobiło się za banalnie, by potem, bardziej pod koniec wejść w rejestry których E. nie osiągnął.

    Jaja jakie lubię uskutecznia(ł) Primus - polecam po raz kolejny, mi najbardziej podobał się "Sailing in the Seas of Cheese" ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie, nie, to nie ma nic wspólnego z byciem rzetelnym lub nie krytykiem. Jako zwykły słuchacz mam dylemat, bo z jeden strony strasznie mi się podobają te wszystkie albumy (może "Lizard" trochę mniej), a z drugiej - nie uważam, że wszystkie prezentują identyczny poziom. Ale widzę, że i tak wszystkie mają 9 (niektóre parę miesięcy temu miały jeszcze 8), tylko debiut 10 (akurat z przyczyn obiektywnych, bo jest z nich najważniejszy). To dlatego, że wciąż się waham i nie mogę zdecydować, które zasługują na podniesienie oceny. W tej chwili skłaniałbym się ku "Larks' Tongues in Aspic" i "Starless and Bible Black". Ale to znowu dylemat - jeśli im podniosę, to czy nie powinienem podnieść także "Red" i "Lizard"? Bo w czym niby są gorsze lub tamte lepsze? A czy "Island" w czymś od nich odstaje? Wychodzi na to, że w tej chwili najmniej podoba mi się "Poseidon". Ale z drugiej strony, mam do niego większy sentyment, niż do kilku kolejnych...

    OdpowiedzUsuń
  4. Może właśnie powinieneś pozbyć się sentymentów?

    Jak zaczynałem pisanie to przez sentyment dałem płycie Bush "Sixten Stone" z gatunku post-grunge(!) 8(!!)... nie myślisz, że ochłonięcie i poodłogowanie jakiejś płyty pomoże się zdystansować?

    A "Larks' Tongues in Aspic" (pierniczę, kto wymyslił taki tytuł) właśnie słucham i mi się bardzo podoba. Nie jestem ani znużony, ani odrzucony ordynarnością, bo jej tu nie ma. Dzieje się tu od cholery, ale przynajmniej klimaty są wg mnie znacznie cięższe (poważniejsze) niż u GG, co mocno podbija wartość tej płyty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko wiesz, to nie jest taki sentyment jak jeszcze do niedawna miałem do muzyki hard & heavy. "Poseidon" to jednak obiektywnie wartościowa i interesująca muzyka, która do tego bardzo mi się podoba.

      Usuń
  5. Niby album niedoceniany, a ja uważam go za ciekawszy od debiutu. Lepiej wyprodukowany, bardziej przestrzenny, a sama muzyka wydaje się taka bardziej... swobodna i po prostu ciekawsza.

    Z debiutu do dziś nie mogę przetrawić "Moonchild", a taki "The Devil's Triangle" bardzo dobrze mi się słucha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak samo miałem z "Moonchild" (oczywiście, pomijając pierwsze dwie minuty) przez wiele lat. A jak jakiś czas temu słuchałem debiutu, to ta improwizacja nie tylko mnie nie nudziła, ale wręcz zachwyciła. Ten fragment wznosi album na jeszcze wyższy poziom.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.